Fish

Są jakieś kłopoty z biletami na koncert Fisha w Krakowie. Komunikat, który pojawia się w sieci jest taki, że sprzedaż wkrótce ,a koncert wydaje się być wyprzedany. Postanowiłem sprawę wyjaśnić u źródła, bo chciałem wejść w tę atmosferę sprzed lat, zwłaszcza, że zapowiedzi są takie, iż Fish wyśpiewa w całości lub niemal w całości płytę „Clutching at Straws”. I tu zaczynają się schody – jaką płytę? Jaki Fish?
– Dzień dobry, interesuje mnie koncert Fisha.
Cisza.
– Fisha i słysząc głos miłej i młodej interlokutorki uświadamiam sobie, że powinienem może coś dodać.
– Fish, nie emade coś tam, ale taki Fish, no z Marillionu.
Cisza i po chwili otrzymuję potwierdzenie tego, co już zdążyłem przeczytać w Internecie, – koncert jest wyprzedany lub sprzedaż będzie wkrótce. Który to ten Fish jest Fishem i o co w tym chodzi, nie miałem poczucia, aby się wyjaśniło.
Z pokorą przyjmuję upływ czasu i nawet byłbym chyba zadowolony, gdyby koncert w Krakowie całkiem się sprzedał. Świadczyłoby to przecież o tym, że jest nas tu więcej tych, którzy wiedzą, co to „Clutching at straws”. Może bilety kupili wszyscy ci, którzy przy premierze „Suits” wystawali we wszystkich miejscach miasta, gdzie Fish miał się pojawić. Może ci, a może inni, może nawet jacyś nowi fani, oby. W takim wypadku chętnie nawet wybiorę się do Warszawy, albo Gdańska, gdzie są jeszcze bilety. Wybiorę się, bo tonący brzytwy się chwyta, chce zatrzymać czas, zwłaszcza o pewnej porze nocy.

Ilustracja muzyczna – Fish w najlepszej formie i z winylu.

Poetyka wieczoru

Kiedy to piszę, pada deszcz, a wcześniej była burza. Gdy dotarła do mnie wiadomość o odejściu artysty, padał deszcz, a wcześniej była burza. Moment, o którym chcę opowiedzieć zaczął się od burzy, a potem padał deszcz.
Dotknij kultury to kameralne koncerty, w których każdy kto chce, może mieć choćby przelotny kontakt z artystą, występującym danego roku na dziedzińcu Collegium Maius. To szczególna sceneria i gdy brzmi w jej otoczeniu dobra muzyka, można łatwo wznieść się w przestworza. Wtedy, w 2013 roku, wielu twierdziło, że tam właśnie byli.
Koncert zaczynał się o 20.00. Dziedziniec jest nieosłonięty od działania warunków atmosferycznych i wprawdzie w czerwcu z reguły pogoda jest dobra, to czasem następuje jej załamanie. Oto urok klimatu, w którym żyjemy. Na dziesięć minut przed 20.00 ciężkie chmury zebrały się nad Krakowem. Kilka minut później byłem w garderobie artysty. Zapytałem, czy nie opóźnić rozpoczęcia koncertu, aby deszcz się wypadał.
– Cały dzień taka piękna pogoda, a teraz deszcz. Widać musi być to poetyka tego wieczoru. Chodźmy – rzucił Tomasz Stańko i podniósł swoją legendarną trąbkę.
Pierwsze takty z płyty „Wisława” były grane jeszcze z piorunami w tle. Potem już w zwykłym deszczu niosły się one daleko, daleko przy akompaniamencie fortepianu Dominika Wani, który towarzyszył Panu Tomaszowi tego wieczoru.
Gdy biły pioruny, nie byłem jeszcze pewien, czy wszystko się nie rozsypie, ale już chwilę później zdałem sobie sprawę, że przyroda zapewniła nam coś dodatkowego, niezwykłego, co nie zdarza się na co dzień. Zrozumiałem, że to właśnie jest poetyka tego wieczoru. Dziś chciałbym ten moment wspomnieć, będąc wdzięczny losowi, że dane mi było przyczynić się do tego, aby mógł on zaistnieć w chwili i czasie. Wiem, że emocje wywołane przez tę muzykę, pozostaną ze mną na zawsze i pewnie z wieloma innymi słuchaczami, którzy w tym pamiętnym koncercie uczestniczyli.

Fragmenty koncertu Tomasza Stańki i Dominika Wani na dziedzińcu Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego w ramach wydarzenia Dotknij kultury w reportażu „Nieuchwytny cel”. Czerwiec 2013 r.

Wish you were here

Londyński autobus

Dawno, bardzo dawno nie byłem w Londynie. Miasto to nie przypominało przez ostatnie dni stolicy Wielkiej Brytanii, a to wszystko przez pogodę, która jakby została przeniesiona tu wprost z Hiszpanii, czy Portugalii. Zwykle, w wieczornym życiu Londynu nie przeszkadza nawet typowa, angielska pogoda, jednak aura taka, jak ta teraz, wygania na do pubów, restauracji na wolnym powietrzu i rozlicznych barów nad Tamizą absolutnie wszystkich mieszkańców i przyjezdnych.
Chodząc pomiędzy tymi miejscami usłyszałem nagle znajome dźwięki, a że znam je na pamięć, bo pochodzą z jednej z najwspanialszych płyt, jakie kiedykolwiek powstały i to właśnie tu, w Zjednoczonym Królestwie, natychmiast się przy tym miejscu zatrzymaliśmy, aby chwilę posłuchać muzyki. „So, so you think you can tell Heaven from Hell” – przy tych słowach pieśni wyszedł właściciel i uśmiechnąwszy się do nas, zaprosił do środka mówiąc, że młody zespół gra tu dziś Floydów i jest bardzo sympatycznie, można się czegoś napić, coś zjeść.
Nie skorzystaliśmy z oferty, bo byliśmy już po kolacji. Chciałem tylko przez chwilę posłuchać muzyki, która po wielu latach wyłoniła się na żywo i przywitała mnie w Londynie, momentalnie wywołując lawinę wspomnień.
Przypomniała mi się więc pierwsza wyprawa do tego miasta, jeszcze w czasach, gdy w radiu masowo grano muzykę taką jak na Wish you were here. Jechaliśmy do tego Londynu trzydzieści godzin autokarem, bo wtedy się nie latało, a w każdym razie moja generacja nie latała, jechaliśmy zatem kawał drogi tylko po to, aby w małej miejscowości pod Nothingam posłuchać koncertu rocka gotyckiego, jakich obecnie wiele jest w Polsce, ale wtedy nie było ich prawie w ogóle.Pamiętam z tej wyprawy takie odczucie, że ludzie w tym miasteczku byli dla przybyszy z Polski bardzo mili, otwarci i tacy nieskrępowani. A potem wróciliśmy do Londynu, gdzie w Eurotower przywitał nas Włoch polskimi słowami, bardzo dumny, że je zna i były to oczywiście te słowa, których rodacy uczą wszystkich obcokrajowców w pierwszej kolejności. Śmialiśmy się z tego, bo Włoch wyglądał na człowieka, który nie do końca zdawał sobie sprawę jak nas wita. Śmiech brał się również stąd, że Włoch zamieszkiwał w pokoju, do którego my dostaliśmy klucz i tam właśnie tak nas ładnie, tradycyjnie po polsku przywitał. Potem jednak spokojnie pokój opuścił, wylewnie się z nami żegnając, na wszelki wypadek używając już angielskiego.
Innym razem spotkałem w Londynie kolegę z Polski, który wyjechał dawno i grał na ulicy. Wiedziałem o nim tylko tyle, że gdzieś tam gra i czy to możliwe, że pierwszy grajek, do którego podeszliśmy na Oxford street, to był właśnie on? W Londynie przydarzają się dziwne, piękne i tajemnicze rzeczy. Dlatego to tu mogą rodzić się dzieła takie jak Wish you were here i mnóstwo innych, spotyka się kumpla sprzed lat i w eleganckim wydawałoby się hotelu, w pokoju za łazienkę może robić toi toi, bo coś takiego mnie spotkało podczas jednego z projektów europejskich, realizowanych między innymi w stolicy Wielkiej Brytanii.
Byłoby więc dziwne, gdyby i tym razem nie przydarzyło mi się tu coś zaskakującego. Co jednak ciekawego może się stać na międzynarodowej konferencji?
Rozmawiamy przy stoliku w grupie, która została utworzona przez prowadzącego cały panel. Nie lubię takich ćwiczeń, bo często wypadają bardzo sztucznie. Grupa musi przedyskutować jakiśproblem, a znaleźli się w niej zupełnie przypadkowi ludzie, nie dość, że zagadnienie jest skomplikowane, to trzeba znaleźć wspólny język pomiędzy osobami z różnych instytucji, kultur i państw. Zapoznajemy się więc pospiesznie, co sprowadza się do podania imienia, nazwiska, instytucji i kraju, z którego się pochodzi. Gdy po naszych nazwiskach wybrzmiał kraj, jedna z pań odezwała się na to:
– Ale nie martwcie się. Tu jest Europa i to nasze forum wymiany myśli pozostanie europejskie.
– Mam nadzieję, że nawet po Brexicie – zażartowałem, choć dobrze wiedziałem, że jej uwaga nie jest związana z Wielką Brytanią.
Gdybym reprezentował w tej dyskusji Portugalię, może też padłby jakiś żart, ale pewnie nie taki, który nawiązywałby do jej bieżącej sytuacji politycznej, bo nikt przecież nie pamięta, kto rządzi Portugalią. Kto rządzi Polską? To wiedzą wszyscy, nawet jeśli nie umieją wymówić nazwiska. Przypomniało mi to więc jeszcze jeden pobyt w Londynie, który przypadał akurat na czas, gdy dwie charakterystyczne postaci rządziły krajem. Większość napotkanych rozmówców potrafiła idealnie je opisać.
Tak, podawanie kraju, który się reprezentuje przy przedstawianiu się wprowadza u rozmówcy kwalifikację, wstępną ocenę osoby i pomysłów, które mogą z tego kraju pochodzić. Jeśli kraj ma słabą reputację, nawet znakomite pomysły będą przyjmowane z rezerwą i na odwrót, z kraju o dobrym PR-ze akceptowane będą z aplauzem najsłabsze koncepcje. Tego właśnie doświadczyłem na międzynarodowej konferencji. Wbrew nadziejom niektórych, nie czułem się, abym pochodził z kraju który wstaje lub powstał z kolan. Może raczej kolana się pode mną po raz kolejny ugięły, bo zjawisko jest jak deja vu.
Nadzieję jednak jakąś miałem, choć wiadomo czyją jest ona matką. Wciąż, niczym Kolumb, albo Bach, chciałbym nią żyć, choćby po to, abym za następnych kilka lat nie musiał przyznać komuś, na jakiejś konferencji racji, że tu jest forum europejskie i Europa, z której co najwyżej można skierować nad Wisłę tęskne słowa pieśni – Wish you were here.

Ilustracja muzyczna:
Pink Floyd „Wish you were where”

 

 

Czy wygrają nasi?

Włączyłem sobie media narodowe, bo podobnie jak Krzysztofa Daukszewicza, bawi mnie bardzo słuchanie tam serwisów informacyjnych i akurat trafiłem na zapowiedź prawdziwej chęci „dialogu z niepełnosprawnymi”, jak to odczytała serwisantka. Potem przemawiał premier, który oprócz słynnej, solidarnościowej daniny, zapowiedział wielkie otwarcie rynku pracy na te grupy obywateli.

Najpierw o języku. Przyznać muszę, że politycy „dobrej zmiany” i politycy w ogóle, nauczyli się już, że język jest dla partnera ważny, więc posługują się zwrotem osoby z niepełnosprawnościami. Dziennikarze mediów narodowych tego się jednak nie nauczyli ani podczas protestu, ani teraz i wątpliwe jest, aby nauczyli się w najbliższej przyszłości. No dobrze, nie tylko ci z mediów narodowych tego nie umieją. Piszą ckliwe teksty o niepełnosprawności: niepełnosprawni chcą tego lub tamtego, niepełnosprawnym rząd tyle proponuje lub niczego nie oferuje, w zależności od optyki, czy też opcji. Najlepszy w tym wszystkim był Daniel Passent, pisząc w Polityce świetny, jak to Passent, felieton w związku z protestem w sejmie, na którego końcu oznajmił, że to rząd jest niepełnosprawny. Jakże łatwo przychodzi piszącym to słowo jako obelga rzucana w kierunku przeciwnika, nawet kiedy reszta tekstu ewidentnie może być zaklasyfikowana jako wstawienie się za tymi, których rząd tak bardzo niesprawiedliwie i nierówno potraktował.

Po narażeniu się czwartej władzy, powracam do tej pierwszej, czyli zapowiedzi premiera o wielkim otwarciu rynku pracy i dialogu ze środowiskiem. Obserwowałem ten „dialog” i obserwuję go nadal w sektorze edukacji, gdzie trudno się doprosić o spotkanie, dyskusję, a jeśli się już jakieś „
„konsultacje społeczne” pojawiają, to po to, aby przyklajstrować z góry podjęte decyzje – programy celowe PFRON. Czyżby coś się w dotychczasowym dialogu miało zmienić po tej zapowiedzi? A może są grupy, z którymi dialog jest prowadzony inaczej?

Dostęp do rynku pracy, o ile mamy nie powrócić do robienia szczotek i liczenia przysłowiowych pinezek, prowadzi przez nowoczesny system wsparcia, rzetelną edukację każdego szczebla, znajomość języków obcych, świadomość biznesową, a z drugiej strony otwarciu na tę grupę firm takich, jaką do niedawna reprezentował sam premier, a to nie jest takie proste. Jeśli państwo zbuduje system, sektory – edukacji i biznesu dadzą coś od siebie, a osoby z niepełnosprawnościami ciężko będą nad sobą pracować, to może coś z tego wielkiego otwarcia rynku pracy wyjdzie. W przeciwnym wypadku, wbrew oświadczeniom wygłaszanym w serwisach mediów narodowych przez organizacje reprezentujące jedynie część środowiska i zależne od państwowych funduszy, sytuacja osób z niepełnosprawnościami, biorąc pod uwagę pomysły na edukację włączającą, będzie się raczej pogarszać.

Naraziwszy się więc już pierwszej i czwartej władzy oraz części środowiska, wypowiem się na bardzo modny temat w duchu takim, w jakim pierwsza i czwarta władza wypowiadają się o niepełnosprawności, czyli udając, że naprawdę dużo wiem. Zasłyszałem mianowicie, bo w ogóle nie śledzę panów kopiących w piłkę, nie znam nawet powszechnie znanych ich nazwisk, zasłyszałem więc, że gra dziś Portugalia z Hiszpanią i nie mogę nie zająć stanowiska w tej sprawie. Jako autor bloga „Polskie saudade”, jakkolwiek lubię oba kraje, to zapewne nie trudno się domyśleć, że uważam, iż dziś oraz na końcu tych rozgrywek wygrają nasi i tego im życzę. W tej grze, w przeciwieństwie do polityki społecznej i polityki w ogóle, jasne są przynajmniej jej zasady – piłka jest jedna, a bramki są dwie.

Ilustracja muzyczna:

Przybrana siostra Krakowa

Lodowa Huta, zdjęcia na ścianie lodziarni.

Lodowa Huta, zdjęcia na ścianie przemiłej lodziarni

Tę podróż sentymentalną wywołały lody, których jeszcze nie próbowaliśmy, a dziś była ku temu okazja. Ich promocja na Facebooku naprawdę nas zachęciła, bo wyglądały na prawdziwe. Przy okazji jednak, warto było odbyć spacer po starych śmieciach.
Wysiedliśmy pod Arką, przy ohydnym pomniku Jana Pawła II. Brzydszy jest już może tylko ten w Rzymie, a może wcale nie, może paskudnych i nieprzypominających naszego rodaka monumentów istnieje o wiele więcej, powstają przecież jak grzyby po deszczu i nie możemy wszystkich znać. Potem jedenastka – szkoła z klasą, przeczytaliśmy. Mam nadzieję, że chodzą tam teraz równie fajni ludzie jak kiedyś. Kadra się zapewne nieco zmieniła. Zmarł rok temu jeden z naszych profesorów z tamtych lat.
Na szlaku wielu dawnych wędrówek puste lokale, byle jakie sklepy, ciucholandy, wszystko dziś pozamykane. O, jeden sklep był od zawsze, od lat 80-tych i wciąż jest – ten z lampami. Jeśli mowa o latach 80-tych, to Gwiezdne wojny, Imperium kontratakuje, ale także Jak rozpętałem II Wojnę Światową oglądało się tu w kilku kinach – Sfinks, Świt i Światowid. Istnieje tylko to pierwsze, a w Świcie znajduje się Tesco. Kto był wie, kto nie był, może łatwo sprawdzić, że architektura tych kin jest wyjątkowa. Ulokował się w jednym z nich supermarket. Może tylko Tesco chciało o to miejsce zadbać, choćby w taki sposób, że zrobią tam swój sklep, bo inaczej też stałoby puste?
Na pętli autobusowej, skąd jeździłem do jedenastki, były zapiekanki. Całe osiedle na nie chodziło. W latach 80-tych nie było mnie na nie stać, ale potem zostałem ministrantem i zarabiałem sporo pieniędzy na kolędach. Kupowałem wtedy mnóstwo tych zapiekanek. Czasem stawiałem je dzieciom, które nie miały kasy. Teraz w miejscu zapiekanek są alkohole, ale dziś były zamknięte.
Mało ludzi, nikt prawie nie chodzi, ale pod Lodową Hutą kolejka całkiem spora. Warto było stać. Śmietanka, kawa z rumem i beza z malinami – to był mój wybór. Takich lodów nie było ani w latach 80-tych, ani 90-tych, ani później. Ktoś po prostu umie je kręcić. Przy lodach są dzieci, całe rodziny, biznes się udał. To naprawdę fajnie, że coś takiego tu prosperuje. Pamiętam tak zwane lody włoskie przy Stylowej, jeszcze z lat 80-tych i jakkolwiek mam do nich ogromny sentyment, to jednak nie smakowały one tak dobrze. To dziwne, bo większość smaków z tamtych czasów nieźle się kojarzy i chętnie się do nich wraca, a lody, te akurat są lepsze dziś. Te Huta mają czarne rożki, ciekawe, czym zabarwione. A lokal ozdabia zdjęcie niezapomnianego pomnika, którego wtedy bardzo nie chcieliśmy, a teraz byłby atrakcją turystyczną i może ożywiał ruch turystyczny w tej dzielnicy.
Z lodami w dłoniach przeszliśmy Placem Centralnym, dziś Ronalda Reagana. Pustek i byle jakich sklepów, w większości zamkniętych ciąg dalszy. Trochę ludzi na łąkach i bardzo dużo przy jednym z nielicznych, ale otwartych monopolowych. Boże Ciało, jak każde polskie święto, warto solidnie opić.
Komuniści zaplanowali ją jako osobne miasto, konkurencyjne dla Krakowa. Zapełniła ją wtedy ludność napływowa. W moim przypadku z okolic Rzeszowa i Radomia. Usiana jest socrealistyczną, ale ciekawą architekturą. ma szerokie przejezdne ulice i dużo zieleni. Tętniła życiem, gdy pojawiały się kolejne pokolenia, choć wiele z nich przenosiło się do innych, nowszych dzielnic Krakowa. Spory rozkwit, także gospodarczy, pojawił się po przemianach, z początkiem lat 90-tych. Później, stopniowo ten rozwój oklapł, aby dojść do takiego stanu jak dziś. Napływowa ludność wymiera, nowi się tu nie osiedlają aż w takich liczbach, aby nadać jej życia, miasto ucina fundusze. Nigdy niechciana siostra Krakowa pozostaje nadal odrzucona i nie wiadomo, czy to się kiedyś zmieni, tak jak się to stało na Kazimierzu.
Pachnąca bzem i małymi, żółtymi kwiatuszkami, których nazwy nie pamiętam, ale które kradliśmy w podstawówce dla naszych pierwszych miłości. Usłana różami, które zrywało się w prezencie dla odwiedzających nas Rosjanek. Tętniąca życiem kin z pięknymi neonami, w których wyświetlane były zachodnie filmy. Szczypiąca w oczy gazem łzawiącym podczas solidarnościowych demonstracji. Bywała niebezpieczna, ale częściej swojska i kojarząca się z lokalnym kolorytem, przyjaznymi żulami i pierwszymi miłościami.
Taką wolę ją pozostawić w pamięci, mając wszelako nadzieję, że wielki jej brat Kraków da jej w którymś momencie zasłużony, nowy impuls do rozwoju.

Jaki dla niej prezent na stulecie?

„Ileż radości i optymizmu jest w tej pieśni – słodki maj, piękny maj, dla Polaków błogi raj” – zaczął prezydent swoje przemówienie z okazji święta narodowego. W istocie, maj ten jest szczególnie słodki i błogi dla kobiet, o których ten sam człowiek wspominał dwa lata temu na tym samym placu, nazywając je bohaterkami. Dwa lata to dużo czasu, aby od słów przejść do czynów i spróbować im skutecznie pomóc, aby nie musiały być już dłużej bohaterkami, tylko mogły normalnie żyć i świętować wraz z innymi, w dniu takim jak ten. W ich przypadku i nie tylko ich, ale szerszej grupie Polek i Polaków z niepełnosprawnościami, skuteczna pomoc polegałaby na budowie trwałego, stabilnego i odciążającego systemu wsparcia, włącznie z asystentami osobistymi. Nic takiego się jednak nie wydarzyło i dlatego kobiety te podjęły protest, kto wie, czy nie jeden z najskuteczniejszych z tych, które swoim dwuletnim i jakże „sprawiedliwym” rządzeniem wywołała „dobra zmiana”.
Już miało się udać, ,już czołowi jej reprezentanci, w tym prezydent, obiecali rozwiązanie ich problemów, ale one tym razem nie uwierzyły. Już się udało przekonać rozmaite organizacje, aby podpisały jakieś porozumienie z rządem, ale one nie uznały tych organizacji za swoją reprezentację. Już może by nawet uległy, bo ich postulat finansowy niemal został spełniony, ale nie mogły zrozumieć, dlaczego rozdawnictwo pieniędzy na dzieci i ich wyprawki jest niczym nieobwarowane, a one mają przeznaczać pieniądze jedynie na rehabilitację.
Świętują” więc z utrudnionym dostępem do wody, toalety. Wkurzone infantylnym lub cynicznym, w zależności od doraźnych potrzeb władzy, traktowaniem, walczą o rzeczywiste równe prawa. Nie nadawały się więc dziś do przemówienia o wielkiej, szczęśliwej Polsce, które rozbrzmiewało w stolicy, okraszone Majową jutrzenką, Warszawianką, hymnem narodowym i armatnimi salwami.
Jednak ta wielka i szczęśliwa Polska ma dziś zupełnie inną twarz, w którą całe nasze społeczeństwo powinno z odwagą spojrzeć, a zwłaszcza sprawujący władzę. To spojrzenie nie powinno być przelotne i zasługuje na równie głęboką refleksję, jak twarz, w którą rządzący spoglądali dziś podczas porannej mszy. Nieco trudniej jest im jednak tę polską twarz zaakceptować, bo to właśnie ona wyraża całą prawdę o słodkim, błogim raju.
Gdybyście panie i panowie jednak się przełamali, wykazując się tym samym polityczną przenikliwością oraz jakimś stopniem wrażliwości społecznej, bez większego trudu odczytacie w tych rysach, jaki prezent należałoby zrobić Polsce z okazji stulecia niepodległości. Udowodnilibyście wówczas, że słowa, które zakończyły to dzisiejsze przemówienie – „Niech żyje silna, niepodległa, sprawiedliwa Polska”, mogą stać się ciałem, a nie być jedynie pustym frazesem, wypowiadanym przez Was zbyt często na co dzień i od święta, takiego jak to dzisiejsze.

Cmokający i Janosik

Jedna z nich opowiadała wczoraj w parlamencie, że przyjechał, całował ją w dłoń i całował inne towarzyszki tej walki. Na marginesie mówiąc, czy mogą być towarzyszki broni, czy tylko towarzysze, bo w tym przypadku towarzyszy raczej jak na lekarstwo. W każdym razie całował je w te spracowane ręce. Tak, to praca, nie poświęcenie, nie miłosierdzie, ale praca. To nie oznacza, że praca ta nie może być powiązana z miłością.
Nie do niego jednak skierowane jest to uczucie, choć cmokał w te dłonie , nie do tego, który obiecywał, że gdy dojdzie do władzy, rozwiąże ich problemy. Zapewniał, że dostaną wsparcie, dodatkowe środki na pokrycie potrzeb ich własnych oraz osób, dla których pracują. Osoby te mają tak znaczną niepełnosprawność, że nie mogą funkcjonować samodzielnie. Obiecał im to, bo obiecywał wszystko wszystkim, którzy dysponowali jakimiś głosami przy urnie wyborczej. Inni może nawet coś już z tych obietnic zapomnieli. One, niestety, zapamiętały.
Zapamiętały i powróciły do parlamentu, domagając się ponownego z nim spotkania. Wiedzą, że choć jest szeregowym posłem to właśnie on może ich los odmienić, tak jak obiecał. Do tej pory tego jednak nie zrobił, zapewne przez nieuwagę, wszak na głowie ma niemal wszystkie sprawy Polski i te większe i te zupełnie malutkie.
Polska to ich kraj, w którym życie nienarodzone jest najważniejsze. Ono liczy się od najwcześniejszego etapu zetknięcia się zawiązujących je komórek. Nie ma czegoś takiego jak embrion, ale jest od razu człowiek, człowiek z pełnią przyrodzonych mu praw, w których to prawach kobieta ma znaczenie drugorzędne, bo człowiek jest najważniejszy, a kobieta jest po to, aby go wydać na świat. One nie mogą jednak zrozumieć, dlaczego ten zdeformowany człowiek, jak cmokającemu się kiedyś wyrwało, traci w praktyce wszystkie te prawa zaraz po urodzeniu i bezcenne życie nienarodzone zaczyna być mało interesującym dla kogokolwiek życiem narodzonym. Dlaczego nikt nie interesuje się ich losem, nie wspiera, nie tworzy systemu. One biorą więc ten ciężar na swoje barki i jedyne, na co mogą od niego liczyć to cmok, cmok w te spracowane ręce – takie polskie wyrażenie podziwu i wsparcia.
Jednak tym razem nie było nawet cmokania. Na scenę po prostu wkroczył Janosik, który odbierze najbogatszym i da „tym dotkniętym przez los” jak się wyraził? Oj, PR-owcy nie zdążyli mu jeszcze powiedzieć, jak takie słowa mogą zostać odebrane przez grupę docelową, zresztą PR-owcy mogą tego też nie wiedzieć. Janosik skutecznie przeprowadzi swój plan i użyje państwa do tego, aby zrobić ten transfer od bogatych do biednych. I co? To wszystko? Czyżby przesypanie pieniędzy było rozwiązaniem w tej sytuacji? A gdzie system asystentów osobistych, ubezpieczenia dla rodziców tak pracujących, wsparcie psychologiczne, opieka wytchnieniowa i długo można byłoby tak wymieniać. Nawet jeśli przyjąć, że dobry Janosik problem dziś rozwiązał, to czy bez ich obecności na terenie parlamentu też byłby to rozwiązany problem? Chyba niesłusznie powątpiewam w szlachetne zamiary i chęci Janosika. Wszak sam należy od wielu lat do bogaczy i z całą pewnością zawsze marzył o oddaniu części majątku na taki lub podobny cel. Nazwał to dziś „solidarnościową daniną, specjalnym podatkiem”. Tak, słowo specjalny skojarzyło się mu z tą grupą, taki mały stereotyp, wszystko co dotyczy niepełnosprawności musi być specjalne. PR-owcy znowu nie zdążyli z podkładem, a właściwi ministrowie nie podpowiedzieli, że pieniędzy w systemie jest sporo. Wystarczyłoby je lepiej wydawać.
Janosik obiecał zapisanie jakiś szczegółów w polskiej Konstytucji. Konstytucja nagle zaczęła być ważna i z całą pewnością będzie tym razem przestrzegana. Osoby z niepełnosprawnościami mają to zagwarantowane jak w banku. Wystarczy ponownie uwierzyć, bo Polska wiarą stoi. Cmok, cmok – hmm, cmokającego w rączki dziś jednak nie było…

Zniknęliśmy w szarości

Spotkałem go po latach i bardzo się z tego ucieszyłem. Wprawdzie porywisty wiatr zawiewał na w twarze rzęsiste krople deszczu, ale przystanęliśmy, aby się przywitać i chwilę porozmawiać. Nie widzieliśmy się przynajmniej parę lat. Był jakiś smutny, osowiały, zupełnie nie taki, jakim go pamiętałem ze wspólnych imprez, podczas których słuchaliśmy dużo muzyki i piliśmy wódkę.
Zaczęliśmy jednak dyskusję o polityce. Poglądy zawsze mieliśmy podobne, więc ten wątek szybko musiał wybrzmieć i później mieliśmy już rozmawiać o sprawach z dawnych lat, o ludziach, których znaliśmy, o sobie i swoich rodzinach. Tak się jednak nie stało, bo on się całkiem zmienił. Opowiadał o jakiejś neutralności, że coś zrozumiał, że nie można się zacietrzewiać, że tamci go zwolnili z pracy, a ci przyjęli i dlatego się zmienił. Opowiadał mi, że zwykli ludzie mają teraz wpływ na bieg rzeczy, a nie postkomunistyczne elitki, że Unia ma tu rynek zbytu i nie obchodzą ją wartości, że media manipulują po obu stronach i on się z tym godzi.
– Jeszcze chwilę i mi powiesz „Polska dla Polaków”! – odpowiadam mu.
On mi na to, że nie wszystko wiem, że nie wszystko mogę zrozumieć, że on dużo przeżył w ostatnim czasie i chce pozostać neutralny, a w ogóle to musi mnie pożegnać, musi już iść.
Stary, ja cię nie widziałem tyle lat i myślałem, że będziemy coś razem robić, poświęcimy czas, a przynajmniej pogadamy tak jak kiedyś, a ty mnie pouczyłeś jak mentor, poczęstowałeś komunałami i chcesz pożegnać! Trudno jednak, wyciągnąłem do niego rękę i uścisnąłem jego dłoń, która lekko drżała. Potem wolno odszedł. Wiatr wiał nadal, a deszcz wściekle uderzał o chodnik, po którym rozchodziliśmy się w dwóch przeciwnych kierunkach, znikając w szarości dnia.
Kupiłem sobie piwo w supermarkecie i rozmyślałem długo o tym spotkaniu. Właściwie to niczego się o nim po latach nie dowiedziałem. On nic nie powiedział, a ja o nic nie zapytałem. I nie wiem przez co przeszedł on, jego żona, albo dzieci. Może stało się coś złego, może ktoś zachorował, albo przydarzyło się jakieś inne nieszczęście? Kiedyś wiedziałbym to od razu, a teraz nie wiem nic. Chyba niedobrze, że nie zadałem mu o to żadnego pytania i gadaliśmy wyłącznie o polityce, stojąc na tym deszczu i osłaniając się przed wiatrem. Co takiego silnego jest w tej „dobrej zmianie”, że przesłoniła nam samych siebie, naszą przeszłość, wspólne emocje i wspomnienia, nie pozwoliła ani na moment do tego powrócić?
Wszystkie sceny z „Dnia świra” to pikuś w porównaniu z prawdziwą modlitwą Polaków, która odbywa się w domach, na ulicach, w szkole i w pracy. Cała żółć i nienawiść, o której śpiewa Maria Peszek w „Modern holokaust”, to naprawdę niewiele w stosunku do napięcia, które spotyka nas w rzeczywistości.
„Polski piec nienawiści” trawi rodziny, małżeństwa, współpracowników i przyjaciół. Zabija miłość, przyjaźń, zatruwa dobre relacje i wdziera się w każdy zakamarek naszego życia. Skąd ci magicy mają tyle mocy, aby wstrzykiwać nam ten jad wszędzie, gdzie się da, a my pozwalamy, żeby nas trawił od środka, powoli zabijał z dnia na dzień, abyśmy w końcu stali się wrakami samych siebie?
Zastanawiałem się nad tym długo po naszym spotkaniu. Teraz myślę, że rozmawiałbym z nim inaczej, pytając co u niego, o żonę, o dzieci. Zaproponowałbym piwo i pogawędkę. Może sprawiłem mu przykrość jakimś słowem, może nie tylko on się zmienił, ale ja też? Drżała mu ta ręka i może chciał mi coś powiedzieć, a ja nie chciałem go wysłuchać. Gdybym wysłuchał, może mógłbym jakoś pomóc?
Smutne to było, gdy tak oddalaliśmy się od siebie w szarości dnia, deszcz lał, a wiatr rozwiewał jego krople we wszystkich kierunkach. Chciałbym go spotkać na wiosnę, uścisnąć mu dłoń, poklepać po plecach i zapytać, co u niego dobrego. Może spotkam go jeszcze na tej samej drodze i przywitamy się radośnie w cieple wiosennego słońca.

Ilustracja muzyczna:
Maria Peszek „Modern holokaust”.

Visage „Fade to gray”

Hawkingowie i Wonderzy

Stephen Hawking

rys. Lech Kolasiński

Dziś odszedł od nas Stephen Hawking, genialny brytyjski astrofizyk. Mógłbym żartobliwie powiedzieć, że właściwie to się o niego otarłem, bo gdy byłem w Cambridge na wizycie studyjnej w tamtejszej jednostce zajmującej się wsparciem edukacyjnym, otrzymaliśmy w prezencie przewodnik opowiadający o dostępności uniwersytetu do potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Sam Hawking go polecał i autoryzował. Wielokrotnie więc, podczas rozmaitych debat już w Polsce, oponentom edukacji włączającej i dostosowywania przestrzeni fizycznych i wirtualnych do potrzeb osób niepełnosprawnych, zadawałem pytanie, czy u nich Hawking mógłby spokojnie funkcjonować i pracować. To z reguły kończyło dyskusję.
Teraz chciałbym jednak powiedzieć o jeszcze innym aspekcie związanym z jego osobą i nie tylko, a mianowicie, że można być geniuszem i osiągnąć tak wiele, a jednak stygmat niepełnosprawności wciąż nad człowiekiem ciąży. Nie udało mi się dziś znaleźć żadnego wspomnienia, w który mnie ma choćby jednego zdania na temat jego niepełnosprawności – jakim ten Hawking był geniuszem, że pomimo niepełnosprawności odkrył to i tamto, że niepełnosprawność dawała mu do tego i tamtego tyle siły, że gdyby nie niepełnosprawność, to może nie postąpiłby tak lub tak, że jako osoba z niepełnosprawnością doświadczył w kosmosie możliwości poruszania się bez wózka i tak dalej i tak dalej.
Powiecie Państwo – cóż w tym złego? Nic wydawałoby się, zwłaszcza przy tak wspaniałej postaci. Jednak obserwuję to na innym geniuszu, szczęśliwie wciąż żyjącym, a mianowicie Stevie’m Wonderze. Też zawsze się mu dokłada, iż jest genialnym niewidomym muzykiem, nie widzi od dziecka a mimo to tak wspaniale komponuje i śpiewa, jaki to ma cudowny talent, choć jest niewidomy, zaraża innych swoim optymizmem, a sam ma prawo nie być optymistą, bo nie widzi, ile radości życia mogą od niego czerpać osoby sprawne i tak dalej i tak dalej.
W tych dwóch przypadkach niepełnosprawność, uświęca, służy do gloryfikowania cech, które nie mają z nią nic wspólnego – talentu, inteligencji i ciężkiej pracy. Jest jednak o wiele więcej przypadków, w których niepełnosprawność ściąga w dół drabiny społecznej, poniża, stanowi powód do wstydu. To są tysiące, dziesiątki tysięcy, miliony przypadków, gdzie tłumaczymy, że ktoś czegoś nie może zrobić, bo jest taki biedny, nieszczęśliwy, niepełnosprawny, albo, że robi, ale z takim wysiłkiem, że może byłoby bardziej humanitarne, aby tego w ogóle nie robił, że raczej należy mu lub jej współczuć niż czegoś w ogóle od takiej osoby oczekiwać.
Znajdujemy się więc w naszych dziejach na etapie wysoce ocennym, gdy mowa o zjawisku niepełnosprawności i skazuje to osoby z niepełnosprawnościami na bycie z góry zakwalifikowanymi, najczęściej nie jako Hawkingowie lub Wonderzy, bo taki jest etap rozwoju cywilizacyjnego. Stephen Hawking nie doczekał momentu, gdy mógłby być oceniony wyłącznie przez pryzmat swojego geniuszu. Zapewne jednak nie robiłoby mu to jakiejś wielkiej różnicy, wszak zwykł mawiać, że historia ludzkości to w dużej mierze historia głupoty.

„Co ciągle widzę w niej?”, czyli pomimo polskich marców

Młody człowieku, urodziłeś się czy też urodziłaś w wolnej Polsce, o którą walczyły wcześniejsze pokolenia. To one zamieniły autorytarne rządy PRL w demokrację parlamentarną typu zachodniego. To one przekształciły centralnie zarządzaną, nieudolną gospodarkę w system wolnorynkowy, niemożliwy do osiągnięcia w Europie Środkowo-Wschodniej od zakończenia II Wojny Światowej.
To ci ludzie spowodowali, że możesz obecnie z laptopem, smartfonem, kawą i ciastkiem siedzieć w kawiarni i dzięki zainstalowanej tam sieci, kontaktować się ze swoimi znajomymi na całym świecie. Jesteś więc częścią globalnej wioski, obywatelką czy też obywatelem świata.
Może urodziłaś czy też urodziłeś się po 1989 roku, może trochę wcześniej, ale nie pamiętasz już czasów, w których odważni ludzie, wbrew wiatrowi wiejącemu im w oczy, cierpieli upokorzenia, chłód, głód, a często więzienie, abyś mógł czy mogła korzystać z wszystkich tych dobrodziejstw cywilizacji, rozwoju technologicznego, wolności słowa, wyznania, abyś mógł czy mogła nieskrępowanie głosić w mediach społecznościowych swoje poglądy, jakiekolwiek by one nie były. Jest Ci z tymi osiągnięciami zachodniego świata dobrze – wiem. Mnie też, pomimo iż jeszcze trochę pamiętam tamte czasy. Ty chcesz i ja chcę, aby tak pozostało, abyśmy tymi wartościami mogli się cieszyć w Unii Europejskiej, w rodzinie narodów wolnej i zjednoczonej Europy. Pozwól więc, że opowiem Ci krótką historię, może będzie ona także trochę o Tobie?
50 lat po niesławnych wydarzeniach marca 1968 roku mamy kolejny polski marzec. Ponownie opętuje nas jakiś demon antysemityzmu, rasizmu i ksenofobi i dlatego chciałbym Ci wyznać, że jestem Żydem. Chcę Ci to wyraźnie powiedzieć. Co czujesz?
Musisz wiedzieć, że był taki wybitny Polak i nazywał się Jacek Kuroń. On w niesławnym 1968 roku też ujawnił, że jest Żydem. Mówił o tym, gdy więziono go za Jego poglądy polityczne. Głosił to w momencie, gdy Polskę zalewała fala nienawiści wobec Żydów. Wtedy On, samotnie w więzieniu, bezbronny, oświadczał, że jest Żydem tak, jak ja teraz Ci to powiedziałem.
Musisz jednak też wiedzieć, że nie wszyscy w tym niesławnym roku 1968 go potępiali. Bardzo wielu szanowało Jego pochodzenie i przynajmniej milczało, a na pewno nie opowiadało się przeciwko Niemu, przez co przetrwał najtrudniejsze chwile, znalazł przyjaciół w najgorszym momencie i ostatecznie zwyciężył. Po 1989 roku został ministrem pracy i polityki społecznej rządu III Rzeczypospolitej. Wspierał ludzi wykluczonych, biednych i marginalizowanych. Na zawsze zapisał się pozytywnie w historii naszego kraju.
Tak samo nie wszyscy potępiają mnie, gdy mówię, że jestem Żydem. Wierzę więc, że przetrwam najgorsze chwile marca 2018 i w to, że nie zapisze się on w historii jako kolejny, niesławny rok w naszych dziejach. Wierzę też, że nie będę musiał wyjechać z Polski tak, jak dziesiątki tysięcy ludzi, którzy musieli wyjechać w poprzednim niesławnym czasie. Wierzę też w Ciebie, że nie potępisz mnie tylko z powodu mojego pochodzenia, tym bardziej, że muszę Ci jeszcze wyznać, iż nie jestem heteroseksualny. Co czujesz?
Zanim odpowiesz, musisz poznać jeszcze jedną postać. To Władysław Bartoszewski, członek Żegoty, polskiej organizacji pomagającej w czasie II Wojny Światowej Żydom. Ludzie mówią do dziś, że sam był Żydem. On natomiast zawsze powtarzał, że warto być przyzwoitym. Dopowiadał do tego, że rzadko się to opłaca, ale naprawdę warto. Musisz poznać jego opowieść o tamtych czasach i o tym, co robił już w wolnej Polsce jako Minister Spraw Zagranicznych. Poszperaj trochę i poczytaj o tej postaci. Zwłaszcza przejrzyj jego książki, a może zacznij od tej jednej, podstawowej „Ten jest z Ojczyzny mojej”.
Jeśli jesteśmy już przy książkach, to warto je czytać. Nie bazuj tylko na materiałach z Internetu. Nie wiem, czy znajdziesz w sieci książkę Jacka Kuronia „Wiara i wina”, a powinieneś czy też powinnaś ją przeczytać właśnie teraz, 50 lat po niesławnym roku 1968. Będziesz płakać, trochę się śmiać, a przede wszystkim myśleć o sobie i swojej roli w historii. Niech Ci się po tej lekturze nigdy nie wydaje, że jako jednostka nie masz na nic wpływu.
Idź tylko śladami wybitnych postaci z naszej historii niezależnie, czy mieli oni pochodzenie czysto polskie, czy może żydowskie albo jakiekolwiek inne, czy mieli lub mają biały, czy może inny kolor skóry, orientację hetero czy homoseksualną, niezależnie od ich wyznania czy niewiary w jakiegokolwiek Boga. Czuj się spadkobierczynią czy też spadkobiercą pięknej tradycji polskiej tolerancji i otwartości na tak zwanego „innego”, który okazuje się zwykle bratem, sąsiadem, przyjacielem, kimkolwiek jest z urodzenia i pochodzenia w rodzinie ludzkiej. Przeczytaj koniecznie, jak pisze o „Innym” Ryszard Kapuściński, wybitny polski reportażysta.
„Kiedy myślę o autorytetach, coraz częściej widzę cmentarz” – napisał ktoś ostatnio na Facebooku i to jest prawda. Dlatego chcę Ci powiedzieć, że musisz czytać to, co po sobie ci ludzie pozostawili. Oni napisali to wszystko dla Ciebie, abyś był czy też była oczkiem łączącym ogniwa w sztafecie pokoleń, o której z kolei pisał inny wybitny Polak – słynny kurier z Warszawy Jan Nowak-Jeziorański. Koniecznie zapoznaj się też i z Jego pracami.
Na koniec wyjawię Ci coś zaskakującego. Otóż, ani Jacek Kuroń, ani Władysław Bartoszewski nie byli Żydami, choć do dziś możesz znaleźć w sieci takie poglądy na temat ich pochodzenia. Głoszą je antysemicko nastawieni niektórzy Twoi rodacy. Oni obaj byli wybitnymi Polakami, którzy nie osądzali ludzi ze względu na pochodzenie, poglądy i inne cechy mogące posłużyć za powody do dyskryminacji i ty też tak nie rób.
Ja także nie jestem Żydem, ani gejem. Jestem natomiast osobą niewidomą i na co dzień spotykam się z taką samą dyskryminacją, jak Żydzi, osoby homoseksualne czy uchodźcy, bo podstawa wszelkiej dyskryminacji jest zawsze taka sama – lęk przed „innym”. Odrzuć ten lęk!
Czy czujesz już, że też może jesteś Żydem czy też Żydówką? A może czujesz, że masz inną orientację albo niepełnosprawność? Może czujesz, że masz inny kolor skóry? To dobrze, to znaczy, że chcesz, podobnie jak chcieli tego Jacek Kuroń, Władysław Bartoszewski, Jan Nowak-Jeziorański czy Ryszard Kapuściński, aby Polska była otwartą na świat, tolerancyjną dla wszystkich mniejszości i opiekuńczą dla swoich obywateli, demokratyczną republiką parlamentarną, świeckim państwem prawnym, w którym jest miejsce dla wszystkich ludzi.
Jeśli potrafisz poczuć się jak osoba z grupy słabszej i marginalizowanej, pamiętaj proszę, że żyjesz w Europie, bogatym kontynencie, który może uczynić wiele dla innych rejonów świata, znajdujących się w znacznie gorszej sytuacji.
Władysław Bartoszewski i rodzina Jacka Kuronia pomagali Żydom znajdującym się w śmiertelnym zagrożeniu, a Jan Nowak-Jeziorański kierował Wolną Europą po to, abyś mógł czy też mogła siedzieć ze swoim komputerem w wolnym kraju, popijać kawę i kontaktować się ze swoimi znajomymi na całym świecie. Co chciałbyś czy też chciałabyś zrobić, aby godnie ich zastąpić w sztafecie pokoleń?
Jesteś w komfortowej sytuacji, bo nie musisz wystawiać na szwank swojego życia i zdrowia. Możesz jednak zrobić coś dla tych, którzy dziś cierpią głód, chłód, więzienie, a często i tracą życie, tak jak tracili je Żydzi i Polacy i inne narody podczas najokrutniejszej z wojen. Działaj na rzecz słabszych i marginalizowanych, wspieraj akcje humanitarne, wyjedź na wolontariat.
Wolisz zostać w kraju? Świetnie, włącz się w działania organizacji pozarządowych walczących z dyskryminacją mniejszości i nierównym traktowaniem. Wspieraj edukację osób z niepełnosprawnościami albo działaj w biznesie społecznie zaangażowanym. Nie stój z założonymi rękami, bo jesteś odpowiedzialny czy też odpowiedzialna za to, aby sztafeta pokoleń biegła do przodu. Nigdy nie pozwól, aby wrócił niesławny rok 1968 i aby słowo Polska kojarzyło się jakkolwiek inaczej niż z tolerancją, otwarciem na innych, ochroną najsłabszych i gościnnością. Jeśli zrobisz coś dla takiego Jej blasku, usiądź spokojnie w swojej kawiarni i włącz sobie na Youtube hymn mojego pokolenia, który będzie wtedy i Twoim hymnem. Zanuć sobie: „Co ciągle widzę w niej, dlaczego w innej nie…”, a potem napij się kawy i pogadaj ze znajomymi w sieci.

Ilustracja muzyczna: