Erasmus+ dla ekstremalnej młodzieży

Wróciłem właśnie z konferencji międzynarodowej w Hiszpanii, na której dyskutowaliśmy o inkluzywnych uniwersytetach. W idei tej chodzi o niewykluczanie nikogo z procesu kształcenia na podstawie cech takich jak niepełnosprawność, płeć, pochodzenie, wiek itd. Jedynym kryterium, którym powinniśmy się kierować są ludzkie talenty, a te są niezależne od tych cech, po prostu są, albo ich nie ma i jeśli występują, obowiązkiem uczelni jest spowodowanie, aby kwitły i przynosiły korzyść osobom je posiadającym oraz społeczeństwu. Piękna i logicznie uzasadniona idea, prawda? Ciekawe, dlaczego bywa tak trudna w realizacji.
Do idei inkluzywnych uniwersytetów będę tu powracał często, jednak z samą konferencją wiąże się pewne spostrzeżenie, jakie poczyniła moja współpracowniczka. Okazało się bowiem, że z naszymi słowiańskimi rysami, byliśmy wśród publiczności zdecydowaną mniejszością. Widać było ewidentnie, że nie pochodzimy z tej części Europy. Nie stanowiło to tam żadnego problemu, ale przecież mogło. Naturalnie nie pierwszy raz znalazłem się w takiej sytuacji, ale bardzo wyraźnie, w kontekście tego, co dzieje się w moim kraju, uświadomiłem sobie, jak ważne może być doświadczenie bycia przedstawicielem mniejszości wśród większości. Kiedy szanowane jest nasze pochodzenie, wszystko jest normalnie, kiedy jednak już ktoś zerka z ukosa, zaczynamy się czuć źle, a co dopiero, gdy padają obelżywe komentarze lub wprost łamane są nasze prawa.
Dlatego pomyślałem sobie, że program Erasmus+, dzięki któremu miliony młodych Europejczyków wyjeżdżają z rodzimego kraju, aby pobyć w innym, studiując na wybranym przez siebie uniwersytecie, powinien zawierać jakiś komponent dla trudnej młodzieży, albo nawet wprost dla grup ekstremalnych, oczywiście z zastrzeżeniem, że wyjeżdżający mogą mieć poglądy dyskryminujące, ale podczas pobytu nie wolno wdrażać im ich w życie. Myślę, że kiedy taki nasz ONR-owiec choć  raz znalazłby się w sytuacji bycia tym „innym”, może przemówiłoby to do niego, może coś miałby szansę zrozumieć, może dostrzegłby inną perspektywę niż owo „White united”, czy też „Polska dla Polaków”.
Poglądów nie mogliby na serio wdrażać, ale w zamian dopuszczone byłyby jakieś performance. Przykładowo grupa Hiszpanów paliłaby ONR-owcom ich flagi wykrzykując, że Hiszpania tylko dla Hiszpanów, Portugalczycy wystrzeliwaliby w ich kierunku race, całkiem wyjątkowo potwierdzając okrzyki Hiszpanów, a grupa Polaków broniłaby się krzycząc, że może jest ich mniej, ale też mają prawo do życia w Europie. Jeśli po takim doświadczeniu, wszystkie te grupki nie zbratałyby się w jakiejś pobliskiej knajpie i nie zrozumiałyby istoty rzeczy, to prawdopodobnie nic im i tak już nie pomoże. Wobec tego, dlaczego nie spróbować takiego lekarstwa na młodzieńcze oszołomienie nacjonalizmami, co niniejszym polecam uwadze narodowych agencji, a właściwie kreatorom programu Erasmus+ z Brukseli.

Kto tę Polskę pozszywa?

Wczoraj w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie uczestniczyłem w debacie filozofów – profesora Aleksandra Bobko i profesora Tadeusza Gadacza. Dyskutowali oni o myśli tischnerowskiej, jej aktualności w obecnej sytuacji Polski, jak sugerował prof. Gadacz, czy też braku tych związków, jak argumentował prof. Bobko.

Temperatura sporu w wypełnionej po brzegi sali sięgała momentami zenitu, zwłaszcza biorąc pod uwagę reakcje publiczności. Szacunek należy się tu profesorowi Bobko, który chcąc nie chcąc, bronił aktualnych posunięć rządu i jego polityki, a publiczność na sali z tą polityką bynajmniej nie sympatyzowała. Dla mnie osobiście, bardzo ciekawym wątkiem dyskusji był spór o tischnerowską Etykę solidarności. Prof. Gadacz widzi w niej myśli, z których pełnymi garściami możemy obecnie czerpać, prof. Bobko uznał natomiast tę pracę za genialną, ale raczej historyczną.

Wzruszające i piękne były cytaty wybranych myśli księdza profesora Tischnera, które spokojnym i głębokim głosem odczytywał prof. Tadeusz Gadacz. A to swoją zabawnością, a to brutalną prawdziwością, uderzały w nas kolejne wady narodowe Polaków, które przytaczał z Jego prac.
Pamiętam ciepły i głęboki głos Tischnera. Tadeusz Gadacz w żadnym razie nie usiłował się nań stylizować, był w tym swoim czytaniu niezmiernie naturalny, zanurzony jakby w myślach mistrza. Mnie jednak wydawało się, że sam ten mistrz przemawia do nas tego wieczoru w charakterystyczny dla siebie sposób i publiczność reagowała tak, jak dawniej – cisza i refleksja panowała podczas poważnych myśli filozoficznych, a salwy śmiechu wybuchały po przytoczonych anegdotach.

Dałem się ponieść temu swoistemu wywoływaniu tischnerowskiego ducha, zarówno tam na sali, jak i potem w domu. Pozostało we mnie wiele refleksji, nad którymi rozmyślałem jeszcze długo w nocy i które rozważam do teraz, bo obudziłem się dziś jakby z Tischnerem w głowie. Przeczytam zapewne w najbliższych dniach ponownie Etykę solidarności, aby poszukać w niej czegoś nowego, być może znaleźć własne odpowiedzi na pytanie, czy i które z tych myśli można zastosować do rozwiązania przynajmniej części polskich problemów. Sądzę bowiem, że wszystkim uczestnikom spotkania, a mnie na pewno, jak dzwon dudni w głowie pytanie powtórzone kilkakrotnie przez Tadeusza Gadacza – kto tę Polskę po tym wszystkim pozszywa? Kto ją pozszywa?

Odpowiedzi, które się w pierwszej kolejności nasuwają, są tak przerażające lub beznadziejne, że pocieszenia warto szukać w anegdocie. Jest ona wzięta z życia, jak to często z anegdotami bywa. Chyba też takie opowiadał najchętniej sam mistrz Józef Tischner. On też jest jej bohaterem.

Długo jechaliśmy taksówką poza Kraków, bo nasze małe radyjko ulokowane było poza granicami miasta, a mówiąc wprost, była to po prostu wieś. Moje spięcie w kontakcie z wielkim filozofem natychmiast ustąpiło właśnie w wyniku opowiadania sobie anegdot. Jednak, gdy wysiedliśmy pod radiem, wyrósł przed nami świeżo zakupiony radiowy polonez, na dachu którego siedział tyłem do nas technik, który mocował antenę nadawczą. Klął przy tym w sposób tak wymyślny i siarczysty, że podobnych konstrukcji wyrazowych do tej pory nie słyszałem i myślę, że nasz gość tym bardziej nie. Technikowi nie dało się w żaden sposób pokazać, żeby się na moment choćby uciszył. Znaleźliśmy się tym samym w sytuacji, w której pierwszą wizytę Tischnera w naszym radiu rozpoczynamy od powitania Go stekiem najprzemyślniejszych wulgaryzmów. Nie bardzo wiedziałem, co zrobić, coś tam mówiłem, że kolega się chyba zdenerwował tą anteną. Wszystko rozładował natychmiast sam profesor, przystając, rozglądając się po okolicy i mówiąc: „Aleście się w tych kapustach tu ulokowali”. Potem powiedział jeszcze komuś mało religijnie aktywnemu, że „na stosiku go podpieczemy troszeczkę” i już wkrótce mogliśmy spokojnie zakładać klub tischnerowski niezależnie od światopoglądu jego członków. Jeden z kolegów ateistów powiedział mi: „Tischnera to lubię, bo mówi do mnie dzień dobry, a nie Niech będzie pochwalony”.

Mnie się więc wydaje, że Tischner łączył ludzi. Nie mogę jednak nie zauważać, że już wtedy był „księdzem na manowcach”. Wczoraj też mi się wydawało, że uważa tak zarówno prof. Bobko, który wielokrotnie powtarzał, iż Tischner w latach 90-tych po prostu się mylił, jak i część publiczności, niewielka część, ale jednak. Jeśli ten pogląd przyjmiemy i nie Etyka solidarności może być jakimś dla nas drogowskazem, jeśli postać taka jak Tischner nie łączyła i nie łączy nadal Polaków, to co lub kto może ich połączyć i tę Polskę pozszywać?
Z tym pytaniem chciałbym dziś Państwa zostawić i namówić do lektury książek mistrza. Jest ich wiele i każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli nawet nie ma w nich odpowiedzi na to jedno, dudniące jak dzwon pytanie, to z całą pewnością znajdziecie w nich Państwo odpowiedzi na inne dylematy oraz wiele myśli, do których będziecie chcieli stale powracać. A ja chciałbym, żeby kiedyś w Teatrze Słowackiego ktoś tak po prostu poczytał nam Tischnera na żywo, bez dodatkowej dyskusji, bez sporów i podziałów politycznych, tylko my i Tischner. Może mógłby to zrobić właśnie profesor Tadeusz Gadacz?

Rekonstrukcja, ale czego?

Wszyscy od wczoraj przez wszystkie możliwe przypadki  odmieniają słowo „rekonstrukcja”. Może od nieco innej strony, ale i ja chciałbym podejść do tego tematu.
Dziś pojawiła się wiadomość o byłym już ministrze, którego limuzyna zaparkowała na miejscu dla osób niepełnosprawnych. Zupełnie niedawno inna limuzyna członka tego rządu zaparkowała w podobny sposób. Wydarzyło się to kilkukrotnie jeszcze wcześniej i wydarzy się kilkukrotnie później. Sprawa nie ma zresztą konkretnych barw politycznych – zdarzało się to za poprzedników obecnie rządzących i będzie się zdarzać ich następcom. Jeden z parkujących w ten sposób polityków skomentował całą rzecz następująco: „Miejsca znaczone miejscami znaczonymi, ale trzeba mieć też zdrowy rozsądek”.
Wszak za parkowanie rządowych limuzyn odpowiada Biuro Ochrony Rządu i łatwo byłoby to na nich scedować i tego od nich wymagać. Po co jednak, skoro sprawa nie ma żadnej mocy politycznej, więc nie trzeba starać się o te marne głosy tych „nieistotnych ludzi”. Wierzę więc w tym przypadku w szczerość wytłumaczenia zaistniałej sytuacji. Sprawa jest tak marginalna politycznie, że warto nawet tym razem powiedzieć prawdę.
W kraju, w którym uważa się, że nauczyliśmy inne nacje posługiwać się widelcem, politycy nie zadają sobie najmniejszego wysiłku, aby okazać zachowania zgodne z rozwojem cywilizacyjnym i naśladować w tej materii koleżanki i kolegów, których kiedyś ucywilizowaliśmy. Chyba że uważamy, że ich zachowania są nieodpowiednie i tym samym, poprzez te limuzyny i ich parkowanie, uczymy Francuzów i inne nacje, co naprawdę należy myśleć o osobach niepełnosprawnych i ich potrzebach.
Tym zrekonstruowanym i tym, którzy po rekonstrukcji zasiądą w swoich limuzynach życzę rekonstrukcji swojego myślenia, jeśli już nie co do miejsc parkingowych, to przynajmniej co do osób ich potrzebujących. Pamiętajcie, że te osoby to też suweren. Pamiętajcie też, że Wy i Wasi bliscy mogą kiedyś tych miejsc także potrzebować, a Wasi następcy, w pięknych, rządowych limuzynach będą je Wam zajmować mówiąc: „miejsca miejscami, ale trzeba mieć też zdrowy rozsądek”.

Piwo niewolnicy

Rys. Lech Kolasiński

W Polsce aresztowano niedawno matkę niepełnosprawnego dziecka zależnego od urządzeń podtrzymujących życie. Matka nie zauważyła, że dziecku wypadła rurka łącząca je z maszyną, a to było bezpośrednią przyczyną jego śmierci. Inna matka, która opiekowała się dzieckiem w podobnym stanie, poszła do sklepu zrobić zakupy i pośród wielu produktów w jej koszyku znalazło się piwo. Nie uszło to uwagi czujnego sąsiada. Od razu wypomniał wyrodnej matce, że chodzi po sklepach za alkoholem zamiast opiekować się dzieckiem. Ta broniąc się, tłumaczyła mu, że kupiła piwo dla kogoś, a nie dla siebie.

Jeszcze inna matka pisze w sieci bloga, na którym opisuje swoje codzienne zmagania, aby stale leżącemu dziecku móc zapewnić odpowiednie wsparcie. Ze swadą relacjonuje rozmaite przygody z osobami indywidualnymi i instytucjami, które w teorii powinny stanowić profesjonalne zaplecze dla rodziców dzieci ze znaczną niepełnosprawnością. Tak się jednak w praktyce nie dzieje lub wsparcie to jest dalece niewystarczające, aby rodzina mogła normalnie funkcjonować. W ten sposób skonstruowana polityka społeczna, a raczej jej karykatura, skazuje tę i podobne jej matki na całkowitą rezygnację z siebie, z własnego życia nie tylko zawodowego, ale także prywatnego, z wszelakich przyjemności, z których korzystają inni ludzie – z mody, z kultury, z wyjeżdżania na wakacje, także z wypicia jednego choćby piwa. Matka blogerka określa tę sytuację jednoznacznie – to współczesne niewolnictwo, usankcjonowane przez państwo polskie. Ma rację.

To ją i inne matki niepełnosprawnych dzieci prezydent Polski nazwał bohaterkami podczas swojego wystąpienia z okazji Święta Konstytucji 3 maja. Jego małżonka, deklarowała w związku z Międzynarodowym Dniem Osób Niepełnosprawnych, że „tym wyjątkowym osobom warto pomagać”. W przypadku dzieci podłączonych na stałe do urządzeń medycznych pomaganie to leży głównie w rękach ich matek. Pomimo górnolotnych oświadczeń z okazji takich czy innych świąt, w ślad za nimi nie idą żadne konkretne pomysły na stworzenie długofalowych i dobrze finansowanych systemów wsparcia potrzeb matek w związku z opieką nad niepełnosprawnymi dziećmi. Systemy takie, oparte na pomocy asystentów osobistych, są znane i od lat obecne w polityce społecznej wielu europejskich państw, my w Polsce ograniczamy się jednak do pięknych słów, które zazwyczaj muszą matkom wystarczyć. Czasem takie słowa są potrzebne, bo stanowią iskrę, która rozpala zmiany. Puste deklaracje potęgują natomiast frustracje, bo wygłaszane były już tyle razy, przez tylu polityków, z tylu rozmaitych opcji, przy tylu okazjach, że na samo brzmienie tych frazesów można dostać mdłości.

Jednak politycy mogą spokojnie to robić dalej, bez żadnej obawy, że taka lub inna niewolnica wyjdzie i będzie protestować, domagać się systemu wsparcia, prosić o asystentów, tłumaczyć, że jej dyżur przy niepełnosprawnym dziecku jest jak praca. Niewolnica jest bowiem stale na uwięzi. Dzień i noc czuwa przy swoim dziecku, dogląda go, przewróci na drugą stronę. Czasem zastąpi ją mąż, który musi pracować, aby zarobić i na dziecko i na niewolnicę. Zdarza się jednak, że mąż ją opuści, bo chce żyć inaczej albo nie daje już rady. Ona musi pozostać na tej swojej reducie, bezustannie trwać. Jest niezłomna, wytrwała, niezmiennie kochająca, bo chodzi tu przecież o godność jej samej i godność jej dziecka.
To właśnie na tych odczuciach i siłach życiowych matki żerują politycy każdego szczebla i każdej opcji politycznej oraz inspirujący ich ideologowie. To kosztem tych matek i ich niewolniczej pracy trzyma się „system wsparcia” dzieci zależnych od pomocy innych. Tak, to one są słynnymi Matkami Polkami, od których ci politycy i wielu innych ludzi oczekuje najwyższego heroizmu – decyzji o urodzeniu dziecka z tak znaczną niepełnosprawnością, a potem opiekowania się nim przez całe swoje życie. Oczekiwanie to jest zgodne z postrzeganiem roli kobiety w polskim społeczeństwie, a zatem przychodzi tym ludziom bez trudu. Nie powinno więc budzić żadnego zdziwienia, że według nich wszystkich niewolnicy nie wolno wypić nawet jednego piwa. Co na to ludzie powiedzą – ona ma takie chore dziecko, a oddaje się przyjemnościom.

Czuje to i może nawet akceptuje sama niewolnica. Dlatego mówi, że kupiła je nie dla siebie. Musi się tłumaczyć byle sąsiadowi, któremu wedle przyjętego modelu kulturowego wolno iść i schlać się z kolegami na umór, potem kogoś zwyzywać na ulicy, a własnej żonie zrobić w domu karczemną awanturę. To wszystko mu wolno, jednak ten sam sąsiad ma moralne prawo a nawet obowiązek obywatelski, aby wytknąć jedno piwo Matce Polce. Czuje się wtedy lepszym człowiekiem.

Gdy taka matka czegoś nie dopatrzy, o czymś zapomni, raczej nikt jej nie pomoże. Kto chciałby brać odpowiedzialność za sytuację z tak niepełnosprawnym dzieckiem w tle? Kto chciałby mieć jakieś kłopoty z tym związane? Kiedy może ze zmęczenia nie dopatrzy, że dziecku wypadła rurka i dojdzie do najgorszego, przyjedzie prokurator i policja i po prostu ją aresztują.

Dlatego niewolnica zawsze jest sama. Nie ma koleżanek, przyjaciółek, bo cały czas czuwa. Czasem, jeśli jeszcze ma siłę pisać bloga ktoś da laika na Facebooku, ktoś zadzwoni, ale to rzadziej, bo telefon kosztuje więcej wysiłku. Niewolnica pozostaje więc z dzieckiem i swoimi myślami. Często z tym dzieckiem porozmawiać nie może, więc rozmyśla. Najczęściej są to myśli związane z przyszłością syna lub córki. Czasami zechce się nimi podzielić na swoim blogu i stąd dokładnie wiemy, jakie one są – co będzie jak ona lub jej mąż zachoruje, zestarzeją się, któreś z nich straci pracę, jak umrze. Co wtedy stanie się z jej dzieckiem?

Mijają dni, miesiące. Przyjdzie kolejne święto, znowu prezydent powie coś o jej bohaterstwie. Mijają dni i miesiące, przyjdzie kolejne święto, zmieni się polityk i coś dobrego o niej powie. Mijają dni i miesiące, matka już nie jest silna i zdrowa. Mijają lata, wygasa ten czy tamten blog. W ich miejsce pojawiają się kolejne blogi pisane przez współczesne niewolnice – Matki Polki.

Dzwony w petardach i Zenek

W felietonie o Julku pisałem o tym, że bardzo lubił „Dzwony rurowe”. Ja też bardzo je lubię. Jednak czas leci i kiedy się teraz pyta młodych ludzi o „Dzwony rurowe” Mike’a Oldfielda, z reguły nie wiedzą o co i o kogo chodzi. Jest to zapewne proces naturalny, pojawiają się nowe fascynacje, inni artyści, zmienia się moda. Toteż przyzwyczaiłem się do tego, iż o czymś takim jak „Dzwony rurowe” mogę sobie porozmawiać na imprezie starych zgredów z mojego pokolenia, albo jeszcze starszych.
Osiedle, na którym mieszkam, jest jednak relatywnie młode, biorąc pod uwagę wiek ludzi żyjących w pobliskich blokach. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy w sylwestrową noc, wracając z niesamowitego koncertu Agi Zaryan, której na scenie towarzyszyła wspaniała orkiestra, nagle usłyszeliśmy z jednego okna rytmy zupełnie inne, niż z pozostałych. Były to właśnie „Dzwony rurowe”. Brzmiały pięknie i dostojnie wśród przerażającego, nie tylko dla zwierząt, okropnego dźwięku petard wybuchających to tu to tam, jednostajnie tępo i przez cały czas. Czy macie czasem Państwo wrażenie, że wśród ogólnej beznadziei i frustracji, wśród mało interesujących spraw i ludzi, spotykacie nagle bratnią duszę? To niezwykle miłe uczucie. Od razu pomyślałem, że w tym mieszkaniu jest ktoś, kogo chciałbym poznać.
W tym czasie TVP prezentowała ponoć niejakiego Zenka Martyniuka, a jeśli nawet nie tego wieczoru, to często to robi i jest on podobno jedną z największych gwiazd muzycznych w Polsce. Jeszcze nie tak dawno zupełnie nie wiedziałem o kogo chodzi, ale ponieważ tu i tam słyszałem nazwisko, zapytałem w końcu moich niezawodnych koleżanek z pracy, kto to jest ten Zdenek. One poprawiły mnie, że Zenek i wszystko wyjaśniły. Potem rozmawiałem z wybitnym artystą, którego nazwisko w żaden sposób nie może równać się popularnością z zenkowym i on mi ten portret uzupełnił.
Na blogu o pięknie różnorodności przyjmuję ze spokojem informację, że istnieje ktoś taki jak Zenek i uwielbiają go miliony moich rodaków. Nie po raz pierwszy znalazłem się w klubie mniejszości i zdążyłem do tego przywyknąć, a nawet nie czuć się z tego powodu gorzej. Popularny Zenek wybaczy mi z całą pewnością, że tu polecę coś niszowego w stosunku do jego twórczości. Będą to właśnie „Dzwony rurowe” Oldfielda. To album ponadczasowy, więc wierzę, że mogą go dla siebie odkryć młodzi ludzie i jeśli tak się stanie, muzyka ta zostanie z nimi na zawsze. Gdyby zdarzyło się to dzięki temu wpisowi, następnym razem, gdy będziecie słuchać tych szlachetnych dźwięków wśród zgiełku petard, w jakąś noc sylwestrową, wyjrzyjcie przez okno. Jeśli zobaczycie starszego człowieka wsłuchującego się w to, co puszczacie, pomachajcie mu przyjaźnie, bo to Wasza bratnia dusza.

Przy stoliku z ceratą

Pamięci Julka

 

Podczas wystąpienia jako Ashoka Fellow w Bukareszcie, wspominałem moje najlepsze, przynajmniej w dotychczasowym życiu, decyzje. Jedną z najważniejszych była ta o chęci nauki w zwykłej szkole i pójściu na studia dziennikarskie. Mówiłem wtedy, że wszyscy wokół mnie się z tego śmiali uważając, że w zwykłej szkole mnie zjedzą, zdyskryminują i, że na żadne studia się nie dostanę. A po szkole specjalnej czeka mnie świetlana przyszłość i zarobię dużo pieniędzy na dobrych zawodach dla niewidomych. Te dobre zawody były typowymi, które zgodnie z wówczas obowiązującym stereotypem, miały wykonywać osoby niewidome – strojenie fortepianów i masowanie.
Wspominam sobie to często, gdy mnie teraz ktoś masuje. Bardzo przyjemne, gdy się tę usługę od kogoś odbiera, ale zupełnie bym nie chciał komuś jej oferować. Wydaje mi się zresztą, że pomijając już chęci, nie miałem tyle siły, ani odpowiedniej konstrukcji rąk. Jednak to te zawody były jedynymi propozycjami od społeczeństwa, które nie spełniały żadnych moich oczekiwań i nie zbliżały się nawet do marzeń. Kiedy wszyscy wokół powtarzali jednak bezustannie, że źle robię, że złego wyboru dokonuję, pomimo upartego charakteru, myślałem o tym, aby kogoś dojrzałego o to zapytać.
Był taki jeden człowiek, który nigdy się z żadnych dylematów nie śmiał i zawsze długo słuchał, a potem coś radził. Nazywał się Julek Wójcik. Ja miałem lat 15, on 60.
Nie miał łatwego życia. Urodził się na wsi pod Lwowem i bardzo wcześnie stracił wzrok, bo w wieku lat trzech. Nie posiadał więc żadnych wzrokowych wrażeń. Potem wybuchła wojna. Pamiętam, gdy mi opowiadał, że na niebie pojawiło się mnóstwo pięknych samolotów. Siostry wołały: „Julek, jakie one są piękne”, ale za chwilę te samoloty zaczęły zrzucać bomby i wszyscy się rozbiegli, pochowali, zapominając o Julku.
Po wojnie przeprowadził się z rodziną do Krakowa. To było siermiężne życie w komunistycznej Polsce i miejsce dla niewidomego chłopaka znalazło się tylko w szkole specjalnej. Wyuczył się w niej jednego z tych zawodów, które społeczeństwo przeznaczyło dla osób niewidomych i stroił te fortepiany, grał też trochę na różnych instrumentach. Nie, nie jak Stevie Wonder i zdawał sobie z tego sprawę, grał tak po Julkowemu i sprawiało mu to przyjemność. Klubowe granie, tak bym to dziś określił, lubiłem je.
Zetknąłem się z nim pierwszy raz w latach 70-tych na jakiejś wycieczce na Jurę. Należał do Związku Niewidomych, do którego też należał mój ojciec i na takiej wycieczce Julek grał przy ognisku na akordeonie, choć wtedy nazywaliśmy to nieprawidłowo harmonią lub z rosyjska harmoszką. Wszyscy go tam lubili, bo opowiadał kawały i dużo się śmiał. Jako dziecko zapamiętałem Jego pogodne oblicze i już wtedy łysinkę. Myślałem chyba wówczas, że jest bardzo stary i zupełnie bym nie przypuszczał, że wkrótce zostaniemy kumplami na wiele lat. Ja więc Jego twarz dobrze znałem. On moją mógł sobie tylko wyobrażać. Czasami dotykał ludzi po twarzy, aby sobie móc ich lepiej wyobrazić. Niektórym koleżankom bardzo się to podobało, innym zupełnie nie. Rozumiem teraz punkt widzenia obu stron, ale dla niego rysy twarzy były ważne. Często mawiał potem: „Ta Ewa jest taka delikatna z twarzy i jak się śmieje, to te rysy się z takim szczebiotem zgadzają. Musi to być dziewczyna wrażliwa”. A on przepadał za wrażliwcami, intelektualistami, poszukującymi sensu. Kiedy mógł im coś poradzić, czuł się potrzebny.
Gdy ja straciłem wzrok, to pierwsze pytania o nową sytuację od razu do niego skierowałem, zawsze dostając odpowiedzi, lepsze, gorsze, ale wiedziałem, że mogę na to liczyć. Jako jedyna osoba, wsparł mnie w decyzji pójścia do zwykłej szkoły mówiąc: „Tak czujesz i musisz to zrobić, musisz być wśród ludzi, zrób to, czego ja nie mogłem zrobić, świat jest piękny i nie zamykaj się wśród podobnych do ciebie”.
Potem, kiedy się okazało, ile mam nowych kolegów i koleżanek i jak się oni wszyscy dowiedzieli, że mam takiego niezwykłego kumpla, którego młodzi bardzo lubili, ciągnęły do niego ze mną tłumy. Gadaliśmy o życiu, dużo o muzyce i rzecz jasna – o miłostkach, a także o całkiem poważnych miłościach. Ze znawstwem radził nam i w tych kwestiach. Zawsze znalazł się do takich rozmów u Julka kieliszek czegoś dobrego, herbatka, ciasteczko. Dziś myślę, że był koneserem, choć czasy były takie, że nie rozpływaliśmy się nad tiramisu, bo nie wiedzieliśmy, że coś takiego istnieje, ale nad kolejnymi ciasteczkami w celofanach typu pieguski, które akurat wchodziły na polski rynek, bo rodził się nam kapitalizm.
Tak biegły lata, przewijało się życie. Julek często słuchał w radiu muzyki, którą prezentowałem i kłóciliśmy się o gotyk, bo on ponad wszystko cenił w muzyce harmonię i akordy musiały być wyważone jak u Vivaldiego, a mnie zaczynały się podobać odjazdy. Obaj lubiliśmy jednak na równi Jarre’a.
– Pamiętasz, jak się bałeś tej szkoły, a teraz co tydzień tu kogoś z niej przyprowadzasz – przypomniał mi kiedyś. Te szkoły dla niewidomych to getta cholerne i dobrze, że się z tego wyrwałeś do tej swojej Jedenastki, że poszedłeś potem na studia.
I na studiach i po studiach, jako dorosły już człowiek, dzwoniłem do Niego często i pytałem o coś, jak za starych czasów. To już nie były sprawy, wybory, decyzje na miarę tej pierwszej, najważniejszej, ale zawsze chciałem pogadać, usłyszeć Jego pogodny głos, coś na przykład o tym, że ciekawie jest poznawać ludzi, zwiedzić jakiś nowy kraj, zapoznać się z jego kulturą. Po pierwszym pobycie w Stanach, kiedy przywiozłem Ajzika, wjechałem z nim od razu do Julka i pomimo, że na początku Ajziczek był niesforny, oględnie mówiąc, a Julek bał się psów, bo go pod Lwowem mocno pogryzły, to szybko się zakumplowali, bo z Julkiem kumplowała się po prostu każda istota.
Włączam czasem Oxygene Jarre’a i najczęściej przy tej muzyce myślę właśnie o Nim. Mam takie piękne wydanie Mobile Fidelity na złocie, które niesamowicie brzmi na lampach. Julek urodził się wprawdzie w epoce lampowych odbiorników, ale nigdy nie doświadczył muzyki odtwarzanej z CD lub winylu poprzez dobry wzmacniacz lampowy. Na pewno zachwyciłby się tak brzmiącym Jarre’em lub dzwonami rurowymi Oldfielda, które też bardzo lubił, albo i tym Vivaldim o idealnie wyważonych akordach.
Gdybym dziś usiadł z nim przy Jego stole, pokrytym zgrzebnym obrusem lub przy tym kuchennym, pokrytym po prostu ceratą, wyciągnąłbym Crema Ovieja lub może jakieś dobre Porto. Włączylibyśmy płytę z Fado, ciekawe, czy podobałoby Mu się Fado, muzyka smutku, miłości i tęsknoty.
Może czasem zaprosiłbym Julka na Tiramisu do Aqua albo do Hindusa na Mikołajską, ale za ostrym to on nie przepadał, więc może Sushi by mu się spodobało, bo lubił ryby?

A może wcale nie chciałby tego wszystkiego, tylko usiedlibyśmy znowu przy jednym lub drugim stoliku, pilibyśmy lurowatą herbatę ekspresową, zażerając Pieguski i kłócilibyśmy się o to, czy lepiej patrzeć na gwiazdy i horyzont, czy też zasłaniać zasłony. Potem posłuchalibyśmy na Jego kombajnie Condor jakiegoś compactu, który bym akurat przyniósł. Tak, to w zupełności mogłoby nam wystarczyć i bylibyśmy znowu razem, szczęśliwi, że jest to możliwe.

Głos Juliana Wójcika i trochę historii o gwiazdach, słońcu i księżycu, mogą Państwo usłyszeć w reportażu radiowym z 1999 r. „Świat mojej wyobraźni”.

Rys. Lech Kolasiński

Nie tylko karp

Piękno różnorodności to dla mnie także kulinaria i możliwość wniknięcia głęboko w daną kulturę poprzez lokalną, czy narodową kuchnię. Dobra kolacja, to zawsze okazja do spotkania z innymi ludźmi i ciekawej rozmowy, połączonej z degustacją potraw i napojów. Są kraje, w których celebra kolacji łączy się nierozerwalnie z załatwianiem interesów i wtedy także warto mieć jakąś wiedzę o tradycjach kulinarnych takiego miejsca, bo od tego może zależeć w jakimś stopniu sukces naszego przedsięwzięcia.

Dodam do tego, że kiedy jest się osobą niewidomą, poprzez smaki i zapachy buduje się w głowie swoisty obraz kultury danego kraju, który nie jest połączony z bodźcami wizualnymi, ale może być bardzo wartościowy i inspirujący dla innych, a także wzbudzać długie rozmowy podczas biznesowego lub prywatnego wieczoru.

Piszę o tym w momencie, gdy wielu rodaków zajada karpia, do którego akurat ja mam stosunek sceptyczny. Nie chodzi tu nawet o traumę z dzieciństwa, utratę ryb z wanny, które polubiłem i okrutną ich hekatombę, ale o sam bagienny smak ościstego karpia, którego nie lubię. W ramach różnorodności, dzielę się jedynie tą obserwacją, nie nastając na niczyje upodobania i wierzę, że dobrze przyrządzony karp może komuś smakować. Ja zadowolę się dziś owocami morza z greckich wód.

Chciałbym jednak przy tej okazji polecić Państwu okonia morskiego, a po portugalsku robalo. Ryba ta, występująca w wodach Oceanu Atlantyckiego, przywędrowała też już do polskich restauracji. Najlepiej smakuje grillowana, z dodatkiem oliwy i gródek morskiej soli. Niedawno jadłem ją tu w kraju, nadziewaną rozmarynem i cytryną. W Portugalii można zjeść jej wersję w ogromnych rozmiarach i jest to wtedy porcja na kilka osób. U nas, spotkałem się jedynie z drobnymi okazami. Nie kosztuje ta ryba dużo, a niezmiernie dobrze smakuje. Niestety, nigdy nie spotkałem robalo, tak jak dorady, do kupienia w sklepie. Tym niemniej można wybrać się do dobrego lokalu i znaleźć ją sobie w menu. W Portugalii spotkają ją Państwo na każdym rogu, w każdym barze i wszędzie będzie bardzo smaczna.

Do tego świetnie pasują opiekane ziemniaczki i obowiązkowo vinho verde lub białe i mamy przepis na niedrogą, a fantastyczną kolację, która może być alternatywą dla karpia. Jedyny problem chyba w tym, że trudno u nas kupić takiego okonia w świeżej postaci. Na szczęście w taki sam sposób można przyrządzić doradę, którą bez większych trudności dostaniemy także w Polsce. Na deser, aby pasowało do portugalskiego stylu, polecam naturalnie pasteis de nata. Można je już nabyć w Warszawie, Krakowie i we Wrocławiu, a może gdzieś jeszcze?

Tym samym wzmocniłem dziś swoje saudade, Państwu nie zmieniłem menu, wszak wszystko już zapewne gotowe, ale być może zachęciłem do spróbowania specjałów portugalskiej kuchni w najbliższej przyszłości, tu w Polsce lub może gdzieś w Lizbonie, Coimbrze lub rozlicznych, uroczych, małych miasteczkach. Czy z karpiem, czy z doradą lub okoniem, oby nam wszystko w te dni smakowało. Tego Państwu życzę i aby saudade jeszcze nieco wzmocnić, załączam utwór, bardzo popularnej w Portugalii Marizy.

Taniec duchów – od romantyków do romantyków

 

Zostawiliście ze „Starym” po sobie dużo taśm, ponoć więcej niż 300 godzin. Zupełnie nie wiem, czy chcieliście, abyśmy na te sceny patrzyli osiemnaście lat po tym, jak niczym Panurg zdecydowałeś się pierdnąć na ten świat, obrócić się z obrzydzeniem i odejść. Filmy i książki jednak powstają, czy tego chcieliście, czy też nie. Masz to w dupie? Tak właśnie przypuszczałem.

Chciałem jednak pogadać, skoro te taśmy są i pozwoliliście nam w swoim życiu uczestniczyć. Kiedy włączam różne płyty, których większość dzięki Tobie znam, zawsze mi się wydaje, że czas się cofnął, że jesteś obecny, że możemy porozmawiać, tak jak kiedyś na antenie lub najlepiej po audycji, w małym pokoiku przytulonym do reżyserki studia, które już nie istnieje. Radio też nie jest już tam gdzie było. W ogóle radio publiczne w całej Polsce się zmieniło i na pewno nie mógłbyś w nim pracować. Odchodzą z niego ludzie o dużo twardszym kręgosłupie niż Twój. Od czasu do czasu grają w nim naszą starą rozmowę z reportażu o romantykach muzyki rockowej mówiąc, że jest to materiał archiwalny. Ja, jako autor, czuję się też archiwalny, bo nikt, nigdy nie zadzwonił do mnie w związku z taką prezentacją. Gdy grano Twoje płyty, które zapisałeś w spadku Trójce, pojawiły się na antenie dwa sprzeczne komunikaty – że złożono je w paczkach, bo były relikwią i drugi, że tyle było tych paczek, że nie wiedziano, co z nimi zrobić. Piękna kolekcja, którą ze „Starym” upamiętniliście na tym filmie, leżała gdzieś zakurzona w pokoju przez kilkanaście lat nikomu niepotrzebna, dlatego może ważniejszy jest ten żywy zbiór wspomnień, które mamy przy muzyce słuchanej z płyt, a nie z radia, bo artystów przez nas cenionych już na antenie właściwie nie ma.

Peter Hammill wydał właśnie swoją nową płytę. Jest bardzo dobra. to świetnie, że wciąż dla nas gra. Pamiętasz tę swoją audycję, w której prezentujesz jego muzykę i odpalasz świece z okazji 1 listopada? Odpalam je dziś wraz z Tobą dla tych artystów, którzy są tam, gdzie Ty. Greg Lake, Leonard Cohen, Tom Petty, Steve Strange, żeby wspomnieć choćby kilku. Niektórzy wierzą w życie pozagrobowe. Wiem, że Ty nie wierzyłeś. Jednak gdyby ono było, mam nadzieję, że słucha się tam rocka. W takim układzie Ty słuchasz na żywo Cohena, a my Hammilla. Musi być przecież jakaś równowaga pomiędzy światami.

Mówisz, że czekasz od poniedziałku do poniedziałku, od romantyków do romantyków i to są chwile szczęścia, a przez cały tydzień nienawidzisz każdej sekundy życia. Pomimo dojmującego wrażenia wywołanego tymi słowami, było jednak dla mnie wzruszające, móc wrócić do tych poniedziałków. Rozmawiam teraz z ludźmi, którzy mają tyle lat, co ja w tamtym czasie i oni nie czekają na żadne poniedziałki przy radiu. Szukają muzyki w sieci. Nie mają takich przewodników jak Ty po tym, co dobre. Często włączają coś z Youtube i od razu wyłączają. Na pewno jednak kochają fajną muzykę, ale pomimo wielkiego jej wyboru, wybierać nie bardzo umieją. Nie Tomek, co Ty, to wcale nie wina komputera, to globalna wioska, w której trzeba umieć się poruszać i samemu bywa trudno. Tak, wiem, że uważasz komputery za parszywe, ale to właśnie z ich pomocą możesz kupić płyty z całego świata, kontaktować się z ludźmi myślącymi i czującymi podobnie. Może nie byłbyś aż taki samotny dzięki komputerom, gdybyś jeszcze chwilę zaczekał?

Twoje przyjaciółki mówią, że to, co Ci się przydarzyło, przydarza się wielu ludziom – nieszczęśliwe miłości, depresje, lęki. Chyba się z nimi zgadzam, wiedząc już teraz coś więcej o osobach mających kryzysy psychiczne. W tamtych czasach, nie miałem o tym żadnego pojęcia. Żałuję, bo może mógłbym Ci jakoś pomóc?

Odczuwałem od czasu do czasu, że nie lubisz ludzi, jak to powiedział Twój „Stary” na tym filmie. Może pamiętasz taki moment przed koncertem Cocteau Twins w Katowicach, kiedy poczułem, że nie chcesz w ogóle ze mną gadać, gdy poprosiłem w drzwiach o kontakt z Tobą. Kilka zdawkowych formułek i drzwi się zatrzasnęły. Olewam to jednak, bo pamiętam też takie momenty jak pierwszy koncert Sisters we Wrocławiu. Jechałem tam bez biletów w nadziei, że jakoś je skombinuję. Jednak takich jak ja i mój brat były tam tłumy. Przedarliśmy się przez nie do tylnych drzwi i poprosiłem o kontakt z Tobą. Przyszedłeś, przywitaliśmy się, dałeś mi dwie, dziennikarskie wejściówki na ten historyczny występ „Siostrzyczek”, nie oczekując niczego w zamian. To były moje pierwsze, dziennikarskie wejściówki na cokolwiek. Długo trzymałem je na pamiątkę. Inni ludzie z tego tłumu zaczęli wołać, że Cię poznają i też proszą, a Ty powiedziałeś: „Tylko tyle miałem, nic już nie mogę zrobić”. Gdybyś miał więcej, pewnie byś im rozdał. Tak naprawdę Lubiłeś ludzi, ale nie zawsze im to okazywałeś, bo ludzie byli, jacy byli i są, jacy są.

Nie wiem, czy Ci wspominałem, że czarny strój na ten występ, taki jak Ty, miałem kombinowany. Koszulę pożyczył mi ksiądz z liceum, choć nie chodziłem na jego zajęcia, a buty kolega, którego ojciec zarabiał na dobre buty w Niemczech. Tak, to ten kraj, z którego pochodzi Lacrimosa, ale rozmawiać po niemiecku w Polsce to teraz ryzyko. W każdym razie jestem wdzięczny temu księdzu za koszulę. On lub jakiś jego kumpel mógłby obecnie pomyśleć, że jadę na obrzędy satanistyczne, nie na koncert ukochanego bandu i mogłaby do moich drzwi zapukać policja. Nie, nic nie pieprzę, tak właśnie jest.

Wiesz co, ostatnio Sistersi koncertowali w Czyżynach, całkiem niedaleko miejsca, gdzie mieszkam. To był występ na otwartym powietrzu i nurzanie się w błocie. Nie poszedłem tam, bo nie lubię już nurzać się w błocie. Wolę słuchać pięknie starzejących się rockmanów w filharmonii tak, jak wtedy w Bydgoszczy, gdy ze wzruszeniem zapowiadałeś Hammilla. Publikowałem niedawno na Facebooku bilet z tego występu. Odezwała się Joanna – ta sama, co opowiada o Tobie w moim reportażu. Też tam była i przysłała zdjęcie, na którym jesteś w tle. NO widzisz, Facebook nie jest tylko od tego, aby ktoś pisał drugiemu, że idzie się właśnie wysikać. Też mi się tak wydawało, ale zdziwiłbyś się, jak często pojawiają się tam linki do Twoich starych audycji, choćby do tej z poezją Edgara Allana Poe.

Kończę już Tomek. Chciałem pogadać, bo może nie wiedziałeś, że miałeś tu prawdziwych przyjaciół. Jedni znali Cię lepiej, jak Wiesław Weiss i zawdzięczasz im swój portret prawdziwy, a nie taki jak w nieszczęsnym filmie o Waszej rodzinie, a drudzy mieli z Tobą kontakt sporadyczny jak ja, albo Joanna, ale wystarczający, abyśmy wiedzieli, że nie byłeś wariatem i rodzinnym terrorystą, a po prostu miałeś problemy, które ma wielu ludzi, jak mówiły Twoje przyjaciółki i którym to problemom można było zaradzić.

Nie wiem, czy nie byłoby lepiej, abyście wcześniej zniszczyli ze „Starym” te wszystkie taśmy, bo jedni i drudzy przyjaciele nie dają teraz rady z tą nawałą sensacji związanej z prymitywnymi tezami o rodzinie Beksińskich. Z kim bym nie rozmawiał, wszyscy myślą o Tobie jako świrze i nawet stawiają diagnozy, którą to jednostkę chorobową należy Ci przypisać. Wiem z dzienników, że „Stary” spalił przynajmniej Twoje listy dźwiękowe wysyłane do Niego. To dobrze, bo powinniście mieć trochę prywatności, coś tylko dla siebie. Cieszę się jednak, że zachowały się także te Wasze taśmy, których nie sposób zmienić i dokonywać na nich większych manipulacji. To pozwoliło mnie i innym wziąć ponownie udział w swoistym tańcu duchów. Wzruszyły mnie utwory, które w tym filmie prezentujesz. Mam nadzieję, że bawisz się tam dobrze z Lukrecją i innymi pannami w czarnym makijażu. Puść im ode mnie oczko.

A i pozdrów proszę „Starego”. Powiedz Mu, że w „Dziennikach” trochę za dużo pisze o temperaturze za oknem, częstotliwości sikania i innych problemach gastrycznych. Uściskaj mocno matkę, wiesz dobrze, że była dobrym człowiekiem. Twój Sanok pięknieje i się rozwija, a w Bieszczady docierają ludzie mówiący po angielsku. O Warszawie lepiej nie mówmy.

Cześć, do usłyszenia.

Irek

 

Inspiracją do powstania tego felietonu, był film dokumentalny „Beksińscy. Album wideofoniczny”.

Nawiązania muzyczne w tekście

Peter Hammill „From the trees”:

The Sisters of Mercy “Lucretia my reflection”:

Reportaż radiowy z roku 2001 “Romantycy muzyki rockowej”:

Rys. Lech Kolasiński

 

Sztafeta pokoleń

Od wczoraj Polska znajduje się w innej rzeczywistości. Wartości europejskie, dziedzictwo Solidarności, równość i poszanowanie mniejszości – to wszystko zaczyna podwiewać zimny, wschodni wiatr. Unia Europejska, po raz pierwszy w historii, przywołuje artykuł 7 swoich traktatów. Czy to powstrzyma ludzi zadeptujących wszystko, co napotkają po drodze, a co ogromnym wysiłkiem wypracowały całe pokolenia? To pytanie zadają sobie od wczoraj ci, którzy mają szacunek dla rozumu, a nie tylko siły i którzy chcą jeszcze biec w sztafecie pokoleń, o której w swoich pracach pisał Jan Nowak-Jeziorański. Sztafeta ta od wieków biegła ku wartościom demokratycznym państwa prawnego, ku wolnej i zjednoczonej Europie. Czy ten konsekwentny bieg Polaków zostanie nagle przerwany?

To całkiem prawdopodobne, bo zaczyna brakować biegaczy, którzy chcą ofiarować tej sprawie swój pot, zmęczenie i wysiłek, swoje emocje, zaangażowanie. Widać to podczas zgromadzeń w obronie zasad państwa prawnego, trójpodziału władzy i równości szans. Tych , którzy decydują się wyrazić troskę o dobro wspólne jest garstka. Może jest zbyt zimno, jak twierdzi Adam Michnik, może większość nie rozumie, że znaleźliśmy się nad przepaścią, może, zaczadzeni propagandą mediów narodowych, mają inne zdanie. Nie czują w każdym razie potrzeby szukania informacji źródłowych, nie chcą przyjść i posłuchać wybitnych prawników, politologów, psychologów i socjologów, którzy marzną po to, aby im coś wytłumaczyć. Inni z kolei nie przychodzą i przeklinają jedynie przed telewizorami, bo się boją. Czego? Co jest w tej chwili ważniejszego od dobra wspólnego?

Liderzy społeczni, którzy zgadzali się na duże wyrzeczenia na rzecz wartości wyższych, dawno już nie żyją lub są w podeszłym wieku, nie wszyscy też, którzy pozostali, umieją rozpoznać obecne nastroje i trafnie wyrazić je w swoich wypowiedziach. Dlaczego jednak to od tej reszty bohaterów lat 80-tych cały czas oczekujemy pełnej aktywności? Sztafeta ma to do siebie, że nowi biegacze zastępują starszych, zmęczonych, kontuzjowanych, którzy swoje zadanie już wykonali i mają prawo do odpoczynku. Gdzie zatem jesteście, „Jej nowi wielbiciele młodzi, wielbiący ją jak starą gwiazdę, co zamiast spadać, nagle wschodzi”?

Każda zdrowa demokracja chroni mniejszości, a nawet można powiedzieć, że naddaje im jakby praw, aby ich głos był dobrze słyszalny i w miarę równy w stosunku do głosu rządzącej większości. Jeśli jest tak, jak zapewniają obecnie rządzący, iż nic polskiej demokracji nie dolega, spójrzmy na mniejszości, posłuchajmy tego, co mówią reprezentujące je organizacje i osoby indywidualne. Jak to zatem jest z największą mniejszością społeczną, ale za to najmniej słyszalną?

Na fali dyskusji o ustawach sądowych i ordynacji do wyborów samorządowych, rozgorzała sprawa głosowania korespondencyjnego, stanowiącego jedną z możliwości udziału w wyborach dla osób ze znacznymi niepełnosprawnościami. Kiedy nie zadziałały argumenty o możliwym oszustwie wyborczym, która to wizja od pewnego czasu prześladuje rządzących, ich przedstawiciele zdecydowali się dziś na przyjęcie poprawki do swojego projektu ordynacji, która ten sposób głosowania przywraca. PR-owcy zorientowali się zapewne, że w tej sprawie warto złagodzić wysuwane wcześniej, nikczemne argumenty o potencjalnych oszustwach. Liczą na to, że środowiska osób z niepełnosprawnościami się uciszą, a jeśli nie, to potrząśnie się trochę finansami PFRON, z których żyje większość organizacji je reprezentujących i będzie po problemie.

Nie bójcie się tego i nie dajcie się zadowolić powrotem do stanu prawnego, który przecież nie był idealny. Formą głosowania, która w dzisiejszych czasach byłaby w pełni dostępna, nowoczesna i przyjazna wszystkim obywatelom, nie tylko tym z niepełnosprawnościami, jest głosowanie przez Internet. To powinien być postulat tego środowiska i wszystkich świadomych obywateli. Dzięki tej formie liczba głosujących w wyborach Polaków mogłaby wzrosnąć z przerażająco niskiego poziomu do być może nieco większego. Zacznijcie stawiać ten postulat gdzie to tylko możliwe – w dialogu społecznym, dyskusjach prywatnych i debatach publicznych, na demonstracjach w obronie trójpodziału władzy.

A propos tych demonstracji, pogódźcie się z tym, że forma głosowania nie jest w tej chwili najważniejsza w świetle tego, co dzieje się z całą ordynacją wyborczą oraz przyjęciem ustaw sądowych. Problemy wynikające z zachwiania proporcji pomiędzy władzą wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą uderzą w Was jako pierwszą grupę społeczną. Jest to bowiem grupa najsłabsza, której nie zaprasza się nawet do dialogu o niej samej, a bez takiego dialogu politycy, którzy nowoczesnego spojrzenia na niepełnosprawność nie znają, zrobią z Wami wszystko, co zechcą.

Nie wierzcie w to, że ci politycy coś Wam dadzą, jakieś 500, czy 1000+ albo jeszcze więcej z tytułu niepełnosprawności. Oni mogą rozdawać tylko to, co wpływa do kasy państwa z podatków, które z kolei pochodzą z ludzkiej pracy lub mogą to państwo zadłużać. Jeśli cofał się będzie zachodni kapitał, tak w tej chwili zohydzany przez rządzących, nie będą powstawać nowe miejsca pracy i skurczy się liczba tych, które obecnie są na rynku dostępne. Doskonale wiecie, że i bez tego zjawiska macie z pracą problem. Bez nowych i stabilnych miejsc pracy, zacznie brakować w budżecie pieniędzy, którymi dysponują politycy. Zacznie ich także brakować w budżecie PFRON, który żyje głównie z pieniędzy pracodawców i zasila wiele Waszych organizacji. Przestanie je zasilać zaraz po pierwszych problemach z gospodarką. Te mogą się pojawić w wyniku utraty wiarygodności Polski na arenie międzynarodowej jako stabilnej demokracji parlamentarnej.

Włączcie się więc także w sztafetę pokoleń, bo musicie być widoczni teraz i w wyborach, jeśli oczywiście odbędą się one zgodnie z obowiązującymi w demokracji regułami. Wybory muszą być dostępne, z wielością form umożliwiających realizację Waszych praw obywatelskich, zgodnie z zasadą równości i tajności. Co jednak z wykonaniem tych zasad, jeśli słyszymy dziś, iż głosowanie korespondencyjne będzie możliwością tylko dla osób niepełnosprawnych? Jak to będzie weryfikowane, poprzez orzeczenia o niepełnosprawności? Co z osobami, które zgodnie z obowiązującą w Polsce Konwencją o prawach osób niepełnosprawnych są niepełnosprawne, ale nie mają orzeczeń? Jak zachować tajność w przypadku takiego ograniczenia w projekcie ordynacji?

Utoną w tych problemach sami pomysłodawcy, jednak nie pozwólmy, aby pociągnęli nas wszystkich za sobą na dno. Zadbajmy sami o osoby z niepełnosprawnościami, aby mogły głosować w sposób tajny, równy i dostępny, ale pamiętajmy też na co dzień o innych mniejszościach społecznych. Różnorodność jest pięknem, a nie zagrożeniem, jest szansą dla gospodarki, a nie problemem.

Tym, którzy chcą się włączyć w sztafetę pokoleń, dedykuję dziś „Sentymentalną pannę S” Jacka Kaczmarskiego, a dla rządzących zaśpiewają nomen omen Róże Europy. Tu jednak drobne wyjaśnienie, zwłaszcza dla władających resortami siłowymi, aby niepotrzebnie nie wysyłali przeciwko sztafecie kordonów policji – słowa o kamieniach i rewolucji z tego utworu mają charakter symboliczny. Naszą jedyną bronią jest solidarność.

Sztandar, dymu chmury

To było trzy lata temu. Leżałem na plaży w Portugalii. Moja żona brodziła sobie gdzieś po morzu, ale przebywała w pewnym oddaleniu. Miałem zamknięte oczy, słuchałem szumu oceanu i śpiewu ptaków. Nagle poczułem na policzku pocałunek, ale jakiś taki zimny. Co się dzieje! Ona jest raczej daleko, więc to musi być ktoś inny – przemknęło mi przez myśl. Otworzyłem oczy, ale niczego to nie rozwiązało, bo nikogo nie mogłem zobaczyć. Nikt się też do mnie nie odezwał. Chwilę później podeszła do mnie obca kobieta, przepraszając za swoją labradorkę, która trąciła mnie zimnym noskiem – „sorry, that is my dog, my lab” – powiedziała.

Psiarze wiedzą doskonale, że psi pocałunek jest czymś przyjemnym, zachęca do przygody, gry lub zabawy, jednak dany z zaskoczenia wydaje się jedynie mokry i zimny i nie wiadomo co się dzieje. Jeśli się jest osobą niewidomą, to efekt ten się wzmaga i może być bardzo zaskakujący, w pierwszej chwili niekoniecznie przyjemny. Radość, ciepło i chęć do zabawy przychodzą nieco później.

To dobra metafora dla następujących po sobie, silnych, życiowych doświadczeń. Utrata wzroku była dla mnie zaskakująca, chłodna jak ten zimny pocałunek, który pogłębiały rozliczne porażki i upokorzenia wynikające z nierównego traktowania ze względu na niepełnosprawność. Zdarzało się to i wciąż zdarza we wszystkich wymiarach życia. Jednak miejsce, w którym teraz się znajduję, sukces edukacji włączającej na Uniwersytecie Jagiellońskim, rozwój idei Menedżera Jutra i wpływ na innowacje społeczne w ramach Ashoki, to już ta druga strona – ciepło, radość i wielka przygoda. Ludzie pytają mnie jednak często o doświadczenie niepełnosprawności jako coś absolutnie krytycznego, coś co mnie ukształtowało i w zasadniczy sposób wpłynęło na moje życie. Oczywiście, to był duży wpływ, ale znaczna nawet niepełnosprawność nigdy nie jest jedynym czynnikiem kształtującym człowieka. Co to zatem jeszcze było?

Urodziłem się i wychowałem w robotniczej dzielnicy Krakowa – Nowej Hucie. Nie wszyscy mieszkańcy miasta ją lubili i tak jest chyba do dzisiaj. To jednak właśnie w tej dzielnicy bardzo silnie zakorzenił się ruch Solidarności. Ten wielomilionowy ruch zwykłych ludzi, którym Jon Anderson dedykował niezapomniany utwór – Polonaise. Moje dzieciństwo przypadło na tzw. karnawał Solidarności, a także niestety na Stan Wojenny, który nastał chwilę później. Z jednej strony widziałem autentyczną solidarność, pomoc innym, współdziałanie w bardzo trudnych, często skrajnych sytuacjach, a z drugiej przemoc na ulicach, niszczenie przez totalitarne państwo wszystkiego tego, co dobre i co ten ruch między ludzi wprowadził. „Kadr jak z Wajdy – sztandar, dymu chmury” – śpiewał Jacek Kaczmarski i takie właśnie obrazy były codziennością mojego życia w tamtym czasie. Gryzący w oczy gaz łzawiący stanowił nieodłączny jego element. Kiedy to wspominam, od razu pojawia mi się przed oczyma wielki tłum ludzi trzymających biało-czerwony sztandar rozciągnięty przez całą szerokość ulicy z wypisanym solidarycą hasłem – Solidarność. Tłum rusza spod kościoła, a na horyzoncie widać szpaler po zęby uzbrojonych zomowców z długimi, białymi pałami. Po lewej i po prawej, jak okiem sięgnąć, stoją suki, armatki wodne i samochody opancerzone. Tłum rusza w tym kierunku. Idziemy z mamą poboczem, jednak umysł dziecka pracuje intensywnie – co będzie? W momencie, gdy wydawało się, że konfrontacja jest już nieunikniona, zomowcy dostają rozkaz odwrotu, biegną i wsiadają do samochodów. Konfrontacja nastąpiła później i to po wielokroć, ale na tym skrzyżowaniu przemoc akurat przegrała. Ten piękny obrazek pozostał mi w pamięci do dzisiaj, bo martwiłem się wtedy o tych ludzi i o ten sztandar.

Potem był rok 1986, kiedy odkleiła mi się siatkówka na lewym oku, a rok później na prawym. Po operacji obudziłem się z opatrunkami na oczach i przewiązaną bandażem głową. W słynnej katowickiej klinice leżał obok mnie chłopak po tym samym zabiegu. I jemu, i mnie mówiono, że powrócimy do jako takiego widzenia, bo dobry szpital, bo najlepszy sprzęt w Polsce, bo talenty lekarzy.

Wkrótce po przebudzeniu, usłyszałem jednak rozmowę pielęgniarek:

– Świetna operacja u Bartka. Docentka bardzo zadowolona. Będzie widział.

– A Irek? – pyta druga.

Cisza.

Zrozumiałem wówczas w kilka sekund, że moje życie bardzo się zmienia. Poczułem też bezsilność ludzi, którzy chcieli mi pomóc, ale medycyna okazała się być bezradna. Te pielęgniarki były jednak pierwszymi, które jakoś intuicyjnie zaoferowały mi ogromne wsparcie. Wielogodzinne z nimi rozmowy odbywałem na dyżurce, a po powrocie ze szpitala, przez telefon. Trudno dziś doprawdy uwierzyć w to, że nie było wtedy żadnego psychologa klinicznego, który mógłby ze mną o tej gigantycznej dla mnie zmianie porozmawiać. Tę rolę pełniły dla mnie siostra Ola, Renata i inne.
Od tego czasu spotykałem w swoim życiu przynajmniej jedną taką Olę, Renatę, Agnieszkę, Gosię. Jestem doprawdy szczęściarzem, że mogłem je wszystkie poznać.

Od czasu tych pogaduszek na dyżurkach, darzę też pewnym sentymentem nurt muzyczny lat 80-tych zwany Italo disco, o co prawdziwi koneserzy mają do mnie nieustanne żale. Jednak to te rytmy towarzyszyły moim wielogodzinnym rozmowom z pielęgniarkami, roześmianymi dziewczynami, z którymi opowiadaliśmy sobie kawały, ale z którymi snułem też chyba pierwsze plany na zmienione życie. Jednym z moich marzeń była ogromna chęć do nauki. Nie było to proste na rok przed upadkiem systemu komunistycznego w Polsce. Biedne państwo borykało się z wieloma problemami, które trzeba było rozwiązać. Trafiłem na indywidualne nauczanie, a potem do szkoły specjalnej dla osób niewidomych i słabowidzących w Krakowie. Nie było to jednak miejsce moich marzeń. Chciałem pójść do zwykłej szkoły, wrócić do normalnego życia. Miałem też kolejne marzenie – o pracy w radiu. Wszyscy się z tego śmiali.

– Będziesz stroicielem fortepianów – mówili mi. Kiedy ja kocham muzykę, ale nie czuję żadnego powołania do strojenia instrumentów.

– Będziesz masażystą. To opłacalny zawód. ludzie chętnie biorą niewidomych masażystów. Ja lubię być masowany, ale nie mam ochoty nikogo masować. Chcę pracować w radiu. Interesuje mnie muzyka i przemiany społeczne.

W 1989 r. zostaje powołany nowy rząd, na którego czele staje pierwszy, niekomunistyczny premier w Europie Środkowo-Wschodniej po II Wojnie Światowej – Tadeusz Mazowiecki. To rok, w którym postanowiłem wrócić do zwykłej szkoły i zacząłem edukację w XI Liceum Ogólnokształcącym w Nowej Hucie, tuż obok skrzyżowania, na którym zomowcy próbowali kilka lat wcześniej zagrodzić drogę pochodowi niosącemu sztandar z napisem „Solidarność”. Szybko nadeszły też kolejne zmiany ustrojowe, społeczne, gospodarcze.

W czasie nauki w Jedenastce, zaczepiłem się w lokalnym radiu i zacząłem prezentować muzykę. Było to młodzieńcze i nieopierzone dziennikarstwo, ale jednak niektórzy przestali się śmiać. Później zmieniłem radio na nieistniejącą już stację prywatną i graliśmy tam dużo pięknych przebojów dziś zwanych złotymi, a od czasu do czasu – także nieśmiertelne Italo disco.

Po zakończeniu szkoły średniej rozpocząłem wymarzone studia dziennikarskie. Spotykałem się z ludźmi z grup dotkniętych transformacją ustrojową. Było ich zbyt wiele. Cały czas wierzyłem jednak w słuszność reform, wdrażania zasad gospodarki wolnorynkowej. Starałem się zbierać materiały o tych, którzy są wykluczeni z udziału w rozwoju, słabsi, marginalizowani. Radio, to pierwszy moment, gdy poczułem, że to możliwe, abym tym razem ja mógł okazywać solidarność innym, poprzez nagłaśnianie ich problemów. Po studiach nawiązałem współpracę ze Studiem reportażu i dokumentu Polskiego Radia i zrealizowałem wiele reportaży dotyczących spraw społecznych.

Osobiste doświadczenia z czasów studiów i nowo zdobytą wiedzę wykorzystałem przy tworzeniu innowacyjnej jednostki uczelni, zajmującej się wsparciem edukacyjnym dla osób wykluczanych z edukacji w ogóle, a w tym z edukacji uniwersyteckiej. To było bardzo trudne zadanie. Dość może powiedzieć, iż przed laty jeden z moich szefów na uczelni określił tę jednostkę jako inwazyjną, bo burzącą dotychczasowe myślenie o tym, czym powinien być Uniwersytet. To dobre miejsce, aby zacytować mojego przyjaciela, który w tym samym czasie robił to samo w Danii. Willy mówił zawsze: „Uniwersytet wprawdzie nie jest dla wszystkich, jest dla ludzi najlepszych, ale kiedy jesteś osobą z niepełnosprawnością i pomimo tej niepełnosprawności jesteś dobry, Uniwersytet jest także dla ciebie i musi dostosować się do twoich specyficznych potrzeb”. Taki właśnie Uniwersytet chciałem budować z tymi, którzy myślą podobnie. Z czasem przywykli do tej wizji także chyba i ci, co nie chcieli tej „inwazji”.

Cieszę się, że po niemal dwudziestu latach, możemy zaoferować wsparcie nawet w najtrudniejszych sytuacjach, bo do takich należą studenci leżący w domu, zależni od urządzeń podtrzymujących życie. Studiują oni wówczas w sposób zdalny.

Taka właśnie była sytuacja Jacka i to było powodem, że inne uczelnie nie chciały go przyjąć na studia. Jego najważniejszym marzeniem było, aby móc się uczyć. Pomyślałem wówczas, że to dla mnie jak powrót do przeszłości.

Należało zorganizować egzaminy w domu u studenta, sposoby na robienie dla niego notatek z wykładów i stworzyć możliwości ich przekazywania. Trzeba mu było też pomóc w nawiązaniu kontaktu z osobami decydującymi o jego sprawach na uczelni. Wszystko to zakończyło się sukcesem Jacka, instytutu, w którym studiował i całego Uniwersytetu. Byliśmy dumni z tego osiągnięcia studenta, a także z solidarnej współpracy, jaką jego osoba wywołała wśród wykładowców i rozmaitych jednostek uczelni. Teraz osoby nie mogące wychodzić z domu studiują w oparciu o ten sam model postępowania i można tę ścieżkę uznać za standardową. Cieszę się, że wraz z moim zespołem, mogłem przyczynić się do realizacji marzenia Jacka, ograniczając ilość zimnych pocałunków od życia, jakie bezustannie musiał odbierać i on, i inni, którzy przedzierali się i przedzierają przez zasieki polskiej edukacji, aby móc w pełni w niej uczestniczyć.

Doświadczenia z wdrażania edukacji włączającej na najstarszej polskiej uczelni, były niewątpliwie bardzo istotną przesłanką, gdy przechodziłem długi i trudny proces weryfikacji, aby w 2017 r. zostać wybranym jako polski Ashoka Fellow. Wspierali mnie na tej drodze bliscy współpracownicy i ludzie, których poznałem stosunkowo niedawno, starając się rozwijać z nimi ideę Menedżera Jutra. Ponownie odczułem solidarność ze strony innych. Z sentymentem wspominałem więc przy tej okazji ów sztandar z początku lat 80-tych. Hasło, które było na nim wypisane nie jest dla mnie zawołaniem politycznym, ani tym bardziej nazwą związku zawodowego, ale stanowi imperatyw wewnętrzny, zawołanie do działania z innymi i na rzecz innych. Jest to także, według mnie, jedna z wartości, na których powinien się opierać zrównoważony rozwój społeczny. Gdziekolwiek jadę za granicę i rozmawiam o Polsce, niemal wszystkim kojarzy się ona właśnie z solidarnością oraz nazwiskiem jej legendarnego przywódcy. To nasz znak firmowy. Co więcej, na wielu konferencjach  międzynarodowych słyszę o solidarności jako spoiwie niezbędnym dla współczesnego kapitalizmu, dla łagodzenia różnic jakie ten system wywołuje. Dyskutują tam albo poważni profesorowie ze znamienitych uczelni, albo ważni menedżerowie udowadniający, że kierowane przez nich korporacje muszą działać w oparciu o autentyczne wartości.

Gdy szedłem jako dziecko z mamą po ulicach Nowej Huty, gdy powiewał sztandar w dymu chmurach, gdy gaz łzawiący mocno gryzł w oczy, a na ulicach roiło się od milicji, nie przypuszczałbym wtedy, że pewnego dnia będzie mi dane stanąć twarzą w twarz z liderami tego wielkiego ruchu społecznego i ściskać ich dłonie. Kiedy o tym myślę, to przypominają mi się słowa innej piosenki Jacka Kaczmarskiego o sentymentalnej Pannie S: „I na ramionach ją ponieśli, jej nowi przyjaciele młodzi, wielbiący ją jak starą gwiazdę, co zamiast spadać nagle wschodzi”.

 

Tekst zawiera fragmenty mojego wystąpienia z okazji przyjęcia do międzynarodowej sieci innowatorów społecznych Ashoki. Wystąpienie to miało miejsce na Uniwersytecie SWPS w Warszawie 20 października 2017 r.

Dla zainteresowanych, utwory wymienione w tekście:

John Anderson „Polonaise”:

Jacek Kaczmarski „Świadectwo”: