Zawsze na pierwszym miejscu

Zawsze na pierwszym miejscu

Na spacerze. Na zdjęciu Willy Aastrup, Anna Wandzel, Małgorzata Perdeus i Ireneusz Białek

Fot. Archiwum prywatne.

Student is a student

Mały samolot skandynawskich linii lotniczych SAS wylądował na krakowskim lotnisku. Samoloty nie lądowały wtedy często. Podróżnych też nie było wielu. Gdy pojawiłeś się w terminalu ze swoim legendarnym płaszczem, przewieszonym przez ramię, nie miałeś trudności z rozpoznaniem nas. Dwoje młodziaków i pies Ajzik, z którym od razu się przywitałeś. Ile to razy śmialiśmy się później, że na lotnisku byliśmy, my, ty, pies i kilku żołnierzy.

Taka była rzeczywistość w tym 1999 roku. Rozpierała nas duma z polskich osiągnięć w ciągu dekady odzyskanej wolności, ale wiedzieliśmy też, ile jest jeszcze do zrobienia. My, świeżo po studiach, bez pieniędzy, chcieliśmy zmniejszać nierówności, wykluczenie, młodzieńczo naiwni i pragnący przestawiać góry. Ty, w sile wieku, z ogromnym doświadczeniem, błyskotliwym intelektem, wysoką pozycją i kontaktami, postanowiłeś nam w tym pomóc.

Tego wieczoru, a może następnego, zaprosiłeś nas do restauracji korsykańskiej. Nigdy wcześniej w takiej knajpie nie byliśmy. Pamiętam, że jedliśmy frytki z czosnkiem, jakieś wysublimowane mięso i tę dziwną szarlotkę na ciepło, której francuską nazwę usłyszałem wówczas po raz pierwszy. Do tego piliśmy bardzo dobre wino.

Doradzałeś wtedy duńskiemu rządowi, a my mieliśmy tylko swoje romantyczne wizje. Powiedziałeś nam, że posiadać wizję, to bardzo dużo. Myślałem, że żartujesz. Teraz oczywiście wiem, że miałeś rację.

Te słowa musiały paść właśnie podczas naszego pierwszego spotkania. Zapytałeś, co jest obowiązkiem studentów, a my głowiliśmy się, jak na to ładnie odpowiedzieć. Ty podpowiadałeś, wpuszczając nas w maliny, że być miłym dla nauczycieli, na pewno tak, że dobrze się bawić, z całą pewnością, że poznać kogoś fajnego, oczywiście, ale najważniejszym obowiązkiem każdego studenta, w tym tego z niepełnosprawnością, jest osiągać dobre rezultaty i zdawać egzaminy. A potem padała druga część pytania – co jest obowiązkiem uniwersytetu – umożliwić tym studentom zdawanie egzaminów na równi z innymi, sprawiedliwie ich ocenić, nie dopuścić do dyskryminacji negatywnej, ale także pozytywnej oraz zrobić wszystko, aby mogli osiągać coraz lepsze rezultaty, które na rynku pracy nie będą ich odróżniać od pozostałych absolwentów – odpowiadałeś.

Ileż to razy, przez te dwadzieścia lat, w różnych miejscach Polski i Europy, przytaczaliśmy tę historię – „student is a student” i cytowaliśmy twoje pytania. Ileż to razy naszych słuchaczy dziwiło, że ów student także zasługuje na równe traktowanie. Niby proste, a pamiętasz moje frustracje, jak to wszystko opornie szło. Gdy osiemnaście lat później płynęliśmy razem Dunajcem, uznaliśmy jednak, że zarysowany w korsykańskiej restauracji plan, oparty na młodzieńczej, romantycznej wizji, został zrealizowany.

Za jednego dolara

Może to pytanie zadałem ci wtedy w Aarhus, gdy siedzieliśmy z twoimi ludźmi i zebraną przeze mnie grupą pracowników z różnych uczelni, którzy chcieli się od was czegoś nauczyć? Może wtedy, a może kiedy indziej, ale historia o dolarze na pewno rozbawiła do łez całą polską delegację. Oni słyszeli ją po raz pierwszy, a ja po raz któryś z rzędu, ale niezmiennie ją uwielbiałem.

Lata sześćdziesiąte. Duńscy studenci wyruszają na wakacje i zastanawiają się, gdzie jechać. We Francji byliśmy, w Hiszpanii też, w Niemczech jesteśmy często – dyskutują – a w Polsce jeszcze nie byliśmy. No tak, ale Polska to kraj za żelazną kurtyną- niektórzy w ten sposób wyrażali swoje lęki. Najodważniejsi, a wśród nich oczywiście Willy Aastrup, byli jednak podekscytowani tym pomysłem i przeforsowali wyjazd. Pomimo trudności w podróżowaniu, nieznajomości języka, wakacje w Polsce okazały się jednymi z najciekawszych dla grupy przyjaciół.

„Nie mieliśmy bardzo dużo pieniędzy, ale wystarczająco, aby w Polsce dobrze się bawić. Wszyscy przyjmowali nas życzliwie i z wielką gościnnością. Pamiętam fantastyczne kolacje. Te rzeczy były bardzo smaczne i robione w domu. Gdzieś nam podali rosyjskiego szampana, a gdzieś indziej polski bimber. Wyciągałem wtedy jednego dolara i pytałem, czy to jest dobra zapłata. Zawsze wystarczało i gospodarze byli zachwyceni.”

Na końcu dodawałeś zwykle – „czy wy to sobie wyobrażacie, dostać to wszystko za jednego dolara?” i polskie audytorium wybuchało śmiechem. Gdy już się nauczyliśmy opowiadać to na głosy, ja wypowiadałem sakramentalną formułkę – zapomnij Willy. Nic już za jednego dolara w tym kraju nie załatwisz, bez grubego portfela się lepiej w ogóle w nim nie pojawiaj.

W 1999 roku, chciałeś więc sobie przypomnieć, jak po przemianach ustrojowych wygląda ten dziwny kraj nad Wisłą, który życzliwie zapamiętałeś ze studenckich lat. Zawsze Ci powtarzałem, że Twoje doradztwo dla mnie kosztowało jednego dolara. Dziękuję więc rodakom z lat sześćdziesiątych, że na to zapracowali.

Pergamin z embrionów

Wisła, San, Jura, Karkonosze, Bieszczady i Dunajec. Spodobała ci się ta polska przyroda, choć nie zawsze wyrażałeś to w gorących emocjach. Taka to już uroda Skandynawów. Gdy jednak siedzieliśmy przy ognisku w Wetlinie, smakując lokalne sery i patrząc na drogę mleczną, którą mi opisywałeś, czułem wyraźnie tę fascynację. To chyba wtedy dyskutowaliśmy, jak opowiadać osobom niewidomym o gwiazdach, horyzoncie i drodze mlecznej. Pamiętasz, jak zahaczyliśmy o schronisko Pod małą Rawką, skąd spoglądaliśmy na szczyty gór i zachwycaliśmy się nimi? Zabawne było Twoje jakby lękliwe pytanie – czy to właśnie tam jest ta Ukraina? Bieszczadzkie klimaty powracały w naszych wspomnieniach przez wiele lat.

Gdy w Bibliotece Jagiellońskiej przywieziono nam do oglądania bardzo stare książki, powiedziałeś mi, że byłem zapewne pierwszą osobą, która od dwustu lat dotykała ich własnymi rękami. Nieważne, że ręce te obleczone były w bawełniane rękawiczki. Atmosfera stała się nader poważna, jak to bywa w Jagiellonce. Wszyscy się jednak na Twoje słowa roześmiali. To były rzeczywiście niezwykłe książki. Ich pergaminowe stronice wykonano przed wiekami z embrionów owiec, może takich samych, z jakich wyrosły ich bieszczadzkie siostry. Dzięki ich mleku mogliśmy delektować się w Wetlinie oscypkami. O tych serach, książkach i wielu innych sprawach, dyskutowaliśmy wieczorem przy Twojej ulubionej kawie na rynku w Krakowie. Odpalałeś fajkę z wabiąco pachnącym zapachem, otwieraliśmy dobre wino i rozmowy trwały długo w noc. Potem spacerowaliśmy po uliczkach Starego Miasta i kończyliśmy na Poselskiej, gdzie lubiłeś mieszkać.

Niewidomy chirurg

Jedno, drugie, trzecie seminarium. Pytasz poważnych ludzi uniwersytetu, czy siedzący tu Mr. Białek mógłby być chirurgiem? Konsternacja, choć wszyscy wiedzą, że nie mógłby nim być, ale nie chcą tego na głos wypowiedzieć. Mówisz, że przy tym zawodzie i z tą niepełnosprawnością, to niemożliwe, ale z inną niepełnosprawnością ludzie mogliby zostawać chirurgami i nie można ich dyskryminować. Podajesz inny przykład – że medycynę studiują obecnie kobiety, a sto lat temu nikt sobie tego nawet nie wyobrażał, co najwyżej zgłębiały sztuki piękne. Musimy więc zaakceptować, że to, co nie było kiedyś możliwe z powodu rozwoju cywilizacyjnego, mentalności, dziś jest społeczną normą i nikogo nie dziwi. Racjonalny przykład, ale jesteś odbierany jako radykał, bo publicznie twierdzisz to, co każdy uznaje w duchu za oczywiste – niewidomy Mr. Białek nie może być lekarzem chirurgiem. Ludzie, którzy na co dzień niekoniecznie Mr. Białkowi ułatwiają życie, oburzają się na Twoje słowa – chyba ten Aastrup trochę przesadza – mówią, a ja im odpowiadam, że jako bezpośrednio zainteresowany uważam dokładnie to samo, co radykał z Danii.

– Nie pozwalasz mi być chirurgiem Willy – śmiejemy się wieczorem przy Ripasso. To dzięki Tobie znam dobre Ripasso. Biedny Willy, dla romantyków chłodny racjonalista, dla racjonalistów niepoprawny romantyk.

– Dajmy sobie z tym wszystkim spokój – powiedziałem ci wtedy – nikt nas nie rozumie. Byłeś w biznesie, może coś byśmy razem wymyślili?

– Znajdujesz się w takiej sinusoidzie Irek. Raz na dole, raz na górze, ale pewnego dnia poszybujesz wysoko – odpowiadałeś, pykając fajeczkę.

Tak wiem

Gdy biorę do ręki mojego Iphone’a i patrzę w kontakty, znajdujesz się w nich na pierwszym miejscu. No cóż, Twoje nazwisko zaczyna się od dwóch literek „Aa”, więc dzieje się tak w sposób naturalny. Gdyby jednak zaczynało się na literę z – tak wiem, też byłbyś zawsze na pierwszym miejscu.

Bardzo się już do tego przyzwyczaiłem, że te dwa „Aa” wywołuję głosowo i dowiaduję się, jak oceniasz moje miejsce na sinusoidzie, a potem rozmawiamy o wszystkim, ostatnio dużo o muzyce.

Penderecki, Lutosławski – podkreślasz, jak bardzo są cenieni w Skandynawii i oczywiście polscy jazzmani. A ja czasem chciałbym sięgnąć po coś innego, ale tam jest więcej gry słów w obcym dla Ciebie języku, a ty zawsze lubiłeś wszystko do końca rozumieć. Teraz może jednak nie ma to większego znaczenia?

Tak wiem, że nie zrobimy więcej zdjęć.

Tak wiem, że na Gołębiej twój legendarny płaszcz nie zaczepi mnie.

Tak wiem, że dwadzieścia lat po studiach to wystarczająco dużo, aby młodziak stał się dojrzałym człowiekiem, który nie musi trzymać cię pod ramię.

Tak wiem, że to ja powinienem teraz podtrzymywać ramiona innych.

Tak, wszystko to wiem. Mimo to, chciałbym jednak stuknąć dwa razy w tę ikonkę z dwoma literkami „Aa” i usłyszeć w słuchawce pykającą fajeczkę oraz słowa: „Hello Irek, this is Willy. How things going on?”

Ilustracja muzyczna Myslovitz & Marek Grechuta „Kraków”:

Najlepsze komnaty

Przepraszam, że w sobotni wieczór, zabrzmi to być może nie po linii i nie po bazie. Może jednak są to nie tylko moje odczucia?
Podczas uroczystości żałobnej jednego z ministrów, z którym współpracowałem i z którego działaniami za życia sympatyzowałem, ksiądz prowadzący uroczystość ozwał się nad jego trumną w te oto słowy: „I obyś Panie dał mu jedną z najlepszych komnat, które posiadasz”.
Pomyślałem wtedy, że mało atrakcyjne jest niebo, w którym szczebel funkcji pełnionej za życia lub takie, czy inne zasługi powodują, że przydzielana na „górze” komnata może być lepsza lub gorsza. Często bowiem jest tak, że na ziemi przypadek decyduje o tym co robimy i jak z tego świata schodzimy.
Wielką tragedią jest śmierć pięciu nastolatek w Koszalinie, z których żadna nie miała szans, aby zostać ministrem. Równie przykrym dramatem było to, co wydarzyło się w czeskiej kopalni, gdzie zginęło kilkunastu polskich górników. W ich przypadku mieliśmy żałobę narodową, a w związku ze śmiercią nastolatek jest już ogłoszona żałoba w Koszalinie. Rodziny jednych i drugich otrzymają pomoc psychologiczną i materialną. Na pewno jest to słuszne.
Do dziś natomiast zastanawiam się nad śmiercią sześciu osób bezdomnych, które spłonęły w jakimś warszawskim pustostanie w Święta. Nikt nie ogłosił za nimi żałoby, ani lokalnej, ani tym bardziej narodowej. Kim byli? Jak wyglądało ich życie? Czy chcieli jakiejś zmiany, czy szukali po prostu ciepła i złudnie schronili się w opuszczonych pomieszczeniach?
Zastanawiam się nad tym, tym bardziej, że sporo czasu spędziłem na berzie. Wiecie, co to jest berza? To dworzec, mieszkanie wielu z nich. To było tak dawno, że większość z moich rozmówców pewnie już nie żyje i nie ma o tym informacji w żadnym serwisie. Przyszła mi w Święta do głowy jednak myśl, że ktoś z nich mógł dokonać żywota właśnie gdzieś tam w pustostanie i przez to na chwilę przypomniał mi o swoim losie, o tamtych rozmowach, na chwilę zaistniał też w ogólnej, społecznej świadomości. Nie była to może chwila uświęcona lokalną, czy narodową żałobą, ale wystarczająca, aby się nad człowieczym losem zastanowić i zadać sobie pytanie – za którą z tych tragedii ponosimy jako społeczeństwo największą odpowiedzialność.

McCartney – któż to taki?

Miło jest mieć świadomość, że w moim mieście, prawdopodobnie całkiem blisko miejsca, w którym się teraz znajduję, przebywa dziś Paul McCartney. Jego show w Tauron Arenie będzie z pewnością niezapomniany. To przyjemne odczucie obcowania z wielkim artystą we wspólnej przestrzeni  miejskiej, jest jednak silnie zmącone poprzez fakt, że mnie ten koncert omija, bo wyprzedał się w mgnieniu oka i nie zdążyłem nań kupić biletów . Poczucie przygnębienia wzmogło się jeszcze bardziej wczoraj, gdy podczas innego koncertu w ICE Kraków, rozmawialiśmy sobie z kolegą o Paulu i jego muzyce. Dziś od rana natomiast widać w mieście wzmożony ruch.

Właśnie ów wzmożony ruch doprowadził do rozmowy, która zmieniła całkowicie moją optykę patrzenia na ten koncert i zagnębiania się myślą, że być może nigdy już nie posłucham McCartney’a na żywo. Otóż prowadziłem senną rozmowę z bardzo młodym taksówkarzem o korkach w Krakowie i przyczynach ich powstawania w godzinach, gdy wedle wszelkich prawideł, nie powinno w ogóle ich być. Wypowiedział on pogląd, że to z powodu gości, którzy przemieszczają się do Katowic na szczyt klimatyczny, a poza tym „w Krakowie o 19.30 będzie jakiś koncert”.

– Jakiś koncert? – przebudziłem się natychmiast – McCartney proszę pana!

– A co, on jest jakiś znany? – usłyszałem w odpowiedzi.

To pytanie młodego człowieka, dość paradoksalnie, było dla mnie pewnym ukojeniem. Zrozumiałem bowiem, że można żyć na świecie bez znajomości nazwiska McCartney i martwić się dziś korkami, a nie tym, że się nie ma biletów na koncert. All my troubles seemed so far away – chciałoby się zanucić.

Dalsza część rozmowy była już postawieniem kropki nad „i”, a mianowicie młody kierowca narzekał, że duże koncerty gwiazd to komplikacja dla ruchu, że gdzieś ma wkrótce wystąpić Sławomir oraz Zenek i z pewnością będzie podobnie. Mało brakowało, abym z kolei ja nie wiedział kim są Sławomir i Zenek, ale przypadkiem zdradziła mi to kiedyś koleżanka z pracy.

Tę historię z taksówki opowiadałem dziś paru młodym osobom i mało kogo szokowało zestawienie Sławomira i Zenka z McCartney’em, więc przyjmuję zmieniającą się wokół mnie rzeczywistość jako znak czasu, tudzież piękno różnorodności, które muszę zaakceptować, nawet gdybym chciał dalej nucić sobie – Oh I believe in yesterday…

 

Ilustracja muzyczna:

„Yesterday: Paula McCartney’a z koncertu w Glastonbury.

Fish

Są jakieś kłopoty z biletami na koncert Fisha w Krakowie. Komunikat, który pojawia się w sieci jest taki, że sprzedaż wkrótce ,a koncert wydaje się być wyprzedany. Postanowiłem sprawę wyjaśnić u źródła, bo chciałem wejść w tę atmosferę sprzed lat, zwłaszcza, że zapowiedzi są takie, iż Fish wyśpiewa w całości lub niemal w całości płytę „Clutching at Straws”. I tu zaczynają się schody – jaką płytę? Jaki Fish?
– Dzień dobry, interesuje mnie koncert Fisha.
Cisza.
– Fisha i słysząc głos miłej i młodej interlokutorki uświadamiam sobie, że powinienem może coś dodać.
– Fish, nie emade coś tam, ale taki Fish, no z Marillionu.
Cisza i po chwili otrzymuję potwierdzenie tego, co już zdążyłem przeczytać w Internecie, – koncert jest wyprzedany lub sprzedaż będzie wkrótce. Który to ten Fish jest Fishem i o co w tym chodzi, nie miałem poczucia, aby się wyjaśniło.
Z pokorą przyjmuję upływ czasu i nawet byłbym chyba zadowolony, gdyby koncert w Krakowie całkiem się sprzedał. Świadczyłoby to przecież o tym, że jest nas tu więcej tych, którzy wiedzą, co to „Clutching at straws”. Może bilety kupili wszyscy ci, którzy przy premierze „Suits” wystawali we wszystkich miejscach miasta, gdzie Fish miał się pojawić. Może ci, a może inni, może nawet jacyś nowi fani, oby. W takim wypadku chętnie nawet wybiorę się do Warszawy, albo Gdańska, gdzie są jeszcze bilety. Wybiorę się, bo tonący brzytwy się chwyta, chce zatrzymać czas, zwłaszcza o pewnej porze nocy.

Ilustracja muzyczna – Fish w najlepszej formie i z winylu.

Poetyka wieczoru

Kiedy to piszę, pada deszcz, a wcześniej była burza. Gdy dotarła do mnie wiadomość o odejściu artysty, padał deszcz, a wcześniej była burza. Moment, o którym chcę opowiedzieć zaczął się od burzy, a potem padał deszcz.
Dotknij kultury to kameralne koncerty, w których każdy kto chce, może mieć choćby przelotny kontakt z artystą, występującym danego roku na dziedzińcu Collegium Maius. To szczególna sceneria i gdy brzmi w jej otoczeniu dobra muzyka, można łatwo wznieść się w przestworza. Wtedy, w 2013 roku, wielu twierdziło, że tam właśnie byli.
Koncert zaczynał się o 20.00. Dziedziniec jest nieosłonięty od działania warunków atmosferycznych i wprawdzie w czerwcu z reguły pogoda jest dobra, to czasem następuje jej załamanie. Oto urok klimatu, w którym żyjemy. Na dziesięć minut przed 20.00 ciężkie chmury zebrały się nad Krakowem. Kilka minut później byłem w garderobie artysty. Zapytałem, czy nie opóźnić rozpoczęcia koncertu, aby deszcz się wypadał.
– Cały dzień taka piękna pogoda, a teraz deszcz. Widać musi być to poetyka tego wieczoru. Chodźmy – rzucił Tomasz Stańko i podniósł swoją legendarną trąbkę.
Pierwsze takty z płyty „Wisława” były grane jeszcze z piorunami w tle. Potem już w zwykłym deszczu niosły się one daleko, daleko przy akompaniamencie fortepianu Dominika Wani, który towarzyszył Panu Tomaszowi tego wieczoru.
Gdy biły pioruny, nie byłem jeszcze pewien, czy wszystko się nie rozsypie, ale już chwilę później zdałem sobie sprawę, że przyroda zapewniła nam coś dodatkowego, niezwykłego, co nie zdarza się na co dzień. Zrozumiałem, że to właśnie jest poetyka tego wieczoru. Dziś chciałbym ten moment wspomnieć, będąc wdzięczny losowi, że dane mi było przyczynić się do tego, aby mógł on zaistnieć w chwili i czasie. Wiem, że emocje wywołane przez tę muzykę, pozostaną ze mną na zawsze i pewnie z wieloma innymi słuchaczami, którzy w tym pamiętnym koncercie uczestniczyli.

Fragmenty koncertu Tomasza Stańki i Dominika Wani na dziedzińcu Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego w ramach wydarzenia Dotknij kultury w reportażu „Nieuchwytny cel”. Czerwiec 2013 r.

Wish you were here

Londyński autobus

Dawno, bardzo dawno nie byłem w Londynie. Miasto to nie przypominało przez ostatnie dni stolicy Wielkiej Brytanii, a to wszystko przez pogodę, która jakby została przeniesiona tu wprost z Hiszpanii, czy Portugalii. Zwykle, w wieczornym życiu Londynu nie przeszkadza nawet typowa, angielska pogoda, jednak aura taka, jak ta teraz, wygania na do pubów, restauracji na wolnym powietrzu i rozlicznych barów nad Tamizą absolutnie wszystkich mieszkańców i przyjezdnych.
Chodząc pomiędzy tymi miejscami usłyszałem nagle znajome dźwięki, a że znam je na pamięć, bo pochodzą z jednej z najwspanialszych płyt, jakie kiedykolwiek powstały i to właśnie tu, w Zjednoczonym Królestwie, natychmiast się przy tym miejscu zatrzymaliśmy, aby chwilę posłuchać muzyki. „So, so you think you can tell Heaven from Hell” – przy tych słowach pieśni wyszedł właściciel i uśmiechnąwszy się do nas, zaprosił do środka mówiąc, że młody zespół gra tu dziś Floydów i jest bardzo sympatycznie, można się czegoś napić, coś zjeść.
Nie skorzystaliśmy z oferty, bo byliśmy już po kolacji. Chciałem tylko przez chwilę posłuchać muzyki, która po wielu latach wyłoniła się na żywo i przywitała mnie w Londynie, momentalnie wywołując lawinę wspomnień.
Przypomniała mi się więc pierwsza wyprawa do tego miasta, jeszcze w czasach, gdy w radiu masowo grano muzykę taką jak na Wish you were here. Jechaliśmy do tego Londynu trzydzieści godzin autokarem, bo wtedy się nie latało, a w każdym razie moja generacja nie latała, jechaliśmy zatem kawał drogi tylko po to, aby w małej miejscowości pod Nothingam posłuchać koncertu rocka gotyckiego, jakich obecnie wiele jest w Polsce, ale wtedy nie było ich prawie w ogóle.Pamiętam z tej wyprawy takie odczucie, że ludzie w tym miasteczku byli dla przybyszy z Polski bardzo mili, otwarci i tacy nieskrępowani. A potem wróciliśmy do Londynu, gdzie w Eurotower przywitał nas Włoch polskimi słowami, bardzo dumny, że je zna i były to oczywiście te słowa, których rodacy uczą wszystkich obcokrajowców w pierwszej kolejności. Śmialiśmy się z tego, bo Włoch wyglądał na człowieka, który nie do końca zdawał sobie sprawę jak nas wita. Śmiech brał się również stąd, że Włoch zamieszkiwał w pokoju, do którego my dostaliśmy klucz i tam właśnie tak nas ładnie, tradycyjnie po polsku przywitał. Potem jednak spokojnie pokój opuścił, wylewnie się z nami żegnając, na wszelki wypadek używając już angielskiego.
Innym razem spotkałem w Londynie kolegę z Polski, który wyjechał dawno i grał na ulicy. Wiedziałem o nim tylko tyle, że gdzieś tam gra i czy to możliwe, że pierwszy grajek, do którego podeszliśmy na Oxford street, to był właśnie on? W Londynie przydarzają się dziwne, piękne i tajemnicze rzeczy. Dlatego to tu mogą rodzić się dzieła takie jak Wish you were here i mnóstwo innych, spotyka się kumpla sprzed lat i w eleganckim wydawałoby się hotelu, w pokoju za łazienkę może robić toi toi, bo coś takiego mnie spotkało podczas jednego z projektów europejskich, realizowanych między innymi w stolicy Wielkiej Brytanii.
Byłoby więc dziwne, gdyby i tym razem nie przydarzyło mi się tu coś zaskakującego. Co jednak ciekawego może się stać na międzynarodowej konferencji?
Rozmawiamy przy stoliku w grupie, która została utworzona przez prowadzącego cały panel. Nie lubię takich ćwiczeń, bo często wypadają bardzo sztucznie. Grupa musi przedyskutować jakiśproblem, a znaleźli się w niej zupełnie przypadkowi ludzie, nie dość, że zagadnienie jest skomplikowane, to trzeba znaleźć wspólny język pomiędzy osobami z różnych instytucji, kultur i państw. Zapoznajemy się więc pospiesznie, co sprowadza się do podania imienia, nazwiska, instytucji i kraju, z którego się pochodzi. Gdy po naszych nazwiskach wybrzmiał kraj, jedna z pań odezwała się na to:
– Ale nie martwcie się. Tu jest Europa i to nasze forum wymiany myśli pozostanie europejskie.
– Mam nadzieję, że nawet po Brexicie – zażartowałem, choć dobrze wiedziałem, że jej uwaga nie jest związana z Wielką Brytanią.
Gdybym reprezentował w tej dyskusji Portugalię, może też padłby jakiś żart, ale pewnie nie taki, który nawiązywałby do jej bieżącej sytuacji politycznej, bo nikt przecież nie pamięta, kto rządzi Portugalią. Kto rządzi Polską? To wiedzą wszyscy, nawet jeśli nie umieją wymówić nazwiska. Przypomniało mi to więc jeszcze jeden pobyt w Londynie, który przypadał akurat na czas, gdy dwie charakterystyczne postaci rządziły krajem. Większość napotkanych rozmówców potrafiła idealnie je opisać.
Tak, podawanie kraju, który się reprezentuje przy przedstawianiu się wprowadza u rozmówcy kwalifikację, wstępną ocenę osoby i pomysłów, które mogą z tego kraju pochodzić. Jeśli kraj ma słabą reputację, nawet znakomite pomysły będą przyjmowane z rezerwą i na odwrót, z kraju o dobrym PR-ze akceptowane będą z aplauzem najsłabsze koncepcje. Tego właśnie doświadczyłem na międzynarodowej konferencji. Wbrew nadziejom niektórych, nie czułem się, abym pochodził z kraju który wstaje lub powstał z kolan. Może raczej kolana się pode mną po raz kolejny ugięły, bo zjawisko jest jak deja vu.
Nadzieję jednak jakąś miałem, choć wiadomo czyją jest ona matką. Wciąż, niczym Kolumb, albo Bach, chciałbym nią żyć, choćby po to, abym za następnych kilka lat nie musiał przyznać komuś, na jakiejś konferencji racji, że tu jest forum europejskie i Europa, z której co najwyżej można skierować nad Wisłę tęskne słowa pieśni – Wish you were here.

Ilustracja muzyczna:
Pink Floyd „Wish you were where”

 

 

Czy wygrają nasi?

Włączyłem sobie media narodowe, bo podobnie jak Krzysztofa Daukszewicza, bawi mnie bardzo słuchanie tam serwisów informacyjnych i akurat trafiłem na zapowiedź prawdziwej chęci „dialogu z niepełnosprawnymi”, jak to odczytała serwisantka. Potem przemawiał premier, który oprócz słynnej, solidarnościowej daniny, zapowiedział wielkie otwarcie rynku pracy na te grupy obywateli.

Najpierw o języku. Przyznać muszę, że politycy „dobrej zmiany” i politycy w ogóle, nauczyli się już, że język jest dla partnera ważny, więc posługują się zwrotem osoby z niepełnosprawnościami. Dziennikarze mediów narodowych tego się jednak nie nauczyli ani podczas protestu, ani teraz i wątpliwe jest, aby nauczyli się w najbliższej przyszłości. No dobrze, nie tylko ci z mediów narodowych tego nie umieją. Piszą ckliwe teksty o niepełnosprawności: niepełnosprawni chcą tego lub tamtego, niepełnosprawnym rząd tyle proponuje lub niczego nie oferuje, w zależności od optyki, czy też opcji. Najlepszy w tym wszystkim był Daniel Passent, pisząc w Polityce świetny, jak to Passent, felieton w związku z protestem w sejmie, na którego końcu oznajmił, że to rząd jest niepełnosprawny. Jakże łatwo przychodzi piszącym to słowo jako obelga rzucana w kierunku przeciwnika, nawet kiedy reszta tekstu ewidentnie może być zaklasyfikowana jako wstawienie się za tymi, których rząd tak bardzo niesprawiedliwie i nierówno potraktował.

Po narażeniu się czwartej władzy, powracam do tej pierwszej, czyli zapowiedzi premiera o wielkim otwarciu rynku pracy i dialogu ze środowiskiem. Obserwowałem ten „dialog” i obserwuję go nadal w sektorze edukacji, gdzie trudno się doprosić o spotkanie, dyskusję, a jeśli się już jakieś „
„konsultacje społeczne” pojawiają, to po to, aby przyklajstrować z góry podjęte decyzje – programy celowe PFRON. Czyżby coś się w dotychczasowym dialogu miało zmienić po tej zapowiedzi? A może są grupy, z którymi dialog jest prowadzony inaczej?

Dostęp do rynku pracy, o ile mamy nie powrócić do robienia szczotek i liczenia przysłowiowych pinezek, prowadzi przez nowoczesny system wsparcia, rzetelną edukację każdego szczebla, znajomość języków obcych, świadomość biznesową, a z drugiej strony otwarciu na tę grupę firm takich, jaką do niedawna reprezentował sam premier, a to nie jest takie proste. Jeśli państwo zbuduje system, sektory – edukacji i biznesu dadzą coś od siebie, a osoby z niepełnosprawnościami ciężko będą nad sobą pracować, to może coś z tego wielkiego otwarcia rynku pracy wyjdzie. W przeciwnym wypadku, wbrew oświadczeniom wygłaszanym w serwisach mediów narodowych przez organizacje reprezentujące jedynie część środowiska i zależne od państwowych funduszy, sytuacja osób z niepełnosprawnościami, biorąc pod uwagę pomysły na edukację włączającą, będzie się raczej pogarszać.

Naraziwszy się więc już pierwszej i czwartej władzy oraz części środowiska, wypowiem się na bardzo modny temat w duchu takim, w jakim pierwsza i czwarta władza wypowiadają się o niepełnosprawności, czyli udając, że naprawdę dużo wiem. Zasłyszałem mianowicie, bo w ogóle nie śledzę panów kopiących w piłkę, nie znam nawet powszechnie znanych ich nazwisk, zasłyszałem więc, że gra dziś Portugalia z Hiszpanią i nie mogę nie zająć stanowiska w tej sprawie. Jako autor bloga „Polskie saudade”, jakkolwiek lubię oba kraje, to zapewne nie trudno się domyśleć, że uważam, iż dziś oraz na końcu tych rozgrywek wygrają nasi i tego im życzę. W tej grze, w przeciwieństwie do polityki społecznej i polityki w ogóle, jasne są przynajmniej jej zasady – piłka jest jedna, a bramki są dwie.

Ilustracja muzyczna:

Przybrana siostra Krakowa

Lodowa Huta, zdjęcia na ścianie lodziarni.

Lodowa Huta, zdjęcia na ścianie przemiłej lodziarni

Tę podróż sentymentalną wywołały lody, których jeszcze nie próbowaliśmy, a dziś była ku temu okazja. Ich promocja na Facebooku naprawdę nas zachęciła, bo wyglądały na prawdziwe. Przy okazji jednak, warto było odbyć spacer po starych śmieciach.
Wysiedliśmy pod Arką, przy ohydnym pomniku Jana Pawła II. Brzydszy jest już może tylko ten w Rzymie, a może wcale nie, może paskudnych i nieprzypominających naszego rodaka monumentów istnieje o wiele więcej, powstają przecież jak grzyby po deszczu i nie możemy wszystkich znać. Potem jedenastka – szkoła z klasą, przeczytaliśmy. Mam nadzieję, że chodzą tam teraz równie fajni ludzie jak kiedyś. Kadra się zapewne nieco zmieniła. Zmarł rok temu jeden z naszych profesorów z tamtych lat.
Na szlaku wielu dawnych wędrówek puste lokale, byle jakie sklepy, ciucholandy, wszystko dziś pozamykane. O, jeden sklep był od zawsze, od lat 80-tych i wciąż jest – ten z lampami. Jeśli mowa o latach 80-tych, to Gwiezdne wojny, Imperium kontratakuje, ale także Jak rozpętałem II Wojnę Światową oglądało się tu w kilku kinach – Sfinks, Świt i Światowid. Istnieje tylko to pierwsze, a w Świcie znajduje się Tesco. Kto był wie, kto nie był, może łatwo sprawdzić, że architektura tych kin jest wyjątkowa. Ulokował się w jednym z nich supermarket. Może tylko Tesco chciało o to miejsce zadbać, choćby w taki sposób, że zrobią tam swój sklep, bo inaczej też stałoby puste?
Na pętli autobusowej, skąd jeździłem do jedenastki, były zapiekanki. Całe osiedle na nie chodziło. W latach 80-tych nie było mnie na nie stać, ale potem zostałem ministrantem i zarabiałem sporo pieniędzy na kolędach. Kupowałem wtedy mnóstwo tych zapiekanek. Czasem stawiałem je dzieciom, które nie miały kasy. Teraz w miejscu zapiekanek są alkohole, ale dziś były zamknięte.
Mało ludzi, nikt prawie nie chodzi, ale pod Lodową Hutą kolejka całkiem spora. Warto było stać. Śmietanka, kawa z rumem i beza z malinami – to był mój wybór. Takich lodów nie było ani w latach 80-tych, ani 90-tych, ani później. Ktoś po prostu umie je kręcić. Przy lodach są dzieci, całe rodziny, biznes się udał. To naprawdę fajnie, że coś takiego tu prosperuje. Pamiętam tak zwane lody włoskie przy Stylowej, jeszcze z lat 80-tych i jakkolwiek mam do nich ogromny sentyment, to jednak nie smakowały one tak dobrze. To dziwne, bo większość smaków z tamtych czasów nieźle się kojarzy i chętnie się do nich wraca, a lody, te akurat są lepsze dziś. Te Huta mają czarne rożki, ciekawe, czym zabarwione. A lokal ozdabia zdjęcie niezapomnianego pomnika, którego wtedy bardzo nie chcieliśmy, a teraz byłby atrakcją turystyczną i może ożywiał ruch turystyczny w tej dzielnicy.
Z lodami w dłoniach przeszliśmy Placem Centralnym, dziś Ronalda Reagana. Pustek i byle jakich sklepów, w większości zamkniętych ciąg dalszy. Trochę ludzi na łąkach i bardzo dużo przy jednym z nielicznych, ale otwartych monopolowych. Boże Ciało, jak każde polskie święto, warto solidnie opić.
Komuniści zaplanowali ją jako osobne miasto, konkurencyjne dla Krakowa. Zapełniła ją wtedy ludność napływowa. W moim przypadku z okolic Rzeszowa i Radomia. Usiana jest socrealistyczną, ale ciekawą architekturą. ma szerokie przejezdne ulice i dużo zieleni. Tętniła życiem, gdy pojawiały się kolejne pokolenia, choć wiele z nich przenosiło się do innych, nowszych dzielnic Krakowa. Spory rozkwit, także gospodarczy, pojawił się po przemianach, z początkiem lat 90-tych. Później, stopniowo ten rozwój oklapł, aby dojść do takiego stanu jak dziś. Napływowa ludność wymiera, nowi się tu nie osiedlają aż w takich liczbach, aby nadać jej życia, miasto ucina fundusze. Nigdy niechciana siostra Krakowa pozostaje nadal odrzucona i nie wiadomo, czy to się kiedyś zmieni, tak jak się to stało na Kazimierzu.
Pachnąca bzem i małymi, żółtymi kwiatuszkami, których nazwy nie pamiętam, ale które kradliśmy w podstawówce dla naszych pierwszych miłości. Usłana różami, które zrywało się w prezencie dla odwiedzających nas Rosjanek. Tętniąca życiem kin z pięknymi neonami, w których wyświetlane były zachodnie filmy. Szczypiąca w oczy gazem łzawiącym podczas solidarnościowych demonstracji. Bywała niebezpieczna, ale częściej swojska i kojarząca się z lokalnym kolorytem, przyjaznymi żulami i pierwszymi miłościami.
Taką wolę ją pozostawić w pamięci, mając wszelako nadzieję, że wielki jej brat Kraków da jej w którymś momencie zasłużony, nowy impuls do rozwoju.

Jaki dla niej prezent na stulecie?

„Ileż radości i optymizmu jest w tej pieśni – słodki maj, piękny maj, dla Polaków błogi raj” – zaczął prezydent swoje przemówienie z okazji święta narodowego. W istocie, maj ten jest szczególnie słodki i błogi dla kobiet, o których ten sam człowiek wspominał dwa lata temu na tym samym placu, nazywając je bohaterkami. Dwa lata to dużo czasu, aby od słów przejść do czynów i spróbować im skutecznie pomóc, aby nie musiały być już dłużej bohaterkami, tylko mogły normalnie żyć i świętować wraz z innymi, w dniu takim jak ten. W ich przypadku i nie tylko ich, ale szerszej grupie Polek i Polaków z niepełnosprawnościami, skuteczna pomoc polegałaby na budowie trwałego, stabilnego i odciążającego systemu wsparcia, włącznie z asystentami osobistymi. Nic takiego się jednak nie wydarzyło i dlatego kobiety te podjęły protest, kto wie, czy nie jeden z najskuteczniejszych z tych, które swoim dwuletnim i jakże „sprawiedliwym” rządzeniem wywołała „dobra zmiana”.
Już miało się udać, ,już czołowi jej reprezentanci, w tym prezydent, obiecali rozwiązanie ich problemów, ale one tym razem nie uwierzyły. Już się udało przekonać rozmaite organizacje, aby podpisały jakieś porozumienie z rządem, ale one nie uznały tych organizacji za swoją reprezentację. Już może by nawet uległy, bo ich postulat finansowy niemal został spełniony, ale nie mogły zrozumieć, dlaczego rozdawnictwo pieniędzy na dzieci i ich wyprawki jest niczym nieobwarowane, a one mają przeznaczać pieniądze jedynie na rehabilitację.
Świętują” więc z utrudnionym dostępem do wody, toalety. Wkurzone infantylnym lub cynicznym, w zależności od doraźnych potrzeb władzy, traktowaniem, walczą o rzeczywiste równe prawa. Nie nadawały się więc dziś do przemówienia o wielkiej, szczęśliwej Polsce, które rozbrzmiewało w stolicy, okraszone Majową jutrzenką, Warszawianką, hymnem narodowym i armatnimi salwami.
Jednak ta wielka i szczęśliwa Polska ma dziś zupełnie inną twarz, w którą całe nasze społeczeństwo powinno z odwagą spojrzeć, a zwłaszcza sprawujący władzę. To spojrzenie nie powinno być przelotne i zasługuje na równie głęboką refleksję, jak twarz, w którą rządzący spoglądali dziś podczas porannej mszy. Nieco trudniej jest im jednak tę polską twarz zaakceptować, bo to właśnie ona wyraża całą prawdę o słodkim, błogim raju.
Gdybyście panie i panowie jednak się przełamali, wykazując się tym samym polityczną przenikliwością oraz jakimś stopniem wrażliwości społecznej, bez większego trudu odczytacie w tych rysach, jaki prezent należałoby zrobić Polsce z okazji stulecia niepodległości. Udowodnilibyście wówczas, że słowa, które zakończyły to dzisiejsze przemówienie – „Niech żyje silna, niepodległa, sprawiedliwa Polska”, mogą stać się ciałem, a nie być jedynie pustym frazesem, wypowiadanym przez Was zbyt często na co dzień i od święta, takiego jak to dzisiejsze.

Cmokający i Janosik

Jedna z nich opowiadała wczoraj w parlamencie, że przyjechał, całował ją w dłoń i całował inne towarzyszki tej walki. Na marginesie mówiąc, czy mogą być towarzyszki broni, czy tylko towarzysze, bo w tym przypadku towarzyszy raczej jak na lekarstwo. W każdym razie całował je w te spracowane ręce. Tak, to praca, nie poświęcenie, nie miłosierdzie, ale praca. To nie oznacza, że praca ta nie może być powiązana z miłością.
Nie do niego jednak skierowane jest to uczucie, choć cmokał w te dłonie , nie do tego, który obiecywał, że gdy dojdzie do władzy, rozwiąże ich problemy. Zapewniał, że dostaną wsparcie, dodatkowe środki na pokrycie potrzeb ich własnych oraz osób, dla których pracują. Osoby te mają tak znaczną niepełnosprawność, że nie mogą funkcjonować samodzielnie. Obiecał im to, bo obiecywał wszystko wszystkim, którzy dysponowali jakimiś głosami przy urnie wyborczej. Inni może nawet coś już z tych obietnic zapomnieli. One, niestety, zapamiętały.
Zapamiętały i powróciły do parlamentu, domagając się ponownego z nim spotkania. Wiedzą, że choć jest szeregowym posłem to właśnie on może ich los odmienić, tak jak obiecał. Do tej pory tego jednak nie zrobił, zapewne przez nieuwagę, wszak na głowie ma niemal wszystkie sprawy Polski i te większe i te zupełnie malutkie.
Polska to ich kraj, w którym życie nienarodzone jest najważniejsze. Ono liczy się od najwcześniejszego etapu zetknięcia się zawiązujących je komórek. Nie ma czegoś takiego jak embrion, ale jest od razu człowiek, człowiek z pełnią przyrodzonych mu praw, w których to prawach kobieta ma znaczenie drugorzędne, bo człowiek jest najważniejszy, a kobieta jest po to, aby go wydać na świat. One nie mogą jednak zrozumieć, dlaczego ten zdeformowany człowiek, jak cmokającemu się kiedyś wyrwało, traci w praktyce wszystkie te prawa zaraz po urodzeniu i bezcenne życie nienarodzone zaczyna być mało interesującym dla kogokolwiek życiem narodzonym. Dlaczego nikt nie interesuje się ich losem, nie wspiera, nie tworzy systemu. One biorą więc ten ciężar na swoje barki i jedyne, na co mogą od niego liczyć to cmok, cmok w te spracowane ręce – takie polskie wyrażenie podziwu i wsparcia.
Jednak tym razem nie było nawet cmokania. Na scenę po prostu wkroczył Janosik, który odbierze najbogatszym i da „tym dotkniętym przez los” jak się wyraził? Oj, PR-owcy nie zdążyli mu jeszcze powiedzieć, jak takie słowa mogą zostać odebrane przez grupę docelową, zresztą PR-owcy mogą tego też nie wiedzieć. Janosik skutecznie przeprowadzi swój plan i użyje państwa do tego, aby zrobić ten transfer od bogatych do biednych. I co? To wszystko? Czyżby przesypanie pieniędzy było rozwiązaniem w tej sytuacji? A gdzie system asystentów osobistych, ubezpieczenia dla rodziców tak pracujących, wsparcie psychologiczne, opieka wytchnieniowa i długo można byłoby tak wymieniać. Nawet jeśli przyjąć, że dobry Janosik problem dziś rozwiązał, to czy bez ich obecności na terenie parlamentu też byłby to rozwiązany problem? Chyba niesłusznie powątpiewam w szlachetne zamiary i chęci Janosika. Wszak sam należy od wielu lat do bogaczy i z całą pewnością zawsze marzył o oddaniu części majątku na taki lub podobny cel. Nazwał to dziś „solidarnościową daniną, specjalnym podatkiem”. Tak, słowo specjalny skojarzyło się mu z tą grupą, taki mały stereotyp, wszystko co dotyczy niepełnosprawności musi być specjalne. PR-owcy znowu nie zdążyli z podkładem, a właściwi ministrowie nie podpowiedzieli, że pieniędzy w systemie jest sporo. Wystarczyłoby je lepiej wydawać.
Janosik obiecał zapisanie jakiś szczegółów w polskiej Konstytucji. Konstytucja nagle zaczęła być ważna i z całą pewnością będzie tym razem przestrzegana. Osoby z niepełnosprawnościami mają to zagwarantowane jak w banku. Wystarczy ponownie uwierzyć, bo Polska wiarą stoi. Cmok, cmok – hmm, cmokającego w rączki dziś jednak nie było…