Cmokający i Janosik

Jedna z nich opowiadała wczoraj w parlamencie, że przyjechał, całował ją w dłoń i całował inne towarzyszki tej walki. Na marginesie mówiąc, czy mogą być towarzyszki broni, czy tylko towarzysze, bo w tym przypadku towarzyszy raczej jak na lekarstwo. W każdym razie całował je w te spracowane ręce. Tak, to praca, nie poświęcenie, nie miłosierdzie, ale praca. To nie oznacza, że praca ta nie może być powiązana z miłością.
Nie do niego jednak skierowane jest to uczucie, choć cmokał w te dłonie , nie do tego, który obiecywał, że gdy dojdzie do władzy, rozwiąże ich problemy. Zapewniał, że dostaną wsparcie, dodatkowe środki na pokrycie potrzeb ich własnych oraz osób, dla których pracują. Osoby te mają tak znaczną niepełnosprawność, że nie mogą funkcjonować samodzielnie. Obiecał im to, bo obiecywał wszystko wszystkim, którzy dysponowali jakimiś głosami przy urnie wyborczej. Inni może nawet coś już z tych obietnic zapomnieli. One, niestety, zapamiętały.
Zapamiętały i powróciły do parlamentu, domagając się ponownego z nim spotkania. Wiedzą, że choć jest szeregowym posłem to właśnie on może ich los odmienić, tak jak obiecał. Do tej pory tego jednak nie zrobił, zapewne przez nieuwagę, wszak na głowie ma niemal wszystkie sprawy Polski i te większe i te zupełnie malutkie.
Polska to ich kraj, w którym życie nienarodzone jest najważniejsze. Ono liczy się od najwcześniejszego etapu zetknięcia się zawiązujących je komórek. Nie ma czegoś takiego jak embrion, ale jest od razu człowiek, człowiek z pełnią przyrodzonych mu praw, w których to prawach kobieta ma znaczenie drugorzędne, bo człowiek jest najważniejszy, a kobieta jest po to, aby go wydać na świat. One nie mogą jednak zrozumieć, dlaczego ten zdeformowany człowiek, jak cmokającemu się kiedyś wyrwało, traci w praktyce wszystkie te prawa zaraz po urodzeniu i bezcenne życie nienarodzone zaczyna być mało interesującym dla kogokolwiek życiem narodzonym. Dlaczego nikt nie interesuje się ich losem, nie wspiera, nie tworzy systemu. One biorą więc ten ciężar na swoje barki i jedyne, na co mogą od niego liczyć to cmok, cmok w te spracowane ręce – takie polskie wyrażenie podziwu i wsparcia.
Jednak tym razem nie było nawet cmokania. Na scenę po prostu wkroczył Janosik, który odbierze najbogatszym i da „tym dotkniętym przez los” jak się wyraził? Oj, PR-owcy nie zdążyli mu jeszcze powiedzieć, jak takie słowa mogą zostać odebrane przez grupę docelową, zresztą PR-owcy mogą tego też nie wiedzieć. Janosik skutecznie przeprowadzi swój plan i użyje państwa do tego, aby zrobić ten transfer od bogatych do biednych. I co? To wszystko? Czyżby przesypanie pieniędzy było rozwiązaniem w tej sytuacji? A gdzie system asystentów osobistych, ubezpieczenia dla rodziców tak pracujących, wsparcie psychologiczne, opieka wytchnieniowa i długo można byłoby tak wymieniać. Nawet jeśli przyjąć, że dobry Janosik problem dziś rozwiązał, to czy bez ich obecności na terenie parlamentu też byłby to rozwiązany problem? Chyba niesłusznie powątpiewam w szlachetne zamiary i chęci Janosika. Wszak sam należy od wielu lat do bogaczy i z całą pewnością zawsze marzył o oddaniu części majątku na taki lub podobny cel. Nazwał to dziś „solidarnościową daniną, specjalnym podatkiem”. Tak, słowo specjalny skojarzyło się mu z tą grupą, taki mały stereotyp, wszystko co dotyczy niepełnosprawności musi być specjalne. PR-owcy znowu nie zdążyli z podkładem, a właściwi ministrowie nie podpowiedzieli, że pieniędzy w systemie jest sporo. Wystarczyłoby je lepiej wydawać.
Janosik obiecał zapisanie jakiś szczegółów w polskiej Konstytucji. Konstytucja nagle zaczęła być ważna i z całą pewnością będzie tym razem przestrzegana. Osoby z niepełnosprawnościami mają to zagwarantowane jak w banku. Wystarczy ponownie uwierzyć, bo Polska wiarą stoi. Cmok, cmok – hmm, cmokającego w rączki dziś jednak nie było…

Zniknęliśmy w szarości

Spotkałem go po latach i bardzo się z tego ucieszyłem. Wprawdzie porywisty wiatr zawiewał na w twarze rzęsiste krople deszczu, ale przystanęliśmy, aby się przywitać i chwilę porozmawiać. Nie widzieliśmy się przynajmniej parę lat. Był jakiś smutny, osowiały, zupełnie nie taki, jakim go pamiętałem ze wspólnych imprez, podczas których słuchaliśmy dużo muzyki i piliśmy wódkę.
Zaczęliśmy jednak dyskusję o polityce. Poglądy zawsze mieliśmy podobne, więc ten wątek szybko musiał wybrzmieć i później mieliśmy już rozmawiać o sprawach z dawnych lat, o ludziach, których znaliśmy, o sobie i swoich rodzinach. Tak się jednak nie stało, bo on się całkiem zmienił. Opowiadał o jakiejś neutralności, że coś zrozumiał, że nie można się zacietrzewiać, że tamci go zwolnili z pracy, a ci przyjęli i dlatego się zmienił. Opowiadał mi, że zwykli ludzie mają teraz wpływ na bieg rzeczy, a nie postkomunistyczne elitki, że Unia ma tu rynek zbytu i nie obchodzą ją wartości, że media manipulują po obu stronach i on się z tym godzi.
– Jeszcze chwilę i mi powiesz „Polska dla Polaków”! – odpowiadam mu.
On mi na to, że nie wszystko wiem, że nie wszystko mogę zrozumieć, że on dużo przeżył w ostatnim czasie i chce pozostać neutralny, a w ogóle to musi mnie pożegnać, musi już iść.
Stary, ja cię nie widziałem tyle lat i myślałem, że będziemy coś razem robić, poświęcimy czas, a przynajmniej pogadamy tak jak kiedyś, a ty mnie pouczyłeś jak mentor, poczęstowałeś komunałami i chcesz pożegnać! Trudno jednak, wyciągnąłem do niego rękę i uścisnąłem jego dłoń, która lekko drżała. Potem wolno odszedł. Wiatr wiał nadal, a deszcz wściekle uderzał o chodnik, po którym rozchodziliśmy się w dwóch przeciwnych kierunkach, znikając w szarości dnia.
Kupiłem sobie piwo w supermarkecie i rozmyślałem długo o tym spotkaniu. Właściwie to niczego się o nim po latach nie dowiedziałem. On nic nie powiedział, a ja o nic nie zapytałem. I nie wiem przez co przeszedł on, jego żona, albo dzieci. Może stało się coś złego, może ktoś zachorował, albo przydarzyło się jakieś inne nieszczęście? Kiedyś wiedziałbym to od razu, a teraz nie wiem nic. Chyba niedobrze, że nie zadałem mu o to żadnego pytania i gadaliśmy wyłącznie o polityce, stojąc na tym deszczu i osłaniając się przed wiatrem. Co takiego silnego jest w tej „dobrej zmianie”, że przesłoniła nam samych siebie, naszą przeszłość, wspólne emocje i wspomnienia, nie pozwoliła ani na moment do tego powrócić?
Wszystkie sceny z „Dnia świra” to pikuś w porównaniu z prawdziwą modlitwą Polaków, która odbywa się w domach, na ulicach, w szkole i w pracy. Cała żółć i nienawiść, o której śpiewa Maria Peszek w „Modern holokaust”, to naprawdę niewiele w stosunku do napięcia, które spotyka nas w rzeczywistości.
„Polski piec nienawiści” trawi rodziny, małżeństwa, współpracowników i przyjaciół. Zabija miłość, przyjaźń, zatruwa dobre relacje i wdziera się w każdy zakamarek naszego życia. Skąd ci magicy mają tyle mocy, aby wstrzykiwać nam ten jad wszędzie, gdzie się da, a my pozwalamy, żeby nas trawił od środka, powoli zabijał z dnia na dzień, abyśmy w końcu stali się wrakami samych siebie?
Zastanawiałem się nad tym długo po naszym spotkaniu. Teraz myślę, że rozmawiałbym z nim inaczej, pytając co u niego, o żonę, o dzieci. Zaproponowałbym piwo i pogawędkę. Może sprawiłem mu przykrość jakimś słowem, może nie tylko on się zmienił, ale ja też? Drżała mu ta ręka i może chciał mi coś powiedzieć, a ja nie chciałem go wysłuchać. Gdybym wysłuchał, może mógłbym jakoś pomóc?
Smutne to było, gdy tak oddalaliśmy się od siebie w szarości dnia, deszcz lał, a wiatr rozwiewał jego krople we wszystkich kierunkach. Chciałbym go spotkać na wiosnę, uścisnąć mu dłoń, poklepać po plecach i zapytać, co u niego dobrego. Może spotkam go jeszcze na tej samej drodze i przywitamy się radośnie w cieple wiosennego słońca.

Ilustracja muzyczna:
Maria Peszek „Modern holokaust”.

Visage „Fade to gray”

Hawkingowie i Wonderzy

Stephen Hawking

rys. Lech Kolasiński

Dziś odszedł od nas Stephen Hawking, genialny brytyjski astrofizyk. Mógłbym żartobliwie powiedzieć, że właściwie to się o niego otarłem, bo gdy byłem w Cambridge na wizycie studyjnej w tamtejszej jednostce zajmującej się wsparciem edukacyjnym, otrzymaliśmy w prezencie przewodnik opowiadający o dostępności uniwersytetu do potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Sam Hawking go polecał i autoryzował. Wielokrotnie więc, podczas rozmaitych debat już w Polsce, oponentom edukacji włączającej i dostosowywania przestrzeni fizycznych i wirtualnych do potrzeb osób niepełnosprawnych, zadawałem pytanie, czy u nich Hawking mógłby spokojnie funkcjonować i pracować. To z reguły kończyło dyskusję.
Teraz chciałbym jednak powiedzieć o jeszcze innym aspekcie związanym z jego osobą i nie tylko, a mianowicie, że można być geniuszem i osiągnąć tak wiele, a jednak stygmat niepełnosprawności wciąż nad człowiekiem ciąży. Nie udało mi się dziś znaleźć żadnego wspomnienia, w który mnie ma choćby jednego zdania na temat jego niepełnosprawności – jakim ten Hawking był geniuszem, że pomimo niepełnosprawności odkrył to i tamto, że niepełnosprawność dawała mu do tego i tamtego tyle siły, że gdyby nie niepełnosprawność, to może nie postąpiłby tak lub tak, że jako osoba z niepełnosprawnością doświadczył w kosmosie możliwości poruszania się bez wózka i tak dalej i tak dalej.
Powiecie Państwo – cóż w tym złego? Nic wydawałoby się, zwłaszcza przy tak wspaniałej postaci. Jednak obserwuję to na innym geniuszu, szczęśliwie wciąż żyjącym, a mianowicie Stevie’m Wonderze. Też zawsze się mu dokłada, iż jest genialnym niewidomym muzykiem, nie widzi od dziecka a mimo to tak wspaniale komponuje i śpiewa, jaki to ma cudowny talent, choć jest niewidomy, zaraża innych swoim optymizmem, a sam ma prawo nie być optymistą, bo nie widzi, ile radości życia mogą od niego czerpać osoby sprawne i tak dalej i tak dalej.
W tych dwóch przypadkach niepełnosprawność, uświęca, służy do gloryfikowania cech, które nie mają z nią nic wspólnego – talentu, inteligencji i ciężkiej pracy. Jest jednak o wiele więcej przypadków, w których niepełnosprawność ściąga w dół drabiny społecznej, poniża, stanowi powód do wstydu. To są tysiące, dziesiątki tysięcy, miliony przypadków, gdzie tłumaczymy, że ktoś czegoś nie może zrobić, bo jest taki biedny, nieszczęśliwy, niepełnosprawny, albo, że robi, ale z takim wysiłkiem, że może byłoby bardziej humanitarne, aby tego w ogóle nie robił, że raczej należy mu lub jej współczuć niż czegoś w ogóle od takiej osoby oczekiwać.
Znajdujemy się więc w naszych dziejach na etapie wysoce ocennym, gdy mowa o zjawisku niepełnosprawności i skazuje to osoby z niepełnosprawnościami na bycie z góry zakwalifikowanymi, najczęściej nie jako Hawkingowie lub Wonderzy, bo taki jest etap rozwoju cywilizacyjnego. Stephen Hawking nie doczekał momentu, gdy mógłby być oceniony wyłącznie przez pryzmat swojego geniuszu. Zapewne jednak nie robiłoby mu to jakiejś wielkiej różnicy, wszak zwykł mawiać, że historia ludzkości to w dużej mierze historia głupoty.

„Co ciągle widzę w niej?”, czyli pomimo polskich marców

Młody człowieku, urodziłeś się czy też urodziłaś w wolnej Polsce, o którą walczyły wcześniejsze pokolenia. To one zamieniły autorytarne rządy PRL w demokrację parlamentarną typu zachodniego. To one przekształciły centralnie zarządzaną, nieudolną gospodarkę w system wolnorynkowy, niemożliwy do osiągnięcia w Europie Środkowo-Wschodniej od zakończenia II Wojny Światowej.
To ci ludzie spowodowali, że możesz obecnie z laptopem, smartfonem, kawą i ciastkiem siedzieć w kawiarni i dzięki zainstalowanej tam sieci, kontaktować się ze swoimi znajomymi na całym świecie. Jesteś więc częścią globalnej wioski, obywatelką czy też obywatelem świata.
Może urodziłaś czy też urodziłeś się po 1989 roku, może trochę wcześniej, ale nie pamiętasz już czasów, w których odważni ludzie, wbrew wiatrowi wiejącemu im w oczy, cierpieli upokorzenia, chłód, głód, a często więzienie, abyś mógł czy mogła korzystać z wszystkich tych dobrodziejstw cywilizacji, rozwoju technologicznego, wolności słowa, wyznania, abyś mógł czy mogła nieskrępowanie głosić w mediach społecznościowych swoje poglądy, jakiekolwiek by one nie były. Jest Ci z tymi osiągnięciami zachodniego świata dobrze – wiem. Mnie też, pomimo iż jeszcze trochę pamiętam tamte czasy. Ty chcesz i ja chcę, aby tak pozostało, abyśmy tymi wartościami mogli się cieszyć w Unii Europejskiej, w rodzinie narodów wolnej i zjednoczonej Europy. Pozwól więc, że opowiem Ci krótką historię, może będzie ona także trochę o Tobie?
50 lat po niesławnych wydarzeniach marca 1968 roku mamy kolejny polski marzec. Ponownie opętuje nas jakiś demon antysemityzmu, rasizmu i ksenofobi i dlatego chciałbym Ci wyznać, że jestem Żydem. Chcę Ci to wyraźnie powiedzieć. Co czujesz?
Musisz wiedzieć, że był taki wybitny Polak i nazywał się Jacek Kuroń. On w niesławnym 1968 roku też ujawnił, że jest Żydem. Mówił o tym, gdy więziono go za Jego poglądy polityczne. Głosił to w momencie, gdy Polskę zalewała fala nienawiści wobec Żydów. Wtedy On, samotnie w więzieniu, bezbronny, oświadczał, że jest Żydem tak, jak ja teraz Ci to powiedziałem.
Musisz jednak też wiedzieć, że nie wszyscy w tym niesławnym roku 1968 go potępiali. Bardzo wielu szanowało Jego pochodzenie i przynajmniej milczało, a na pewno nie opowiadało się przeciwko Niemu, przez co przetrwał najtrudniejsze chwile, znalazł przyjaciół w najgorszym momencie i ostatecznie zwyciężył. Po 1989 roku został ministrem pracy i polityki społecznej rządu III Rzeczypospolitej. Wspierał ludzi wykluczonych, biednych i marginalizowanych. Na zawsze zapisał się pozytywnie w historii naszego kraju.
Tak samo nie wszyscy potępiają mnie, gdy mówię, że jestem Żydem. Wierzę więc, że przetrwam najgorsze chwile marca 2018 i w to, że nie zapisze się on w historii jako kolejny, niesławny rok w naszych dziejach. Wierzę też, że nie będę musiał wyjechać z Polski tak, jak dziesiątki tysięcy ludzi, którzy musieli wyjechać w poprzednim niesławnym czasie. Wierzę też w Ciebie, że nie potępisz mnie tylko z powodu mojego pochodzenia, tym bardziej, że muszę Ci jeszcze wyznać, iż nie jestem heteroseksualny. Co czujesz?
Zanim odpowiesz, musisz poznać jeszcze jedną postać. To Władysław Bartoszewski, członek Żegoty, polskiej organizacji pomagającej w czasie II Wojny Światowej Żydom. Ludzie mówią do dziś, że sam był Żydem. On natomiast zawsze powtarzał, że warto być przyzwoitym. Dopowiadał do tego, że rzadko się to opłaca, ale naprawdę warto. Musisz poznać jego opowieść o tamtych czasach i o tym, co robił już w wolnej Polsce jako Minister Spraw Zagranicznych. Poszperaj trochę i poczytaj o tej postaci. Zwłaszcza przejrzyj jego książki, a może zacznij od tej jednej, podstawowej „Ten jest z Ojczyzny mojej”.
Jeśli jesteśmy już przy książkach, to warto je czytać. Nie bazuj tylko na materiałach z Internetu. Nie wiem, czy znajdziesz w sieci książkę Jacka Kuronia „Wiara i wina”, a powinieneś czy też powinnaś ją przeczytać właśnie teraz, 50 lat po niesławnym roku 1968. Będziesz płakać, trochę się śmiać, a przede wszystkim myśleć o sobie i swojej roli w historii. Niech Ci się po tej lekturze nigdy nie wydaje, że jako jednostka nie masz na nic wpływu.
Idź tylko śladami wybitnych postaci z naszej historii niezależnie, czy mieli oni pochodzenie czysto polskie, czy może żydowskie albo jakiekolwiek inne, czy mieli lub mają biały, czy może inny kolor skóry, orientację hetero czy homoseksualną, niezależnie od ich wyznania czy niewiary w jakiegokolwiek Boga. Czuj się spadkobierczynią czy też spadkobiercą pięknej tradycji polskiej tolerancji i otwartości na tak zwanego „innego”, który okazuje się zwykle bratem, sąsiadem, przyjacielem, kimkolwiek jest z urodzenia i pochodzenia w rodzinie ludzkiej. Przeczytaj koniecznie, jak pisze o „Innym” Ryszard Kapuściński, wybitny polski reportażysta.
„Kiedy myślę o autorytetach, coraz częściej widzę cmentarz” – napisał ktoś ostatnio na Facebooku i to jest prawda. Dlatego chcę Ci powiedzieć, że musisz czytać to, co po sobie ci ludzie pozostawili. Oni napisali to wszystko dla Ciebie, abyś był czy też była oczkiem łączącym ogniwa w sztafecie pokoleń, o której z kolei pisał inny wybitny Polak – słynny kurier z Warszawy Jan Nowak-Jeziorański. Koniecznie zapoznaj się też i z Jego pracami.
Na koniec wyjawię Ci coś zaskakującego. Otóż, ani Jacek Kuroń, ani Władysław Bartoszewski nie byli Żydami, choć do dziś możesz znaleźć w sieci takie poglądy na temat ich pochodzenia. Głoszą je antysemicko nastawieni niektórzy Twoi rodacy. Oni obaj byli wybitnymi Polakami, którzy nie osądzali ludzi ze względu na pochodzenie, poglądy i inne cechy mogące posłużyć za powody do dyskryminacji i ty też tak nie rób.
Ja także nie jestem Żydem, ani gejem. Jestem natomiast osobą niewidomą i na co dzień spotykam się z taką samą dyskryminacją, jak Żydzi, osoby homoseksualne czy uchodźcy, bo podstawa wszelkiej dyskryminacji jest zawsze taka sama – lęk przed „innym”. Odrzuć ten lęk!
Czy czujesz już, że też może jesteś Żydem czy też Żydówką? A może czujesz, że masz inną orientację albo niepełnosprawność? Może czujesz, że masz inny kolor skóry? To dobrze, to znaczy, że chcesz, podobnie jak chcieli tego Jacek Kuroń, Władysław Bartoszewski, Jan Nowak-Jeziorański czy Ryszard Kapuściński, aby Polska była otwartą na świat, tolerancyjną dla wszystkich mniejszości i opiekuńczą dla swoich obywateli, demokratyczną republiką parlamentarną, świeckim państwem prawnym, w którym jest miejsce dla wszystkich ludzi.
Jeśli potrafisz poczuć się jak osoba z grupy słabszej i marginalizowanej, pamiętaj proszę, że żyjesz w Europie, bogatym kontynencie, który może uczynić wiele dla innych rejonów świata, znajdujących się w znacznie gorszej sytuacji.
Władysław Bartoszewski i rodzina Jacka Kuronia pomagali Żydom znajdującym się w śmiertelnym zagrożeniu, a Jan Nowak-Jeziorański kierował Wolną Europą po to, abyś mógł czy też mogła siedzieć ze swoim komputerem w wolnym kraju, popijać kawę i kontaktować się ze swoimi znajomymi na całym świecie. Co chciałbyś czy też chciałabyś zrobić, aby godnie ich zastąpić w sztafecie pokoleń?
Jesteś w komfortowej sytuacji, bo nie musisz wystawiać na szwank swojego życia i zdrowia. Możesz jednak zrobić coś dla tych, którzy dziś cierpią głód, chłód, więzienie, a często i tracą życie, tak jak tracili je Żydzi i Polacy i inne narody podczas najokrutniejszej z wojen. Działaj na rzecz słabszych i marginalizowanych, wspieraj akcje humanitarne, wyjedź na wolontariat.
Wolisz zostać w kraju? Świetnie, włącz się w działania organizacji pozarządowych walczących z dyskryminacją mniejszości i nierównym traktowaniem. Wspieraj edukację osób z niepełnosprawnościami albo działaj w biznesie społecznie zaangażowanym. Nie stój z założonymi rękami, bo jesteś odpowiedzialny czy też odpowiedzialna za to, aby sztafeta pokoleń biegła do przodu. Nigdy nie pozwól, aby wrócił niesławny rok 1968 i aby słowo Polska kojarzyło się jakkolwiek inaczej niż z tolerancją, otwarciem na innych, ochroną najsłabszych i gościnnością. Jeśli zrobisz coś dla takiego Jej blasku, usiądź spokojnie w swojej kawiarni i włącz sobie na Youtube hymn mojego pokolenia, który będzie wtedy i Twoim hymnem. Zanuć sobie: „Co ciągle widzę w niej, dlaczego w innej nie…”, a potem napij się kawy i pogadaj ze znajomymi w sieci.

Ilustracja muzyczna:

W złocistej poświacie

Akwarela Lecha Kolasińskiego

Rys. Lech Kolasiński

One nie wyglądają jak zwłoki. Efekt ten bierze się zapewne z naturalnej mumifikacji, jakiej podlegały w tym specyficznym mikroklimacie. Są jednak prawdziwe. Ludzie ci zmarli w latach 1670-1780 i zostali w tej krypcie pochowani. Do dziś w krakowskim klasztorze Reformatów oglądać można kilkadziesiąt trumien z fantastycznie zachowanymi ciałami. Za życiem wielu z nich kryją się romantyczne, czasem tajemnicze, a innym razem makabryczne historie sprzed wieków – a to hrabianka zgłosiła się do klasztoru i wiodła w nim ubogie życie, dopiero przed śmiercią wyjawiając swoje prawdziwe pochodzenie, a to leżą koło siebie kochankowie, a to panna młoda w sukni ślubnej, otruta za mezalians przez własnego ojca, a to na zawsze spoczęło tu dziecko z zachowanym grymasem twarzy, bo najprawdopodobniej utonęło w mule. Wszystkie te opowieści możemy przeczytać w sieci, odnaleźć w publikacjach albo usłyszeć od oprowadzającego nas po podziemiach zakonnika w jednym z tych nielicznych dni w roku, gdy krypta jest otwarta dla turystów. Czego jednak zobaczyć nie możemy? Co jest wielką tajemnicą klasztoru? Właśnie o tym jest ta opowieść.

Florek

Brat Florian nie stronił od kieliszka. Dlatego spotkać go można było w wielu barach na starym mieście. Szczególnie gustował w winach i bynajmniej nie wystarczało mu podprowadzanie tego mszalnego z zakonnej spiżarenki. Upijał się też regularnie w krakowskich pubach, barach, a czasem po prostu na ławkach. Zrzucał wtedy zakonny habit i nosił się w modnych strojach młodzieżowych, choć najmłodszy już nie był. Lubił jednak towarzystwo młodych, a że pasjonowały go dalekie podróże, utrzymywał kontakty z podróżnikami z całego świata. Pomimo dość surowej, zakonnej reguły, Internet nie jest u reformatów zakazany, jak to bywa w wielu klasztorach żeńskich. Można więc sobie po nim surfować, nawiązywać znajomości, a czasem spotkać się z kimś w realu. Przełożeni nie mają nic przeciwko temu. Florian ochoczo korzystał z tych możliwości i był w stałym kontakcie z kilkudziesięcioma podróżnikami z całego świata. Jednak to nie on jeździł do nich, a raczej oni przyjeżdżali do Krakowa i czasem się z nim umawiali na mieście. Szli wtedy do jakiegoś pubu, baru, knajpy. Coś razem jedli, ale przede wszystkim dużo pili. Najczęściej nie mówił swoim znajomym, że jest bratem zakonnym. Dla wielu był po prostu Florkiem z Krakowa. Po takich spotkaniach goście wyjeżdżali, utrzymując potem z nim kontakt drogą elektroniczną. Tym razem jednak wszystko miało być inaczej.

Spotkanie kultur

Keiko i Hitoshi pasjonowali się podróżami oraz odkrywaniem w chrześcijańskim świecie tego, co było tak odległe od ich tradycji. Fascynowały ich stare świątynie, zatopione w półmroku gotyckie klasztory, tajemnicze malowidła i krucyfiksy oraz podziemia kościołów, które kryły często pasjonujące historie dawno zmarłych ludzi. Keiko i Hitoshi zajmowali wysokie stanowiska w jednej z japońskich korporacji. Nie byli parą, ale koleżanki i koledzy z pracy uważali, że Hitoshi podkochuje się ukradkiem w Keiko, a posiadała ona wyjątkową urodę, jaka charakteryzuje najpiękniejsze z Japonek. Była dojrzałą kobietą o alabastrowej cerze, a jednocześnie na jej twarzy zupełnie wyraźnie zaznaczały się rysy dziecka. Wielu Europejczyków dałoby się za to pokroić.
Młodzi Japończycy mieli dość dużo pieniędzy na podróże, podczas których odkrywali i opisywali na swoim blogu miejsca, które ich zafascynowały. Na ten właśnie blog trafił w sieci Florek, który zaczął komentować wpisy dotyczące średniowiecznych obrazów i po jakimś czasie zaprosił ich do Krakowa, mówiąc, że to ostatni moment do zobaczenia mumii sprzed wieków zachowanych w niezwykle realnym stanie.
Podróż z Tokyo do Frankfurtu to dziesięć godzin lotu. Potem jest już niedaleko – ponad godzinkę regionalnym połączeniem Lufthansy, pierwszy łyk powietrza z domieszką smogu i Keiko z Hitoshim znaleźli się w dawnej stolicy Polski. Zatrzymali się w kameralnym hoteliku na Poselskiej z wygodnymi, a bardzo niedrogimi, jak na japońską kieszeń, pokojami. Zostawili sobie jeden dzień na aklimatyzację, a z Florkiem mieli się spotkać następnego dnia. Tak też się stało.
Florek polubił ich od razu i dlatego nie krył przed nimi swojego zakonnego życia. Oprowadził ich natychmiast po słynnej krypcie, w której leżą zmumifikowane zwłoki. Byli tam sami, bo to nie był jeden z tych dni, w których można ją zwiedzać. Florek wziął po prostu klucze z furty i zeszli razem po stromych schodach prowadzących do krypty. To, co Keiko i Hitoshi tam zobaczyli zrobiło na nich piorunujące wrażenie, które tego wieczoru ich nie opuszczało, a właściwie miało się już tylko potęgować.

Umowa w Wedlu

Po tym niezwykłym zwiedzaniu usiedli na rynku w kawiarni Wedla, gdzie podają ręcznie robione czekoladowe pralinki. Zajadając się nimi, zaczęli rozmawiać o klasztorze i jego problemach. Był rok 2013 i Reformaci nie mieli wystarczających środków finansowych na właściwą ochronę ciał przed całkowitym zniszczeniem. Krypta zaczęła podmakać i na niektórych mumiach pojawił się grzyb. To dlatego Florek napisał wcześniej Japończykom, że jest to ostatni moment do ich zobaczenia w dawnej świetności. Zapytali, czemu miasto nie ratuje tego miejsca przed zniszczeniem. Miasto Kraków zajmowało się sprawą, ale, jak to zwykle ono, we właściwym sobie tempie. Grzyb działał, niestety, szybciej.
Młodych Japończyków poruszyła ta historia i podpytywali, ile pieniędzy trzeba wyłożyć, aby ratować mumie. Florek nie wiedział dokładnie, ale zadzwonił do swojego przełożonego. Japończycy dostali szybko informację, jaka suma powinna zostać wpłacona, aby mumie mogły być uratowane. Postanowili działać i przesłać pieniądze natychmiast na konto zgromadzenia. Postawili tylko jeden warunek – jako współcześni dobrodzieje zakonu, chcieliby po śmierci spocząć w krypcie, aby ich ciała uległy mumifikacji, jak tych kilkadziesiąt, które można teraz oglądać. Tym samym zadeklarowali, że chcą koło siebie leżeć po śmierci, choć żadne jeszcze nie wyznało drugiemu, że pragną ze sobą spędzić życie doczesne. Być może jednak stało się to w jakimś sensie właśnie tego dnia w Wedlu.
Florek wymienił się kilkoma sms-ami ze swoim przełożonym i uzyskał zgodę na warunki Japończyków, którą od razu im przekazał. Na skrawku papieru sporządzili kilkuzdaniową umowę, po czym ją podpisali, a Keiko sięgnęła po komórkę, aby przelać odpowiednią sumę na konto zgromadzenia. Po udanej transakcji zjedli jeszcze kilka pralinek z nadzieniem adwokatowym i dopili kawę, a potem wybrali się na spacer po rynku.
Przez całe popołudnie oddawali się wspólnej pasji, oglądając rozliczne kościoły, malowidła, ryciny i rzeźby. Potem zapragnęli coś zjeść i Florek zaproponował pizzę na św. Anny. Oferują tam znakomitą pizzę z pieca opalanego drewnem. Zapach tego drewna unosi się często na rogu ulic świętej Anny i Jagiellońskiej. Po takim jedzeniu zawsze można się przenieść do jednego z setek barów wokół rynku lub gdzieś dalej. Tak też zrobili i zasiedli w winiarni na Sławkowskiej.
Florek zamówił mocne, korzenne Pinotage z Afryki i zaczęli rozmowę. Opowiedział im o sobie. Pochodził z Podkarpacia, gdzie ukończył szkołę średnią, a potem przeniósł się na studia do Krakowa. Studiował historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale jej nie ukończył. Fascynowały go jednak średniowieczne malowidła i tej pasji oddawał się całkowicie, zwiedzając rozmaite miejsca, czytając o zgromadzonych w nich zbiorach i rozmyślając o ich twórcach, o tym, co ich motywowało do tworzenia, o ich życiu, śmierci. Poznał też na studiach dziewczynę, z którą zamieszkał w wynajmowanym przez nią domu na Salwatorze. Ją z kolei pochłaniała mroczna a zarazem romantyczna muzyka, nieważne, czy był to Bruckner, czy The Sisters of Mercy. Florek jeździł więc z nią na koncerty do Bolkowa, gdzie na średniowiecznym zamku odbywają się regularnie festiwale rocka gotyckiego. Razem spacerowali też po okolicy, wchodzili na Kopiec Kościuszki i odwiedzali pobliski cmentarz, który położony jest na jego zboczach. Pochowani są tam polscy poeci, pisarze, twórcy. Jednak, jak to w życiu bywa, któregoś dnia ona poznała kogoś innego i szybko odeszła. Wtedy właśnie Florek zaczął więcej pić oraz zwrócił się ku Bogu, co po jakimś czasie zaowocowało powołaniem zakonnym. Florek wstąpił do zgromadzenia reformatów i został bratem, pełniąc tam funkcję furtiana.
Wszystko to opowiadał dwojgu młodym Japończykom, bo tak dobrze czuł się w ich towarzystwie. Łączyły go z nimi wspólne pasje i wzajemnie otwierali dla siebie światy, które na co dzień były niezwykle odległe. Keiko zauważyła w klapie jego marynarki znaczek – żółty trójkąt z czarnymi, zygzakowatymi kreskami, zapytała, co on oznacza.
– To symbol naszego bractwa – odrzekł Florek.
– Reformatów? – dopytała.
– W jakimś sensie – odparł.
Potem rozmawiali o czasach dawnych i współczesnych, o zgniliźnie tych ostatnich, że dawniej ludzie żyli w większej harmonii i w zgodzie z wartościami, niezależnie jak były one zdefiniowane. Wieczór płynął szybko, potem zamienił się w noc. Pustoszały kolejne butelki z korzennym Pinotage, aż w końcu Florek wstał, mówiąc, że zaprasza swoich gości do klasztoru, a tam spróbują specjalnego rodzaju wina. Keiko i Hitoshi mieli już mocno w czubie, ich małe ciała nie były tak wytrzymałe, jak to Florkowe, zaprawione w podkarpackich bojach, toteż nie odnieśli się do propozycji z entuzjazmem. Chcieli już sobie pójść do hotelu i położyć się spać. Jednak Florek nalegał i zachęcał ich z dziwnym uśmiechem na twarzy, mówiąc, że przy okazji pokaże im coś, czego mogą już nigdy i nigdzie nie zobaczyć. Zgodzili się więc i ledwo powłócząc nogami, skierowali się ku wyjściu. Na szczęście ze Sławkowskiej na Reformacką nie jest daleko.

W złocistej poświacie

Szli tak w milczeniu tymi kilkoma uliczkami, mijając grupy młodych i kompletnie pijanych Anglików, którzy wyskoczyli sobie do Krakowa na zabawę, używając podniebnej taksówki, łączącej bezpośrednio dawną stolicę Polski z wieloma miastami Zjednoczonego Królestwa. Wraz ze schodzeniem z popularnych, turystycznych szlaków, robiło się jednak coraz spokojniej i w końcu w głębi ulicy Reformackiej wyrosła przed nimi brama klasztoru. O tej porze była zamknięta, ale Florek wyciągnął z kieszeni pęk kluczy, przez chwilę nie mógł dobrze trafić w dziurkę jednym z nich, ale wreszcie mu się udało i cała trójka znalazła się w spowitym mrokiem wnętrzu. Furtian może spał, a może w ogóle go tam nie było. W każdym razie nikt ich o nic nie pytał i chwilę później znaleźli się w celi Florka.
Nie była ona duża i wyglądała dość surowo. Znajdował się w niej stolik, biurko, na którym stał komputer, będąc jedyną chyba rzeczą pozwalającą Japończykom sądzić, że istnieje jakieś fizyczne połączenie pomiędzy znanym im światem, a tym miejscem. Reszta to półki ze świętymi księgami, nieco kiczowate obrazy Maryi na ścianach i wielki krucyfiks, który od razu przykuł ich uwagę, choć najprawdopodobniej spożyty alkohol powodował, że wydawało się, iż głowa ukrzyżowanego wychodziła jakby ku nim, a Keiko zdawało się nawet, że mrugnął do niej obolałą powieką. Próbowała zapytać Hitoshiego o to, czy widzi to samo, ale obróciwszy głowę znieruchomiała, widząc wyraz jego twarzy. Potem podążyła za jego wzrokiem i zobaczyła dwa krzesła, na których zawieszone były zakonne habity z kapturami. Miały jednak zupełnie nietypowe kształty. Wyglądały jak gdyby były uszyte na ludzi o bardzo niewielkich gabarytach. Na rękawach i plecach widać było trójkątne, żółte znaczki z czarnymi, zygzakowatymi kreskami.
Florek złapał spojrzenia ich obojga i zaczął się śmiać:
– Myślicie, że chcę z was zrobić zakonników? Nie martwcie się. Wrócicie sobie spokojnie do waszej korporacji, ale za to z niezapomnianymi wrażeniami – po czym sięgnął do małego refektarzyka, uchylił drzwiczki i wyciągnął stamtąd butelkę.
– Obiecałem wam szczególny rodzaj wina. W naszym bractwie jest ono używane tylko podczas wielkich uroczystości. Wykradłem parę butelek ze spiżarenki. Czasem częstuję nim gości, ale naprawdę wyjątkowych, takich jak wy.
– Czemu uważasz, że jesteśmy wyjątkowi? – zapytała Keiko – jej delikatną twarzyczkę spowijał półmrok celi.
– Polubiłem was bardzo już w mailach, a potem okazaliście się ludźmi wielkiego ducha i przekazaliście pieniądze na rzecz zgromadzenia. To wspaniały gest – odpowiedział, sięgnąwszy po korkociąg. Korek wypadł z butelki, wydając charakterystyczny odgłos. Florek rozlał trunek do kieliszków. W powietrzu uniósł się niesamowicie wciągający aromat. Japończykom niemal zawróciło się od niego w głowie.
– To dopiero początek – powiedział gospodarz. Proponuję, abyście ubrali te habity, bo zaraz ujrzycie coś niezwykłego.
Sięgnęli po nie bez zastanowienia. Naprawdę dobrze pasowały. Florek uśmiechnął się i podał im kieliszki. Powąchali nalany do nich trunek. Ten niesamowity, intensywny zapach uderzył ich w nozdrza z podwójną siłą. Wypili jednocześnie po łyku.
Niezwykły blask pojawił się przed ich oczami. Wszystko jakby się rozjaśniło i nabrało nieziemskich barw. Skrzyły się kiczowate obrazy, krucyfiks także mienił się złocistożółtą poświatą. Złoty kolor zalał całe pomieszczenie, a Święte księgi na półkach wiły się, tworząc czarne, zygzakowate kształty. Wyglądało to niesamowicie i było urzekająco piękne. Stali więc tak przez dłuższą chwilę, wpatrując się w wirującą wokół nich przestrzeń, zupełnie jak gdyby ubrali okulary 3D.
Florek wziął za rękę Keiko i rzucił do Hitoshiego:
– Chodźmy, coś wam pokażę.
Wyszli z celi. Żadne z Japończyków nie zauważyło, że Florek nie wypił tym razem ani łyka wina. Prowadził za rękę Keiko labiryntem klasztornych korytarzy, a za nimi podążał Hitoshi. Wszystko spowijała złota poświata. Zaczęli schodzić w dół. Młodzi Japończycy byli jakby w transie, nie zwracali uwagi na to, co się wokół nich dzieje, ale mieli wrażenie, że schodzą i schodzą coraz głębiej i że trwa to bardzo długo.
W końcu znaleźli się w średnich rozmiarów krypcie o żółtych ścianach lub była to tylko owa żółta poświata, która towarzyszyła im od momentu spożycia wina. Krypta trochę przypominała tę, w której spoczywały zmumifikowane zwłoki, ale była większa i znajdowała się gdzieś indziej. Co najdziwniejsze, był środek nocy, a miejsce to pełne było ludzi. Tak jak młodzi Japończycy, mieli oni na sobie habity, aczkolwiek bardzo różne w swoich krojach i kolorach. Jedynym wspólnym elementem był trójkątny, żółty znaczek z czarnymi, zygzakowatymi kreskami naszyty na plecach i rękawach. W pomieszczeniu na pewno było około kilkunastu osób. Florek podprowadził Keiko bliżej. Kazał Hitoshiemu, aby ten poczekał w miejscu, które mu wskazał ręką. Nikt z obecnych nie obrócił się na ich wejście, nikt ich nie zauważał. Panowało ogólne skupienie i milczenie.
Florek podprowadził Keiko bliżej postaci, która zasłaniała swoim ciałem wnękę. Gdy tam podeszła, zobaczyła na podłodze piasek, taki sam, na jakim leżeli martwi zakonnicy w krypcie z mumiami. Każdy z nich opierał tam głowę na kamieniu. Tu natomiast kamieni nie było, ale coś jakby w kształcie katafalku, a może małego ołtarzyka. Wszystko wirowało w złotawo-żółtej poświacie. Jej wzrok pobiegł ku górze ołtarzyka. To, co ukazało się jej oczom było wstrząsające i piękne zarazem.
Na tym małym katafalku spoczywała mumia o nieprawdopodobnie realistycznych rysach. Wydawało się, jak gdyby ta osoba spała, choć z całą pewnością była martwa. Nie było to dziecko, ani też ktoś o rozmiarach dorosłego człowieka. Wokół rozstawione były świece rzucające blask na przepiękną twarz leżącej na katafalku dziewczyny. Trudno było powiedzieć, czy to te płomienie i cała ta poświata nadawała tej twarzy taki właśnie kolor, czy w rzeczywistości była to niezwykłej urody twarz młodej Japonki.
Keiko otworzyła usta, ale w tym momencie obrócił się do niej mistrz tej dziwnej ceremonii. Przez kilka sekund Keiko ujrzała starą, pooraną bruzdami twarz i płonące oczy. Mnich wyciągnął do niej złoty kielich, z którego roztaczał się ów niesamowicie intensywny aromat, który coś jej przypominał.
Chciała krzyczeć, uciekać i wyciągnęła ręce, aby wytrącić mnichowi kielich z dłoni. Jednak silne łapy Florka chwyciły od tyłu obie drobne dłonie Japonki, a zanim zdążyła cokolwiek krzyknąć, mistrz ceremonii wlewał już zawartość kielicha do jej ust. Chwilę później straciła przytomność.
Hitoshi tej sceny w ogóle nie widział. Stał w miejscu,które wskazał mu Florek i rozglądał się dookoła. Krypta wydawała mu się niesamowita i jak gdyby żywcem przeniesiona ze średniowiecza. Ociekała złotem, a może było to wrażenie wywołane wypiciem tego niezwykłego wina? Spojrzał w jedną z bocznych wnęk i dostrzegł w niej piękną dziewczynę w habicie z naszytym znaczkiem bractwa, który już wydał mu się całkiem znajomy. Uśmiechnęła się do niego niemal zalotnie, a jej cudne oczy zdawały się mówić – podejdź do mnie. Było to tak magnetyczne, że nie mógł się temu oprzeć. Gdy tylko się zbliżył, ni to piękność, ni to zakonnica wyciągnęła ku niemu dłoń i dopiero wówczas zauważył w jej ręku złoty kielich, z którego dobywał się znajomy, wciągający zapach. Hitoshi wzdrygnął się i cofnął, ale w tym samym momencie czyjeś silne łapska chwyciły z tyłu jego nieduże dłonie, a zawartość kielicha zaczęła spływać do jego ust, po czym stracił przytomność.

Tajne bractwo

Keiko ocknęła się w swoim pokoju na Poselskiej. W głowie wszystko jej wirowało i czuła wszechogarniający ucisk i ból. W tym samym momencie rozległo się głuche pukanie do drzwi. Zwlokła się z łóżka i z wielkim wysiłkiem je otworzyła. Zobaczyła przed sobą Hitoshiego w stanie podobnym lub gorszym do niej. Usiedli powoli i zaczęli rozmawiać o wydarzeniach dnia wczorajszego.
Kiedy doszli już trochę do siebie, postanowili odnaleźć Florka i rozmówić się z nim. Udali się po raz trzeci do klasztoru i jakież było ich zdziwienie, gdy okazało się, że we wspólnocie nie ma nikogo takiego jak brat Florian. Przekonywali, że byli tu z nim wczoraj, w świetlistej celi, a potem w średniowiecznej, tajnej krypcie, jednak kolejni bracia i ojcowie patrzyli na nich ze zdziwieniem, zaciekawieniem, a ci którzy mówili cokolwiek po angielsku, z troską i współczuciem. Młodzi Japończycy nie wyglądali najlepiej, czuć było od nich przetrawiony alkohol. Wszyscy rozkładali ręce na słowa „brat Florian”. Przyznawali, że jest krypta z mumiami, ale tylko jedna i że rzeczywiście mumie niszczeją, jeśli chcą pomóc, to oni chętnie przyjmą datek. Keiko i Hitoshi tłumaczyli płomiennie, że już przelali na konto zakonu ogromną sumę pieniędzy w zamian za obietnicę pochówku w tym specyficznym mikroklimacie. Ojcowie tłumaczyli, że nikogo się tu współcześnie nie chowa i patrzyli na nich z rosnącą troską. W końcu któryś zapytał, czy nie potrzebują pomocy, że on ma znajomego w słynnym krakowskim szpitalu psychiatrycznym im. Babińskiego i mógłby do niego zadzwonić.
Podziękowali jednak za taką pomoc i opuścili klasztor. Raz jeszcze sprawdzili konto, na którym nie było pieniędzy. Przeszukali też kieszenie i nie mogli znaleźć umowy podpisanej w Wedlu na skrawku papieru. Pozostało im więc jedynie zgłosić się na policję.
Miły funkcjonariusz w komisariacie na Rynku Głównym przyjął młodych Japończyków z dużą otwartością. Poza tym świetnie mówił po angielsku. Zaprowadził ich do jakiegoś pokoju i poprosił, aby chwilę poczekali. Usiedli i rozejrzeli się. Keiko spojrzała w stronę biurka i zemdlała. Hitoshi zerwał się, żeby jej pomóc i w tym momencie jego wzrok trafił na blat biurka, gdzie leżał otwieracz do butelek, na którym wyrzeźbiony był znaczek – czarne ,zygzakowate kształty na żółtym tle. Hitoshi musiał się na tym biurku podeprzeć, aby nie osunąć się w dół, w ślad za swoją przyjaciółką.

Epilog

– Czego się pani napije? – zapytała stewardessa na pokładzie samolotu Lufthansy lecącego z Krakowa do Frankfurtu.
– Na pewno nie wina – odparła Keiko – proszę może sok pomidorowy.
– A pan? – zwróciła się do Hitoshiego.
– Także sok dla mnie, bez soli i bez pieprzu – uprzedził jej kolejne pytanie.
– Oczywiście – uśmiechnęła się i zaczęła nalewać sok.
On patrzył na jej cudne oczy, które coś mu przypominały. W tym momencie Keiko chwyciła go za rękę.
– Florek!
– Co Florek? – zapytał ją i jednocześnie obrócił głowę w stronę, w którą patrzyła Keiko. W rzędzie obok, na miejscu pod oknem siedział mężczyzna łudząco podobny do Florka, a może był to właśnie on. Spojrzał w ich stronę.
– Sok pomidorowy dla Pana – stewardessa wyciągnęła do Hitoshiego plastikowy kubek z napojem, a on wzdrygnął się. W tym momencie przypomniała mu się ni to zakonnica, ni to piękność, która wyciągała do niego dłoń ze złotym kielichem w krypcie i tak, to była ona! Podawała mu teraz sok pomidorowy.
– Czy wszystko w porządku? Bardzo pan zbladł – zapytała.
– Tak, dziękuję bardzo – drżącą ręką przytrzymał sok, którego nie podniósł do ust.
Zza okna samolotu wpadały do środka promyki porannego słońca, tworząc w kabinie piękną, złocistą poświatę.

Uwaga – poza faktem istnienia w krypcie kościoła Reformatów w Krakowie kilkudziesięciu zmumifikowanych ciał z XVII i XVIII wieku, wszystkie pozostałe wątki opowiadania „W złocistej poświacie” oraz postaci z nimi związane są wytworem wyobraźni autora.

Radiowe saudade

Dziś obchodzimy Światowy Dzień Radia i to, co mam do powiedzenia o współczesnym radiu, zwłaszcza polskim, bardzo pasuje do bloga zawierającego w sobie słowo saudade. Jak Państwo widzicie, już w pierwszym zdaniu pojawiają się dwa słowa stanowiące tytuł tego bloga – polskie i saudade.
Biorąc na warsztat to drugie wyrażenie, to pomimo, iż po portugalsku jest ono bardzo pojemne, a po polsku wymaga nawet być może stosownej zakładki, o czym pomyślę, to dla potrzeb dzisiejszego wpisu przyjmijmy jego tłumaczenie jako tęsknota. W dniu radia tęsknię więc za radiem, tęsknię za Polskim Radiem z czasów, kiedy myśleliśmy, że jest niedoskonałe i chcieliśmy, aby się unowocześniło, aby wolny rynek przyniósł też ze sobą do nas atrakcyjne, wciągające stacje komercyjne, grające muzykę z różnych zakątków świata, aby zapanowała w eterze piękna różnorodność i znowu pojawiają się słowa stanowiące rozwinięcie do tytułu bloga – piękno i różnorodność.
Czy tak się zatem stało, czy możemy korzystać obecnie z tego piękna różnorodności, wolności mediów i pewnego, jak to odpowiednio wyrazić – klasycznego stylu Polskiego Radia, zachowującego swój dawny czar i będącego teatrem wyobraźni, choć być może w nowoczesnej oprawie? Moim zdaniem marzenia te spełniły się tylko częściowo i raczej radio, jakie ja lubię, umieszczam po stronie tęsknoty niż otaczającej mnie rzeczywistości, a Państwo?
Mieliśmy kiedyś wspaniałe głosy, latami ćwiczone, przygotowywane do pracy przed mikrofonem. Mieliśmy przewodników po kulturze, muzyce, sztuce, którzy wiedzieli bardzo dużo i mniej lub bardziej, ale z reguły bardziej, potrafili nam tę wiedzę przekazać, zainspirować do własnych przemyśleń i poszukiwań. Czekało się w eterze na głos tych przewodników, na kolejną dawkę duchowej strawy w każdej z dziedzin, które wymieniłem. Kto dziś czeka na jakąś radiową audycję?
Może jednak tego wszystkiego już nam nie potrzeba. W dobie wujka Google, obciążanie sobie głowy informacjami, o które w każdej chwili możemy się do niego zwrócić, odtworzyć sobie z jego pomocą wiele rodzajów muzyki, obejrzeć sztukę, śledzić jakąś niezmiernie niszową dziedzinę wiedzy jest zbędne, a jednocześnie stanowi bogactwo, którego wprawdzie nie umiemy do końca zaabsorbować i przetworzyć, ale ono jest z nami, po prostu istnieje i każdego dnia nam towarzyszy? Może o to właśnie nam chodziło, gdy narzekaliśmy na media w czasie przemian ustrojowych?
Nawet jeśli coś w tym jest, pozostaje jakiś niedosyt z tego, co możemy usłyszeć obecnie w eterze, gdy często przypadkowi ludzie mówią do mikrofonu, co im ślina na język przyniesie, a my musimy tego wszystkiego słuchać. Jest to zjawisko, które Ryszard Kapuściński nazywał media workingiem, a nie dziennikarstwem, które miało za Jego życia schodzić do literatury. Może więc w końcu zeszło i zamiast objawiać saudade wobec nieistniejącego już radia, tudzież dziennikarstwa, czas zacząć tworzyć w nowych mediach to za czym tęsknimy, a czego nie dają nam już klasyczne media?
Pewnie nie jestem do końca sprawiedliwy i także nie do końca grzeczny, w dniu radia tak mówiąc o radiu i radiowcach. Łatwiej byłoby złożyć serdeczne życzenia i dostać wiele lajków lub zdawkowych komentarzy, że jest super lub wow. Jednak ten blog ma trochę hołdować starej szkole dziennikarstwa, czyli szczerej wymianie poglądów, choćby najostrzejszych, ale wyrażanych w sposób kulturalny. Życzenia jednak będą, ponieważ wciąż czuję się w jakimś stopniu częścią tej radiowej społeczności, którą współtworzyłem w czasach jakże fascynujących, bo kształtujących dojrzały rynek medialny w Polsce.
Życzę więc radiowcom, aby zawsze mocno przeżywali moment, gdy po raz pierwszy siądą przed mikrofonem i zapali się czerwona lampka oznaczająca, że mogą odezwać się do swoich słuchaczy.
Życzę im, aby zabierali głos w poczuciu, że słuchacze ci mogą czekać na coś ciekawego, wciągającego, pasjonującego, a nie chcą słuchać brzęczenia nieznośnej muchy i żeby w związku z tym zawsze odczuwali potrzebę powiedzenia im czegoś ważnego.
Życzę im, aby mieli przewodników ze starych, dobrych szkół dziennikarskich, kilku ich jeszcze pracuje i aby nasiąkali, w kontakcie z nimi tym, co w tym rzemiośle najlepsze.
Życzę im pogłębiania wiedzy w fascynującej ich dziedzinie, aby z pasją móc ją przekazywać słuchaczom.
Życzę im, aby żaden polityk niezależnie od rządzącej w danym czasie opcji politycznej, nie wymuszał od nich, co i jak mają mówić, a jedynym ich azymutem było dobro wspólne.
Nade wszystko życzę im jednak płaczu i wzruszeń, śmiechu i żartów, a także buntu i gniewu prawdziwych słuchaczy, którzy zawsze powinni być po drugiej stronie i bez których obecności, opinii i emocji, radio nie ma żadnego sensu.

Ilustracja muzyczna – The Carpenters „Yesterday once more”:

Rosyjskie przyjaciółki polskiego papieża

 

Kotki rosyjskie rys. Lecha Kolasińskiego

Rys. Lech Kolasiński

 

 

Ta historia owiana jest tajemnicą i to o wiele większą niż ta, która i tak już otacza samą rasę tych niezwykłych zwierząt. Przybyły z dalekiego Archangielska i przetrwały wszelkie historyczne zawieruchy. Mają piękną, pluszową sierść, która skrzy się żywym niemal srebrem. Fascynują majestatem, posturą i czymś w rodzaju stałego uśmiechu na pyszczku, który bywa określany uśmiechem Mony Lisy. Jednak przede wszystkim czarują zielonymi oczami. Ich spojrzenie jest hipnotyzujące, nie można się od niego oderwać. Mistycy twierdzą, że możliwa jest z nimi daleko idąca komunikacja właśnie za pomocą oczu, że głębia tego spojrzenia łączy gatunki i spotyka dwie dusze, wytwarza się dzięki temu coś na kształt lustra, w którym widać przeszłość i można odczytać wiele z przyszłości. Ta umiejętność dana jest jednak tylko nielicznym.
Papież był tego wieczoru bardzo zmęczony. Przyjmował pielgrzymów z całego świata, odbył audiencję generalną, a na prywatnej kolacji było u Niego kilku gości z Polski. Szczególnie ta kolacja dała się Mu we znaki, bo goście, bardzo wykształceni i kulturalni, ale i tak weszli w polskie spory, nie zważając zbytnio na to, że znajdują się przy stole z wielkim Polakiem, który został papieżem i zaczął oddziaływać na światową politykę w stopniu, w jakim nie udawało się to Jego poprzednikom, ale także żadnemu ze zmarłych i żyjących polskich przywódców. Jeden z biskupów tak się podczas tej kłótni zacietrzewił, że wykrzykując coś, wypluł na śnieżnobiały obrus tabletkę z krzyżykiem, która doleciała na drugą część stołu i zatrzymała się tuż obok papieskiego kieliszka wypełnionego do połowy różowym Montepulciano. „Cóż on to łyka?” – pomyślał zdegustowany Karol Wojtyła. Papież osiadł w Rzymie i dobrze czuł się w tym mieście, ale wciąż kochał Polskę i dlatego wszelkie spory rodaków, również te przy stole, bardzo go martwiły, a także niezmiernie męczyły.
Po takich dniach jak ten, oddawał się z nimi niewinnej zabawie, a to rzuciwszy kuleczkę do aportowania, a to nawet guzik od habitu, który Mu kiedyś odpadł i zaczął go do tego celu używać. Papież uwielbiał swoje dwie rosyjskie koteczki niebieskie – Annę i Teresę. Jako wierne przyjaciółki, nie odstępowały Go na krok, kiedy tylko zmęczony, tak jak tego wieczoru, wracał do swoich prywatnych apartamentów w Watykanie. Gładził delikatnie ich nieduże, ale rozkosznie pluszowe główki. Towarzyszyły Mu w zabawie, pisaniu listów do przyjaciół, ale i w medytacji. Siostra Tobiana, odpowiadająca za nieskazitelną biel papieskiej sutanny, znajdowała często na niej srebrzyste nitki z futra pluszaków. Wzdychała wówczas tylko głęboko, szepcząc pod nosem: „co ja mam z Waszą Świątobliwością, co ja mam”.
Jednak więź pomiędzy uroczymi, ale i bardzo tajemniczymi zwierzętami a papieżem z Polski była głębsza i poważniejsza w skutkach, niż by się to mogło wydawać i wcale nie dotyczy to napisania w ich towarzystwie kilku encyklik. Ze strzępów relacji papieskiego kamerdynera Angela Gugela, a także niedyskretnych osób w Watykanie, możemy odtworzyć choćby częściowo wypadki, które miały miejsce z udziałem Anny i Teresy.

Nie birmanki
Wcześniej jednak warto wspomnieć, jak te śliczne i urzekające zwierzęta znalazły się na papieskich salonach. Po wyborze Polaka na papieża, gdy 16 października 1978 roku ogłosił to zdumionemu światu kardynał Pericle Felici, ruszyła machina konstruowania papieskiego dworu i dostosowywania otoczenia do potrzeb nowego władcy Watykanu. Formował się też krąg najbliższych współpracowników. Jego sekretarzem i osobą najwyższego zaufania został wieloletni współpracownik z Krakowa – ksiądz Stanisław. To właśnie on dostał od nowego papieża zadanie sprowadzenia do Watykanu kotów, ale uwaga, miały to być tak zwane święte koty birmańskie. Te cudowne stworzenia, o szmaragdowych oczach, które nosiły w sobie dusze buddyjskich mnichów, miały towarzyszyć Karolowi Wojtyle w odpoczynku po długich, pracowitych dniach. Nadawały się do tego celu znakomicie, bo rasa ta słynie z dostosowywania się do nastroju właściciela.
Mało kto o tym wie, ale Stanisław, znany od samego początku z wielkiej miłości do swojego szefa i chęci jak najskrupulatniejszego wypełniania Jego próśb, wybrał się w tym celu z szybką wizytą do Birmy, gdzie zgodnie z legendą, swoje korzenie ma święta kocia rasa. Wierny papieskim poleceniom, ale zupełnie nieznający się na kotach dobrotliwy ksiądz, najprawdopodobniej nie wiedział, że powinien tak naprawdę jechać do Francji, bo to tam miał szansę znaleźć egzemplarze najbardziej odpowiadające cechom rasy. Stanisław uznał najprawdopodobniej, że chciałby dla papieża sprowadzić zwierzęta niemal wprost pochodzące od legendarnego kota Sinhu. W tym celu, nie zważając na różnice światopoglądowe, spotkał się nawet z pewnym mnichem buddyjskim, ale co ciekawe, nie w klasztorze, a w przytulnej restauracji, w której rzecz całą omówili, popijając dziwny, niebieski napój o słodkawym smaku. Mnich ten miał wiedzieć, jak dotrzeć do ludzi, którzy jako jedyni hodują koty pochodzące od Sinhu. Dlaczego zatem wkrótce potem do Watykanu trafiły nie birmanki, ale dwie rosyjskie kotki Anna i Teresa, które zresztą papież pokochał od pierwszego wejrzenia? Oto jedna z wielu zagadek w tej historii.

Agresorki
Ówczesny szef radzieckiego KGB oskarżył Zbigniewa Brzezińskiego, doradcę ds. bezpieczeństwa w gabinecie amerykańskiego prezydenta Jimmiego Cartera, o manipulacje głosami podczas konklawe i doprowadzenie do wyboru na papieża Polaka, który z pewnością będzie przeszkadzał w utrwalaniu komunizmu w Europie Środkowo-Wschodniej. Trzeba przyznać, że w każdym razie, co do tej ostatniej kwestii, Rosjanin nie rozminął się z prawdą. Jan Paweł II żartował często podczas spotkań z Brzezińskim, że skoro go wybrał, to musi go teraz odwiedzać w Watykanie. Tak się też działo i niekiedy spotkania te miały miejsce kilka razy w roku. Dla tej historii najistotniejsza jest jednak ich pierwsza rozmowa telefoniczna, a doszło do niej w grudniu 1980 roku podczas kryzysu politycznego. Na granicach Polski stanęło wówczas 18 dywizji sowieckich, dwie enerdowskie i jedna czechosłowacka. Wszystkie one miały wkroczyć do Polski za dwa dni. Brzeziński zadzwonił wtedy do papieża, aby omówić tę kwestię. Miał jednak spore trudności z połączeniem, a sprawa nie cierpiała zwłoki. Wreszcie, zorientowawszy się, że bezpośredni numer do prywatnych apartamentów Jana Pawła II nie zadziała, zaczął łączyć się poprzez inne linie telefoniczne, co nie było już tak bezpieczne z uwagi na obawę podsłuchania tych rozmów przez Rosjan posługujących się agentami, o których CIA wiedziała, że funkcjonują na terenie Watykanu. Do rozmowy w końcu doszło i cała historia zakończyła się szczęśliwie. Po wszystkim okazało się jednak, że druty telefoniczne w papieskich apartamentach zostały przegryzione przez Annę i Teresę i to dokładnie w momencie pierwszego łączenia się Brzezińskiego z papieżem. Można by to uznać za przypadek, gdyby nie wydarzenia, które miały miejsce później.
Karol Wojtyła postanowił rozprawić się z watykańską agenturą poprzez wzmocnienie tajnej komórki w Stolicy Apostolskiej, która pełniła rolę kontrwywiadu, czyli Sodalitium Pianum. Na jej szefa mianował arcybiskupa Luigiego Poggiego, do którego miał wielkie zaufanie. Nawiązał on ścisłą współpracę z wywiadem Izraela oraz CIA. To ciekawe, że obie papieskie kotki, usposobione z reguły dość przyjaźnie wobec współpracowników Jana Pawła II i większości Jego gości, nie cierpiały akurat Poggiego. Podczas jednej z narad Anna rozerwała habit arcybiskupa, a Teresa ugryzła go w łydkę, z której popłynęła stróżka szkarłatnej krwi. Narada została przerwana, bo Poggiemu trzeba było założyć opatrunek. Karola Wojtyłę zaskoczył ten incydent, ale nie skarcił żadnego z pluszaków, które w tym momencie bynajmniej nie okazały się być słodkimi maskotkami.
W 1979 roku papież przybywa z historyczną wizytą do swojej Ojczyzny Polski. W Waszyngtonie obserwuje to Ronald Reagan, wkrótce przyszły Prezydent Stanów Zjednoczonych. Widzi wielki potencjał w Polakach i ruchu Solidarności do walki z komunizmem w samej Polsce, ale i w bloku wschodnim. Co za tym idzie, w papieżu dostrzega człowieka, który bardzo może w tym pomóc. Reagana bardzo zaniepokoiło wprowadzenie Stanu Wojennego w Polsce i dzień po jego ogłoszeniu zadzwonił do Jana Pawła II, zapewniając o swojej sympatii do Polaków. Współpracownicy amerykańskiego prezydenta relacjonowali później, że rozmowa była często przerywana, o zgrozo, z powodu wyjątkowo głośno miauczących kotów. W końcu jednak przywódcy skończyli tę ważną wymianę zdań. Potem często do siebie pisali. Jeden z listów Reagana został znaleziony przez siostrę Tobianę w papieskim habicie i nosił ewidentne ślady kocich pazurów. Wkrótce odbyło się też spotkanie Reagana z papieżem, do którego doszło w czerwcu 1982 roku w bibliotece watykańskiej. W jego wyniku zintensyfikowały się kontakty pomiędzy CIA a Sodalitium Pianum, a w Rzymie zaczął pojawiać się szef amerykańskiej agencji wywiadowczej Wiliam Cassey.
Podczas jednego ze spotkań Cassey’a z papieżem powtórzył się incydent, jaki wcześniej miał miejsce z Poggim i rozmowa znowu została przerwana, a była ważna, ponieważ Cassey pokazywał Janowi Pawłowi II zdjęcia satelitów szpiegowskich wykonane nad Europą Środkowo-Wschodnią. Zauważono potem, że w wyniku zamieszania z pogryzieniem Cassey’a przez papieskie koty, kilka takich zdjęć zaginęło. Podejrzenia padły na wciąż obecną, choć tępioną przez Poggiego, watykańską agenturę. Jednak przynajmniej część tych zdjęć w postaci rozdartych strzępków znalazł kamerdyner, podejrzewając od razu, że to sprawka Anny i Teresy. Współpracownicy papieża zaczęli zwracać Mu uwagę, że obie kotki zachowują się trochę dziwnie i ich agresja jest bardzo specyficznie ukierunkowana. Kiedy bowiem Jan Paweł II przyjmował przedstawicieli rządu PRL, koty łasiły się do ich stóp.
Wielki papież starał się nie być złośliwy wobec swych współpracowników, ale gdy słyszał te i inne bzdury na temat jakiegoś dziwnego nastawienia kotów do Amerykanów, a miłego dla komunistycznych notabli, docinał ostro wszystkim, którzy takie teorie głosili i w zależności od swego humoru danego dnia, były to docinki zabawne lub dotkliwie szydzące z ich głupoty. Z czasem więc patrzyli oni wszyscy w milczeniu na kolejne incydenty, a część z nich po prostu przestała zwracać uwagę na kotki uznając, że papież papieżem, ale też musi mieć jakieś swoje skrzywienia i to są właśnie te dwie ulubienice.
Tymczasem, w 1982 roku, w bazie wojskowej na Syberii, pod kierunkiem niejakiego Dimitrija Wereszczagina, powstaje tajny ośrodek do badań nad ludzką świadomością, aby można było nią sterować bez udziału woli tych, którzy mają być sterowani. Prace posuwają się bardzo powoli, ale pojawiają się pierwsze rezultaty. Już w latach 70-tych tego typu eksperymenty przeprowadzane były z obiecującym rezultatem w ZSRR na zwierzętach, a w latach 80-tych odbywały się z udziałem ludzi. Któregoś dnia w bazie pojawił się pewien człowiek z Birmy, z którym pracujący tam oficerowie popijali niebieski napój o dziwnym, słodkawym smaku. U jego stóp bawiły się koty o przenikliwym spojrzeniu i pięknych, zielonych oczach.

Lustro
Anna i Teresa dorastały w Watykanie. Jan Paweł II, pomimo wielkiej miłości do nich obu, zaczął się niepokoić agresywnymi zachowaniami wobec niektórych gości, niszczeniem zdjęć satelitarnych dostarczanych przez CIA i narastającą nieufnością kotek wobec Jego wiernych współpracowników. Nic im jednak o tych wątpliwościach nie mówił, choć oni widzieli Go coraz częściej siedzącego i zapatrzonego gdzieś w dal. Naprzeciwko Niego siedziały Anna i Teresa i też patrzyły jakby na coś w oddali. To powtarzało się coraz częściej, a pewnego razu miało miejsce na górskiej wycieczce, na którą Karol Wojtyła zabrał w wolierze swoje kotki. Tę dziwną i jednocześnie niezwykle tajemniczą scenę zauważył wtedy Jego wierny kompan w czasie takich wypraw – ksiądz Tadeusz. Wówczas jednak nie przywiązywał do tego jakiejś szczególnej wagi – ot papież czerpie przyjemność z obcowania z naturą w postaci nie tylko flory, ale i fauny, a że miał przy tym zwyczaj popadania w medytacje, to zapewne właśnie się działo.
Nikt nigdy nie widział Papieża Polaka na zdjęciach ze swymi rosyjskimi niebieskimi przyjaciółkami, choć istnieje kilka fotografii wykonanych przez kamerdynera Gugela, pochodzących zarówno z tych nielicznych wycieczek, na których kotki były obecne, jak i z prywatnych apartamentów Karola Wojtyły. Z przecieków i niedyskrecji poczynionych na ich temat możemy wnioskować, że są niezwykłe i mogą rzucić nowe światło na porozumienie pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem, jak również na niecodzienny mistycyzm Jana Pawła II.
Dość powiedzieć, że po tych swoistych sesjach medytacji z udziałem dwóch rosyjskich kotek i jednego z największych mistyków współczesności, ich zachowanie zmieniło się nie do poznania. Złagodniały w stosunku do gości z USA, wręcz stały się przymilne i zaczęły akceptować Poggiego. Nie niszczyły już żadnych dokumentów ani zdjęć i nie zdarzyło się, aby od tego czasu utrudniły jakąś rozmowę lub przegryzły kabel telefoniczny. Skąd taka zmiana? Stanisław, który już wtedy wierzył w świętość Papieża Polaka upatrywał ją w nadprzyrodzonych możliwościach rozmowy Karola Wojtyły z wszelkim stworzeniem. Zwykł mawiać, że było to jak tchnienie Boga żywego. Sam nieco drętwy w relacjach ze zwierzętami, ale jeden jedyny raz odważył się im rzucić papieską piuskę do aportowania, zachęcony radosnymi okrzykami Karola Wojtyły. Anna i Teresa przyniosły ją w zębach razem, jak gdyby szły w orszaku czy procesji, oddały wprost do rąk namiestnika Chrystusa, a nie Jego sekretarza. Wojtyła zareagował na to ze znanym sobie poczuciem humoru: „Widzisz Stasiu, one wiedzą, kto rządzi światem”. Cała ta scena wywołała salwy śmiechu ich obu. Pyszczki rosyjskich niebieskich kotek także były charakterystycznie roześmiane. Po nagłej przemianie w zachowaniu Anny i Teresy oraz kilku gestach ze strony Stanisława, niektóre osoby w Watykanie zaczęły podejrzewać, że papieski sekretarz również rozkochał się w kotkach. Być może jednak się mylili i jedyną miłością obecnego kardynała był i jest jego szef.
Przemiana kotek zjednała im jednak większość papieskiego dworu i nawet wcześniejsi wrogowie pluszaków zaczęli im od tamtej pory okazywać sympatię oraz przywiązanie. Siostra Tobiana z czułością wybierała srebrne kłaczki szepcząc, że kotki Jego Świątobliwości są bliskie także i jej i też je kocha miłością, jaką tylko można obdarzyć zwierzę. Wszystko zaczęło się więc układać bardzo harmonijnie aż do tych dramatycznych dni, które wkrótce miały nastąpić.

Rozstanie
W 1987 r., gdy papież powrócił z kolejnej pielgrzymki do Polski dowiedział się, że Anna została najprawdopodobniej otruta. Zarządzone potajemnie badania toksykologiczne potwierdziły to przypuszczenie. Jan Paweł II wpadł w rozpacz. Wyczuwała to doskonale pozostała przy życiu Teresa. Przejawiała ona też swoim zachowaniem najwyższy niepokój. W tych dniach współpracownicy papieża niemal go w ogóle nie widzieli. Domyślali się, że siedzi z Teresą, patrzą w dal, rozmawiają w ten specyficzny sposób, gdy w medytacji dusza zwierzęcia łączy się z ludzką. O tym, co nastąpiło później, dowiedzieliśmy się dzięki relacji jednego z szwajcarskich gwardzistów.
Został on poproszony o dyskretne przygotowanie samochodu na zwykłych, rzymskich numerach rejestracyjnych. Wsiedli do niego, w cywilnych ubraniach, jedynie ksiądz Stanisław i sam papież, ale ubrany w sposób taki, że nikt nie mógł Go rozpoznać. Podobne wypady incognito zdarzały się Mu często na narty, ale tym razem była to misja specjalna. Karol Wojtyła ściskał kurczowo w ręku wolierę, w której siedziała Teresa. Samochód wyjechał z Watykanu bez żadnej ochrony i ruszył na Zatybrze.
W tej dzielnicy Rzymu mieszkała samotnie polska staruszka o imieniu Wanda. Była wdową po żołnierzu Andersa, który zginął pod Anconą i osiadła na stałe w wiecznym mieście. Znaleźli ją ludzie Sodalitium Pianum i zgodziła się przyjąć pod swój dach Teresę, dla której dalsze przebywanie na terenie Watykanu mogło okazać się zbyt niebezpieczne. Papieżowi było bardzo ciężko się z nią rozstać, ale wiedział, że tak właśnie musi postąpić. Postanowił jej towarzyszyć w tej drodze na Zatybrze, a kiedy staruszka zorientowała się, że jej skromne mieszkanie nawiedził sam namiestnik Chrystusa, mało co nie stała się kolejną ofiarą w tej dziwnej historii. Tak bardzo przeżyła osobiste spotkanie z Karolem Wojtyłą. Pożegnanie papieża z Teresą było krótkie – szybki pocałunek w słodziutką, pluszową główkę i zdecydowane polecenie do księdza: „Idziemy Stasiu”. To, co wydarzyło się następnego dnia, jest ostatnim akordem w tej tajemniczej historii.
Pani Wanda wybrała się na kawę ekspresso do pobliskiego lokalu, który nie był drogi, a do tego piekli tam jeszcze pyszne ciasteczka cantuci. Stoliki były tylko trzy i zazwyczaj nietrudno było znaleźć przy nich miejsce. Tym razem jednak wszystkie miejsca były zajęte. Kiedy Wanda już miała się obrócić i wyjść, od jednego z nich wstał człowiek wyglądający na mnicha, odłożył szklankę z niebieskawym napojem, uśmiechnął się do niej i ustąpił miejsca, po czym wyszedł. Podziękowała, usiadła i cieszyła się wspaniałym, czarnym naparem. Potem zrobiła jeszcze drobne zakupy i wróciła do domu. Nie zastała kota, ale myślała, że wlazł gdzieś do dziury i tam siedzi. Jednak po paru godzinach zaczęła go szukać. Nie znalazła. Wieczorem zadzwoniła na numer kontaktowy, jaki otrzymała od księdza Stanisława, informując go, że rosyjska niebieska koteczka zniknęła bez śladu. Nie znamy reakcji Jana Pawła II na to zdarzenie. Możemy się jej tylko domyślać.

Epilog
W początkach lat 90-tych, gdy upadł komunizm w Europie Środkowo-Wschodniej, do czego papież z Polski wydatnie się przyczynił, a wszelkie sojusze się pozmieniały, w małej parafii pod Lwowem spowiadał się człowiek. Twierdził, że pracował na Akademii Medycznej w Omsku i pomagał w dokonywaniu okrutnych eksperymentów na zwierzętach. Miał tam też ponoć widzieć głowę Teresy zachowanej na pamiątkę przez szalonego docenta, który na potrzeby badań nad sterowaniem ludzką świadomością, uśmiercał tam tysiące zwierzęcych istnień, w tym koty. Twierdził, że w mękach jakie fundowano Teresie, najdłużej gasły jej przenikliwe, zielone oczy. W końcu jednak zgasły. Spowiednik opowiadającego to człowieka okazał się być współpracownikiem Sodalitium Pianum, a więc informacja o tym zdarzeniu dotarła natychmiast do Watykanu. Jeszcze przez wiele lat, rozmaitymi kanałami była ona sprawdzana i nigdy nie została do końca potwierdzona.
Po wielu latach od podróży do Birmy, w małej kawiarence na Zatybrzu ksiądz Stanisław spotkał się ponownie z buddyjskim mnichem i popijali dziwny, niebieski napój o słodkawym smaku. Niewiele o tym spotkaniu wiadomo. Pozostaje jednak faktem, że już kilka dni po nim, do Watykanu wjeżdżała kilkakrotnie limuzyna z izraelskiej ambasady w Rzymie. Czy oznaczało to jakieś negocjacje pomiędzy stronami, a jeśli tak, to co położono na stole? Czy odbywały się jeszcze jakieś spotkania Stanisława z tajemniczym mnichem? Kim tak naprawdę był ten człowiek? Jak to się stało, że gdy ruch samochodów pomiędzy ambasadą Izraela a Watykanem zanikł, nagle po papieskich apartamentach zaczęła wesoło biegać leciwa już bardzo Teresa? Na te wszystkie pytania nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Z dużą dozą prawdopodobieństwa należy jednak założyć, że w Omsku znalazł się zupełnie inny kot, a Teresa przebywała pod opieką najpotężniejszego wywiadu świata. Rosjanie zostali więc przechytrzeni przez Mossad, jak to już nie raz bywało w historii. Jaki dyplomata wjeżdżał do Watykanu w limuzynie z ambasady? Kto i dlaczego otruł Annę? Czy papież przedłożył interes własnej miłości do zwierzęcia nad jakąś ważną sprawę dotyczącą całego kościoła – tego wszystkiego nie wiemy do dziś i watykanolodzy długo będą jeszcze się nad tymi zagadkami zastanawiać. Dla tej opowieści jest jednak interesujące, co takiego tkwiło w dwóch, a potem jednej rosyjskiej kotce niebieskiej, że uganiały się za nią najpotężniejsze wywiady świata? Niewątpliwie ekscytujące jest także to, że niewiele było w historii momentów tak zbliżających do siebie Judaizm i Chrześcijaństwo, jak to jedno słodkie stworzenie o przenikliwych, zielonych oczach.

 

Uwaga – poza faktem posiadania przez Jana Pawła II dwóch rosyjskich kotek niebieskich i kilku historycznych datach i nazwiskach oraz ogólnie znanych, oficjalnych spotkaniach i rozmowach papieża, cała pozostała zawartość opowiadania „Rosyjskie przyjaciółki polskiego papieża” jest wytworem wyobraźni autora.

Dla dorosłych i dla dzieci

A dalej szło – zaczynamy program trzeci. Ten spokojny i zaspany głos Wojciecha Manna, oznajmiał nam kiedyś, o bardzo nieludzkich ZRESZTĄ porach, gdy jeszcze Trójka nie nadawała całą dobę, że właśnie to nadawanie się rozpoczyna. Były to piękne czasy, choć z dzisiejszego punktu widzenia mogą się jawić jako nieco siermiężne. Jednak to właśnie wtedy Trójka była w czołówce mediów kreujących w Polsce kulturę, tą tak zwaną wysoką. Do tego przyczyniał się niewątpliwie ten właśnie legendarny prezenter.
Trójki obecnie prawie nie słucham, ale kiedy wiem, że na antenie jest jego audycja, włączam radio. Łapię się wtedy na tym, że nawet gdy gra on coś, co raczej na pewno mi nie podejdzie, to i tak uważnie słucham, bo zawsze się czegoś nowego dowiem o muzyce lub przynajmniej usłyszę ten frapujący, nieco zaspany głos, przypominający mi o świetności radia PUBLICZNEGO, jego prymatu nad telewizją i czasach, W KTÓRYCH teatr wyobraźni odgrywał naprawdę dużą rolę. Dostojnemu jubilatowi chciałbym więc powiedzieć, że są wciąż tacy, którzy to właśnie pamiętają. Myślę, że pamięć ta jest ważna szczególnie teraz. Wszystkiego dobrego Panie Wojciechu.

Erasmus+ dla ekstremalnej młodzieży

Wróciłem właśnie z konferencji międzynarodowej w Hiszpanii, na której dyskutowaliśmy o inkluzywnych uniwersytetach. W idei tej chodzi o niewykluczanie nikogo z procesu kształcenia na podstawie cech takich jak niepełnosprawność, płeć, pochodzenie, wiek itd. Jedynym kryterium, którym powinniśmy się kierować są ludzkie talenty, a te są niezależne od tych cech, po prostu są albo ich nie ma i jeśli występują, obowiązkiem uczelni jest spowodowanie, aby kwitły i przynosiły korzyść osobom je posiadającym oraz społeczeństwu. Piękna i logicznie uzasadniona idea, prawda? Ciekawe, dlaczego bywa tak trudna w realizacji.
Do idei inkluzywnych uniwersytetów będę tu powracał często, jednak z samą konferencją wiąże się pewne spostrzeżenie, jakie poczyniła moja współpracowniczka. Okazało się bowiem, że z naszymi słowiańskimi rysami, byliśmy wśród publiczności zdecydowaną mniejszością. Widać było ewidentnie, że nie pochodzimy z tej części Europy. Nie stanowiło to tam żadnego problemu, ale przecież mogło. Naturalnie nie pierwszy raz znalazłem się w takiej sytuacji, ale bardzo wyraźnie, w kontekście tego, co dzieje się w moim kraju, uświadomiłem sobie, jak ważne może być doświadczenie bycia przedstawicielem mniejszości wśród większości. Kiedy szanowane jest nasze pochodzenie, wszystko jest normalnie, kiedy jednak już ktoś zerka z ukosa, zaczynamy się czuć źle, a co dopiero, gdy padają obelżywe komentarze lub wprost łamane są nasze prawa.
Dlatego pomyślałem sobie, że program Erasmus+, dzięki któremu miliony młodych Europejczyków wyjeżdżają z rodzimego kraju, aby pobyć w innym, studiując na wybranym przez siebie uniwersytecie, powinien zawierać jakiś komponent dla trudnej młodzieży, albo nawet wprost dla grup ekstremalnych, oczywiście z zastrzeżeniem, że wyjeżdżający mogą mieć poglądy dyskryminujące, ale podczas pobytu nie wolno wdrażać im ich w życie. Myślę, że kiedy taki nasz ONR-owiec choć  raz znalazłby się w sytuacji bycia tym „innym”, może przemówiłoby to do niego, może coś miałby szansę zrozumieć, może dostrzegłby inną perspektywę niż owo „White united” czy też „Polska dla Polaków”.
Poglądów nie mogliby na serio wdrażać, ale w zamian dopuszczone byłyby jakieś performance. Przykładowo grupa Hiszpanów paliłaby ONR-owcom ich flagi wykrzykując, że Hiszpania tylko dla Hiszpanów, Portugalczycy wystrzeliwaliby w ich kierunku race, całkiem wyjątkowo potwierdzając okrzyki Hiszpanów, a grupa Polaków broniłaby się krzycząc, że może jest ich mniej, ale też mają prawo do życia w Europie. Jeśli po takim doświadczeniu, wszystkie te grupki nie zbratałyby się w jakiejś pobliskiej knajpie i nie zrozumiałyby istoty rzeczy, to prawdopodobnie nic im i tak już nie pomoże. Wobec tego, dlaczego nie spróbować takiego lekarstwa na młodzieńcze oszołomienie nacjonalizmami, co niniejszym polecam uwadze narodowych agencji, a właściwie kreatorom programu Erasmus+ z Brukseli.

Kto tę Polskę pozszywa?

Wczoraj w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie uczestniczyłem w debacie filozofów – profesora Aleksandra Bobko i profesora Tadeusza Gadacza. Dyskutowali oni o myśli tischnerowskiej, jej aktualności w obecnej sytuacji Polski, jak sugerował prof. Gadacz, czy też braku tych związków, jak argumentował prof. Bobko.

Temperatura sporu w wypełnionej po brzegi sali sięgała momentami zenitu, zwłaszcza biorąc pod uwagę reakcje publiczności. Szacunek należy się tu profesorowi Bobko, który chcąc nie chcąc, bronił aktualnych posunięć rządu i jego polityki, a publiczność na sali z tą polityką bynajmniej nie sympatyzowała. Dla mnie osobiście, bardzo ciekawym wątkiem dyskusji był spór o tischnerowską Etykę solidarności. Prof. Gadacz widzi w niej myśli, z których pełnymi garściami możemy obecnie czerpać, prof. Bobko uznał natomiast tę pracę za genialną, ale raczej historyczną.

Wzruszające i piękne były cytaty wybranych myśli księdza profesora Tischnera, które spokojnym i głębokim głosem odczytywał prof. Tadeusz Gadacz. A to swoją zabawnością, a to brutalną prawdziwością, uderzały w nas kolejne wady narodowe Polaków, które przytaczał z Jego prac.
Pamiętam ciepły i głęboki głos Tischnera. Tadeusz Gadacz w żadnym razie nie usiłował się nań stylizować, był w tym swoim czytaniu niezmiernie naturalny, zanurzony jakby w myślach mistrza. Mnie jednak wydawało się, że sam ten mistrz przemawia do nas tego wieczoru w charakterystyczny dla siebie sposób i publiczność reagowała tak, jak dawniej – cisza i refleksja panowała podczas poważnych myśli filozoficznych, a salwy śmiechu wybuchały po przytoczonych anegdotach.

Dałem się ponieść temu swoistemu wywoływaniu tischnerowskiego ducha, zarówno tam na sali, jak i potem w domu. Pozostało we mnie wiele refleksji, nad którymi rozmyślałem jeszcze długo w nocy i które rozważam do teraz, bo obudziłem się dziś jakby z Tischnerem w głowie. Przeczytam zapewne w najbliższych dniach ponownie Etykę solidarności, aby poszukać w niej czegoś nowego, być może znaleźć własne odpowiedzi na pytanie, czy i które z tych myśli można zastosować do rozwiązania przynajmniej części polskich problemów. Sądzę bowiem, że wszystkim uczestnikom spotkania, a mnie na pewno, jak dzwon dudni w głowie pytanie powtórzone kilkakrotnie przez Tadeusza Gadacza – kto tę Polskę po tym wszystkim pozszywa? Kto ją pozszywa?

Odpowiedzi, które się w pierwszej kolejności nasuwają, są tak przerażające lub beznadziejne, że pocieszenia warto szukać w anegdocie. Jest ona wzięta z życia, jak to często z anegdotami bywa. Chyba też takie opowiadał najchętniej sam mistrz Józef Tischner. On też jest jej bohaterem.

Długo jechaliśmy taksówką poza Kraków, bo nasze małe radyjko ulokowane było poza granicami miasta, a mówiąc wprost, była to po prostu wieś. Moje spięcie w kontakcie z wielkim filozofem natychmiast ustąpiło właśnie w wyniku opowiadania sobie anegdot. Jednak, gdy wysiedliśmy pod radiem, wyrósł przed nami świeżo zakupiony radiowy polonez, na dachu którego siedział tyłem do nas technik, który mocował antenę nadawczą. Klął przy tym w sposób tak wymyślny i siarczysty, że podobnych konstrukcji wyrazowych do tej pory nie słyszałem i myślę, że nasz gość tym bardziej nie. Technikowi nie dało się w żaden sposób pokazać, żeby się na moment choćby uciszył. Znaleźliśmy się tym samym w sytuacji, w której pierwszą wizytę Tischnera w naszym radiu rozpoczynamy od powitania Go stekiem najprzemyślniejszych wulgaryzmów. Nie bardzo wiedziałem, co zrobić, coś tam mówiłem, że kolega się chyba zdenerwował tą anteną. Wszystko rozładował natychmiast sam profesor, przystając, rozglądając się po okolicy i mówiąc: „Aleście się w tych kapustach tu ulokowali”. Potem powiedział jeszcze komuś mało religijnie aktywnemu, że „na stosiku go podpieczemy troszeczkę” i już wkrótce mogliśmy spokojnie zakładać klub tischnerowski niezależnie od światopoglądu jego członków. Jeden z kolegów ateistów powiedział mi: „Tischnera to lubię, bo mówi do mnie dzień dobry, a nie Niech będzie pochwalony”.

Mnie się więc wydaje, że Tischner łączył ludzi. Nie mogę jednak nie zauważać, że już wtedy był „księdzem na manowcach”. Wczoraj też mi się wydawało, że uważa tak zarówno prof. Bobko, który wielokrotnie powtarzał, iż Tischner w latach 90-tych po prostu się mylił, jak i część publiczności, niewielka część, ale jednak. Jeśli ten pogląd przyjmiemy i nie Etyka solidarności może być jakimś dla nas drogowskazem, jeśli postać taka jak Tischner nie łączyła i nie łączy nadal Polaków, to co lub kto może ich połączyć i tę Polskę pozszywać?
Z tym pytaniem chciałbym dziś Państwa zostawić i namówić do lektury książek mistrza. Jest ich wiele i każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli nawet nie ma w nich odpowiedzi na to jedno, dudniące jak dzwon pytanie, to z całą pewnością znajdziecie w nich Państwo odpowiedzi na inne dylematy oraz wiele myśli, do których będziecie chcieli stale powracać. A ja chciałbym, żeby kiedyś w Teatrze Słowackiego ktoś tak po prostu poczytał nam Tischnera na żywo, bez dodatkowej dyskusji, bez sporów i podziałów politycznych, tylko my i Tischner. Może mógłby to zrobić właśnie profesor Tadeusz Gadacz?