Dla dorosłych i dla dzieci

A dalej szło – zaczynamy program trzeci. Ten spokojny i zaspany głos Wojciecha Manna, oznajmiał nam kiedyś, o bardzo nieludzkich ZRESZTĄ porach, gdy jeszcze Trójka nie nadawała całą dobę, że właśnie to nadawanie się rozpoczyna. Były to piękne czasy, choć z dzisiejszego punktu widzenia mogą się jawić jako nieco siermiężne. Jednak to właśnie wtedy Trójka była w czołówce mediów kreujących w Polsce kulturę, tą tak zwaną wysoką. Do tego przyczyniał się niewątpliwie ten właśnie legendarny prezenter.
Trójki obecnie prawie nie słucham, ale kiedy wiem, że na antenie jest jego audycja, włączam radio. Łapię się wtedy na tym, że nawet gdy gra on coś, co raczej na pewno mi nie podejdzie, to i tak uważnie słucham, bo zawsze się czegoś nowego dowiem o muzyce lub przynajmniej usłyszę ten frapujący, nieco zaspany głos, przypominający mi o świetności radia PUBLICZNEGO, jego prymatu nad telewizją i czasach, W KTÓRYCH teatr wyobraźni odgrywał naprawdę dużą rolę. Dostojnemu jubilatowi chciałbym więc powiedzieć, że są wciąż tacy, którzy to właśnie pamiętają. Myślę, że pamięć ta jest ważna szczególnie teraz. Wszystkiego dobrego Panie Wojciechu.

Erasmus+ dla ekstremalnej młodzieży

Wróciłem właśnie z konferencji międzynarodowej w Hiszpanii, na której dyskutowaliśmy o inkluzywnych uniwersytetach. W idei tej chodzi o niewykluczanie nikogo z procesu kształcenia na podstawie cech takich jak niepełnosprawność, płeć, pochodzenie, wiek itd. Jedynym kryterium, którym powinniśmy się kierować są ludzkie talenty, a te są niezależne od tych cech, po prostu są albo ich nie ma i jeśli występują, obowiązkiem uczelni jest spowodowanie, aby kwitły i przynosiły korzyść osobom je posiadającym oraz społeczeństwu. Piękna i logicznie uzasadniona idea, prawda? Ciekawe, dlaczego bywa tak trudna w realizacji.
Do idei inkluzywnych uniwersytetów będę tu powracał często, jednak z samą konferencją wiąże się pewne spostrzeżenie, jakie poczyniła moja współpracowniczka. Okazało się bowiem, że z naszymi słowiańskimi rysami, byliśmy wśród publiczności zdecydowaną mniejszością. Widać było ewidentnie, że nie pochodzimy z tej części Europy. Nie stanowiło to tam żadnego problemu, ale przecież mogło. Naturalnie nie pierwszy raz znalazłem się w takiej sytuacji, ale bardzo wyraźnie, w kontekście tego, co dzieje się w moim kraju, uświadomiłem sobie, jak ważne może być doświadczenie bycia przedstawicielem mniejszości wśród większości. Kiedy szanowane jest nasze pochodzenie, wszystko jest normalnie, kiedy jednak już ktoś zerka z ukosa, zaczynamy się czuć źle, a co dopiero, gdy padają obelżywe komentarze lub wprost łamane są nasze prawa.
Dlatego pomyślałem sobie, że program Erasmus+, dzięki któremu miliony młodych Europejczyków wyjeżdżają z rodzimego kraju, aby pobyć w innym, studiując na wybranym przez siebie uniwersytecie, powinien zawierać jakiś komponent dla trudnej młodzieży, albo nawet wprost dla grup ekstremalnych, oczywiście z zastrzeżeniem, że wyjeżdżający mogą mieć poglądy dyskryminujące, ale podczas pobytu nie wolno wdrażać im ich w życie. Myślę, że kiedy taki nasz ONR-owiec choć  raz znalazłby się w sytuacji bycia tym „innym”, może przemówiłoby to do niego, może coś miałby szansę zrozumieć, może dostrzegłby inną perspektywę niż owo „White united” czy też „Polska dla Polaków”.
Poglądów nie mogliby na serio wdrażać, ale w zamian dopuszczone byłyby jakieś performance. Przykładowo grupa Hiszpanów paliłaby ONR-owcom ich flagi wykrzykując, że Hiszpania tylko dla Hiszpanów, Portugalczycy wystrzeliwaliby w ich kierunku race, całkiem wyjątkowo potwierdzając okrzyki Hiszpanów, a grupa Polaków broniłaby się krzycząc, że może jest ich mniej, ale też mają prawo do życia w Europie. Jeśli po takim doświadczeniu, wszystkie te grupki nie zbratałyby się w jakiejś pobliskiej knajpie i nie zrozumiałyby istoty rzeczy, to prawdopodobnie nic im i tak już nie pomoże. Wobec tego, dlaczego nie spróbować takiego lekarstwa na młodzieńcze oszołomienie nacjonalizmami, co niniejszym polecam uwadze narodowych agencji, a właściwie kreatorom programu Erasmus+ z Brukseli.

Kto tę Polskę pozszywa?

Wczoraj w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie uczestniczyłem w debacie filozofów – profesora Aleksandra Bobko i profesora Tadeusza Gadacza. Dyskutowali oni o myśli tischnerowskiej, jej aktualności w obecnej sytuacji Polski, jak sugerował prof. Gadacz, czy też braku tych związków, jak argumentował prof. Bobko.

Temperatura sporu w wypełnionej po brzegi sali sięgała momentami zenitu, zwłaszcza biorąc pod uwagę reakcje publiczności. Szacunek należy się tu profesorowi Bobko, który chcąc nie chcąc, bronił aktualnych posunięć rządu i jego polityki, a publiczność na sali z tą polityką bynajmniej nie sympatyzowała. Dla mnie osobiście, bardzo ciekawym wątkiem dyskusji był spór o tischnerowską Etykę solidarności. Prof. Gadacz widzi w niej myśli, z których pełnymi garściami możemy obecnie czerpać, prof. Bobko uznał natomiast tę pracę za genialną, ale raczej historyczną.

Wzruszające i piękne były cytaty wybranych myśli księdza profesora Tischnera, które spokojnym i głębokim głosem odczytywał prof. Tadeusz Gadacz. A to swoją zabawnością, a to brutalną prawdziwością, uderzały w nas kolejne wady narodowe Polaków, które przytaczał z Jego prac.
Pamiętam ciepły i głęboki głos Tischnera. Tadeusz Gadacz w żadnym razie nie usiłował się nań stylizować, był w tym swoim czytaniu niezmiernie naturalny, zanurzony jakby w myślach mistrza. Mnie jednak wydawało się, że sam ten mistrz przemawia do nas tego wieczoru w charakterystyczny dla siebie sposób i publiczność reagowała tak, jak dawniej – cisza i refleksja panowała podczas poważnych myśli filozoficznych, a salwy śmiechu wybuchały po przytoczonych anegdotach.

Dałem się ponieść temu swoistemu wywoływaniu tischnerowskiego ducha, zarówno tam na sali, jak i potem w domu. Pozostało we mnie wiele refleksji, nad którymi rozmyślałem jeszcze długo w nocy i które rozważam do teraz, bo obudziłem się dziś jakby z Tischnerem w głowie. Przeczytam zapewne w najbliższych dniach ponownie Etykę solidarności, aby poszukać w niej czegoś nowego, być może znaleźć własne odpowiedzi na pytanie, czy i które z tych myśli można zastosować do rozwiązania przynajmniej części polskich problemów. Sądzę bowiem, że wszystkim uczestnikom spotkania, a mnie na pewno, jak dzwon dudni w głowie pytanie powtórzone kilkakrotnie przez Tadeusza Gadacza – kto tę Polskę po tym wszystkim pozszywa? Kto ją pozszywa?

Odpowiedzi, które się w pierwszej kolejności nasuwają, są tak przerażające lub beznadziejne, że pocieszenia warto szukać w anegdocie. Jest ona wzięta z życia, jak to często z anegdotami bywa. Chyba też takie opowiadał najchętniej sam mistrz Józef Tischner. On też jest jej bohaterem.

Długo jechaliśmy taksówką poza Kraków, bo nasze małe radyjko ulokowane było poza granicami miasta, a mówiąc wprost, była to po prostu wieś. Moje spięcie w kontakcie z wielkim filozofem natychmiast ustąpiło właśnie w wyniku opowiadania sobie anegdot. Jednak, gdy wysiedliśmy pod radiem, wyrósł przed nami świeżo zakupiony radiowy polonez, na dachu którego siedział tyłem do nas technik, który mocował antenę nadawczą. Klął przy tym w sposób tak wymyślny i siarczysty, że podobnych konstrukcji wyrazowych do tej pory nie słyszałem i myślę, że nasz gość tym bardziej nie. Technikowi nie dało się w żaden sposób pokazać, żeby się na moment choćby uciszył. Znaleźliśmy się tym samym w sytuacji, w której pierwszą wizytę Tischnera w naszym radiu rozpoczynamy od powitania Go stekiem najprzemyślniejszych wulgaryzmów. Nie bardzo wiedziałem, co zrobić, coś tam mówiłem, że kolega się chyba zdenerwował tą anteną. Wszystko rozładował natychmiast sam profesor, przystając, rozglądając się po okolicy i mówiąc: „Aleście się w tych kapustach tu ulokowali”. Potem powiedział jeszcze komuś mało religijnie aktywnemu, że „na stosiku go podpieczemy troszeczkę” i już wkrótce mogliśmy spokojnie zakładać klub tischnerowski niezależnie od światopoglądu jego członków. Jeden z kolegów ateistów powiedział mi: „Tischnera to lubię, bo mówi do mnie dzień dobry, a nie Niech będzie pochwalony”.

Mnie się więc wydaje, że Tischner łączył ludzi. Nie mogę jednak nie zauważać, że już wtedy był „księdzem na manowcach”. Wczoraj też mi się wydawało, że uważa tak zarówno prof. Bobko, który wielokrotnie powtarzał, iż Tischner w latach 90-tych po prostu się mylił, jak i część publiczności, niewielka część, ale jednak. Jeśli ten pogląd przyjmiemy i nie Etyka solidarności może być jakimś dla nas drogowskazem, jeśli postać taka jak Tischner nie łączyła i nie łączy nadal Polaków, to co lub kto może ich połączyć i tę Polskę pozszywać?
Z tym pytaniem chciałbym dziś Państwa zostawić i namówić do lektury książek mistrza. Jest ich wiele i każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli nawet nie ma w nich odpowiedzi na to jedno, dudniące jak dzwon pytanie, to z całą pewnością znajdziecie w nich Państwo odpowiedzi na inne dylematy oraz wiele myśli, do których będziecie chcieli stale powracać. A ja chciałbym, żeby kiedyś w Teatrze Słowackiego ktoś tak po prostu poczytał nam Tischnera na żywo, bez dodatkowej dyskusji, bez sporów i podziałów politycznych, tylko my i Tischner. Może mógłby to zrobić właśnie profesor Tadeusz Gadacz?

Rekonstrukcja, ale czego?

Wszyscy od wczoraj przez wszystkie możliwe przypadki  odmieniają słowo „rekonstrukcja”. Może od nieco innej strony, ale i ja chciałbym podejść do tego tematu.
Dziś pojawiła się wiadomość o byłym już ministrze, którego limuzyna zaparkowała na miejscu dla osób niepełnosprawnych. Zupełnie niedawno inna limuzyna członka tego rządu zaparkowała w podobny sposób. Wydarzyło się to kilkukrotnie jeszcze wcześniej i wydarzy się kilkukrotnie później. Sprawa nie ma zresztą konkretnych barw politycznych – zdarzało się to za poprzedników obecnie rządzących i będzie się zdarzać ich następcom. Jeden z parkujących w ten sposób polityków skomentował całą rzecz następująco: „Miejsca znaczone miejscami znaczonymi, ale trzeba mieć też zdrowy rozsądek”.
Wszak za parkowanie rządowych limuzyn odpowiada Biuro Ochrony Rządu i łatwo byłoby to na nich scedować i tego od nich wymagać. Po co jednak, skoro sprawa nie ma żadnej mocy politycznej, więc nie trzeba starać się o te marne głosy tych „nieistotnych ludzi”. Wierzę więc w tym przypadku w szczerość wytłumaczenia zaistniałej sytuacji. Sprawa jest tak marginalna politycznie, że warto nawet tym razem powiedzieć prawdę.
W kraju, w którym uważa się, że nauczyliśmy inne nacje posługiwać się widelcem, politycy nie zadają sobie najmniejszego wysiłku, aby okazać zachowania zgodne z rozwojem cywilizacyjnym i naśladować w tej materii koleżanki i kolegów, których kiedyś ucywilizowaliśmy. Chyba że uważamy, że ich zachowania są nieodpowiednie i tym samym, poprzez te limuzyny i ich parkowanie, uczymy Francuzów i inne nacje, co naprawdę należy myśleć o osobach niepełnosprawnych i ich potrzebach.
Tym zrekonstruowanym i tym, którzy po rekonstrukcji zasiądą w swoich limuzynach życzę rekonstrukcji swojego myślenia, jeśli już nie co do miejsc parkingowych, to przynajmniej co do osób ich potrzebujących. Pamiętajcie, że te osoby to też suweren. Pamiętajcie też, że Wy i Wasi bliscy mogą kiedyś tych miejsc także potrzebować, a Wasi następcy, w pięknych, rządowych limuzynach będą je Wam zajmować mówiąc: „miejsca miejscami, ale trzeba mieć też zdrowy rozsądek”.

Piwo niewolnicy

Rys. Lech Kolasiński

W Polsce aresztowano niedawno matkę niepełnosprawnego dziecka zależnego od urządzeń podtrzymujących życie. Matka nie zauważyła, że dziecku wypadła rurka łącząca je z maszyną, a to było bezpośrednią przyczyną jego śmierci. Inna matka, która opiekowała się dzieckiem w podobnym stanie, poszła do sklepu zrobić zakupy i pośród wielu produktów w jej koszyku znalazło się piwo. Nie uszło to uwagi czujnego sąsiada. Od razu wypomniał wyrodnej matce, że chodzi po sklepach za alkoholem zamiast opiekować się dzieckiem. Ta broniąc się, tłumaczyła mu, że kupiła piwo dla kogoś, a nie dla siebie.

Jeszcze inna matka pisze w sieci bloga, na którym opisuje swoje codzienne zmagania, aby stale leżącemu dziecku móc zapewnić odpowiednie wsparcie. Ze swadą relacjonuje rozmaite przygody z osobami indywidualnymi i instytucjami, które w teorii powinny stanowić profesjonalne zaplecze dla rodziców dzieci ze znaczną niepełnosprawnością. Tak się jednak w praktyce nie dzieje lub wsparcie to jest dalece niewystarczające, aby rodzina mogła normalnie funkcjonować. W ten sposób skonstruowana polityka społeczna, a raczej jej karykatura, skazuje tę i podobne jej matki na całkowitą rezygnację z siebie, z własnego życia nie tylko zawodowego, ale także prywatnego, z wszelakich przyjemności, z których korzystają inni ludzie – z mody, z kultury, z wyjeżdżania na wakacje, także z wypicia jednego choćby piwa. Matka blogerka określa tę sytuację jednoznacznie – to współczesne niewolnictwo, usankcjonowane przez państwo polskie. Ma rację.

To ją i inne matki niepełnosprawnych dzieci prezydent Polski nazwał bohaterkami podczas swojego wystąpienia z okazji Święta Konstytucji 3 maja. Jego małżonka, deklarowała w związku z Międzynarodowym Dniem Osób Niepełnosprawnych, że „tym wyjątkowym osobom warto pomagać”. W przypadku dzieci podłączonych na stałe do urządzeń medycznych pomaganie to leży głównie w rękach ich matek. Pomimo górnolotnych oświadczeń z okazji takich czy innych świąt, w ślad za nimi nie idą żadne konkretne pomysły na stworzenie długofalowych i dobrze finansowanych systemów wsparcia potrzeb matek w związku z opieką nad niepełnosprawnymi dziećmi. Systemy takie, oparte na pomocy asystentów osobistych, są znane i od lat obecne w polityce społecznej wielu europejskich państw, my w Polsce ograniczamy się jednak do pięknych słów, które zazwyczaj muszą matkom wystarczyć. Czasem takie słowa są potrzebne, bo stanowią iskrę, która rozpala zmiany. Puste deklaracje potęgują natomiast frustracje, bo wygłaszane były już tyle razy, przez tylu polityków, z tylu rozmaitych opcji, przy tylu okazjach, że na samo brzmienie tych frazesów można dostać mdłości.

Jednak politycy mogą spokojnie to robić dalej, bez żadnej obawy, że taka lub inna niewolnica wyjdzie i będzie protestować, domagać się systemu wsparcia, prosić o asystentów, tłumaczyć, że jej dyżur przy niepełnosprawnym dziecku jest jak praca. Niewolnica jest bowiem stale na uwięzi. Dzień i noc czuwa przy swoim dziecku, dogląda go, przewróci na drugą stronę. Czasem zastąpi ją mąż, który musi pracować, aby zarobić i na dziecko i na niewolnicę. Zdarza się jednak, że mąż ją opuści, bo chce żyć inaczej albo nie daje już rady. Ona musi pozostać na tej swojej reducie, bezustannie trwać. Jest niezłomna, wytrwała, niezmiennie kochająca, bo chodzi tu przecież o godność jej samej i godność jej dziecka.
To właśnie na tych odczuciach i siłach życiowych matki żerują politycy każdego szczebla i każdej opcji politycznej oraz inspirujący ich ideologowie. To kosztem tych matek i ich niewolniczej pracy trzyma się „system wsparcia” dzieci zależnych od pomocy innych. Tak, to one są słynnymi Matkami Polkami, od których ci politycy i wielu innych ludzi oczekuje najwyższego heroizmu – decyzji o urodzeniu dziecka z tak znaczną niepełnosprawnością, a potem opiekowania się nim przez całe swoje życie. Oczekiwanie to jest zgodne z postrzeganiem roli kobiety w polskim społeczeństwie, a zatem przychodzi tym ludziom bez trudu. Nie powinno więc budzić żadnego zdziwienia, że według nich wszystkich niewolnicy nie wolno wypić nawet jednego piwa. Co na to ludzie powiedzą – ona ma takie chore dziecko, a oddaje się przyjemnościom.

Czuje to i może nawet akceptuje sama niewolnica. Dlatego mówi, że kupiła je nie dla siebie. Musi się tłumaczyć byle sąsiadowi, któremu wedle przyjętego modelu kulturowego wolno iść i schlać się z kolegami na umór, potem kogoś zwyzywać na ulicy, a własnej żonie zrobić w domu karczemną awanturę. To wszystko mu wolno, jednak ten sam sąsiad ma moralne prawo a nawet obowiązek obywatelski, aby wytknąć jedno piwo Matce Polce. Czuje się wtedy lepszym człowiekiem.

Gdy taka matka czegoś nie dopatrzy, o czymś zapomni, raczej nikt jej nie pomoże. Kto chciałby brać odpowiedzialność za sytuację z tak niepełnosprawnym dzieckiem w tle? Kto chciałby mieć jakieś kłopoty z tym związane? Kiedy może ze zmęczenia nie dopatrzy, że dziecku wypadła rurka i dojdzie do najgorszego, przyjedzie prokurator i policja i po prostu ją aresztują.

Dlatego niewolnica zawsze jest sama. Nie ma koleżanek, przyjaciółek, bo cały czas czuwa. Czasem, jeśli jeszcze ma siłę pisać bloga ktoś da lajka na Facebooku, ktoś zadzwoni, ale to rzadziej, bo telefon kosztuje więcej wysiłku. Niewolnica pozostaje więc z dzieckiem i swoimi myślami. Często z tym dzieckiem porozmawiać nie może, więc rozmyśla. Najczęściej są to myśli związane z przyszłością syna lub córki. Czasami zechce się nimi podzielić na swoim blogu i stąd dokładnie wiemy, jakie one są – co będzie jak ona lub jej mąż zachoruje, zestarzeją się, któreś z nich straci pracę, jak umrze. Co wtedy stanie się z jej dzieckiem?

Mijają dni, miesiące. Przyjdzie kolejne święto, znowu prezydent powie coś o jej bohaterstwie. Mijają dni i miesiące, przyjdzie kolejne święto, zmieni się polityk i coś dobrego o niej powie. Mijają dni i miesiące, matka już nie jest silna i zdrowa. Mijają lata, wygasa ten czy tamten blog. W ich miejsce pojawiają się kolejne blogi pisane przez współczesne niewolnice – Matki Polki.

Dzwony w petardach i Zenek

W felietonie o Julku pisałem o tym, że bardzo lubił „Dzwony rurowe”. Ja też bardzo je lubię. Jednak czas leci i kiedy się teraz pyta młodych ludzi o „Dzwony rurowe” Mike’a Oldfielda, z reguły nie wiedzą o co i o kogo chodzi. Jest to zapewne proces naturalny, pojawiają się nowe fascynacje, inni artyści, zmienia się moda. Toteż przyzwyczaiłem się do tego, iż o czymś takim jak „Dzwony rurowe” mogę sobie porozmawiać na imprezie starych zgredów z mojego pokolenia, albo jeszcze starszych.
Osiedle, na którym mieszkam, jest jednak relatywnie młode, biorąc pod uwagę wiek ludzi żyjących w pobliskich blokach. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy w sylwestrową noc, wracając z niesamowitego koncertu Agi Zaryan, której na scenie towarzyszyła wspaniała orkiestra, nagle usłyszeliśmy z jednego okna rytmy zupełnie inne, niż z pozostałych. Były to właśnie „Dzwony rurowe”. Brzmiały pięknie i dostojnie wśród przerażającego, nie tylko dla zwierząt, okropnego dźwięku petard wybuchających to tu to tam, jednostajnie tępo i przez cały czas. Czy macie czasem Państwo wrażenie, że wśród ogólnej beznadziei i frustracji, wśród mało interesujących spraw i ludzi, spotykacie nagle bratnią duszę? To niezwykle miłe uczucie. Od razu pomyślałem, że w tym mieszkaniu jest ktoś, kogo chciałbym poznać.
W tym czasie TVP prezentowała ponoć niejakiego Zenka Martyniuka, a jeśli nawet nie tego wieczoru, to często to robi i jest on podobno jedną z największych gwiazd muzycznych w Polsce. Jeszcze nie tak dawno zupełnie nie wiedziałem o kogo chodzi, ale ponieważ tu i tam słyszałem nazwisko, zapytałem w końcu moich niezawodnych koleżanek z pracy, kto to jest ten Zdenek. One poprawiły mnie, że Zenek i wszystko wyjaśniły. Potem rozmawiałem z wybitnym artystą, którego nazwisko w żaden sposób nie może równać się popularnością z zenkowym i on mi ten portret uzupełnił.
Na blogu o pięknie różnorodności przyjmuję ze spokojem informację, że istnieje ktoś taki jak Zenek i uwielbiają go miliony moich rodaków. Nie po raz pierwszy znalazłem się w klubie mniejszości i zdążyłem do tego przywyknąć, a nawet nie czuć się z tego powodu gorzej. Popularny Zenek wybaczy mi z całą pewnością, że tu polecę coś niszowego w stosunku do jego twórczości. Będą to właśnie „Dzwony rurowe” Oldfielda. To album ponadczasowy, więc wierzę, że mogą go dla siebie odkryć młodzi ludzie i jeśli tak się stanie, muzyka ta zostanie z nimi na zawsze. Gdyby zdarzyło się to dzięki temu wpisowi, następnym razem, gdy będziecie słuchać tych szlachetnych dźwięków wśród zgiełku petard, w jakąś noc sylwestrową, wyjrzyjcie przez okno. Jeśli zobaczycie starszego człowieka wsłuchującego się w to, co puszczacie, pomachajcie mu przyjaźnie, bo to Wasza bratnia dusza.