Przybrana siostra Krakowa

Lodowa Huta, zdjęcia na ścianie lodziarni.

Lodowa Huta, zdjęcia na ścianie przemiłej lodziarni

Tę podróż sentymentalną wywołały lody, których jeszcze nie próbowaliśmy, a dziś była ku temu okazja. Ich promocja na Facebooku naprawdę nas zachęciła, bo wyglądały na prawdziwe. Przy okazji jednak, warto było odbyć spacer po starych śmieciach.
Wysiedliśmy pod Arką, przy ohydnym pomniku Jana Pawła II. Brzydszy jest już może tylko ten w Rzymie, a może wcale nie, może paskudnych i nieprzypominających naszego rodaka monumentów istnieje o wiele więcej, powstają przecież jak grzyby po deszczu i nie możemy wszystkich znać. Potem jedenastka – szkoła z klasą, przeczytaliśmy. Mam nadzieję, że chodzą tam teraz równie fajni ludzie jak kiedyś. Kadra się zapewne nieco zmieniła. Zmarł rok temu jeden z naszych profesorów z tamtych lat.
Na szlaku wielu dawnych wędrówek puste lokale, byle jakie sklepy, ciucholandy, wszystko dziś pozamykane. O, jeden sklep był od zawsze, od lat 80-tych i wciąż jest – ten z lampami. Jeśli mowa o latach 80-tych, to Gwiezdne wojny, Imperium kontratakuje, ale także Jak rozpętałem II Wojnę Światową oglądało się tu w kilku kinach – Sfinks, Świt i Światowid. Istnieje tylko to pierwsze, a w Świcie znajduje się Tesco. Kto był wie, kto nie był, może łatwo sprawdzić, że architektura tych kin jest wyjątkowa. Ulokował się w jednym z nich supermarket. Może tylko Tesco chciało o to miejsce zadbać, choćby w taki sposób, że zrobią tam swój sklep, bo inaczej też stałoby puste?
Na pętli autobusowej, skąd jeździłem do jedenastki, były zapiekanki. Całe osiedle na nie chodziło. W latach 80-tych nie było mnie na nie stać, ale potem zostałem ministrantem i zarabiałem sporo pieniędzy na kolędach. Kupowałem wtedy mnóstwo tych zapiekanek. Czasem stawiałem je dzieciom, które nie miały kasy. Teraz w miejscu zapiekanek są alkohole, ale dziś były zamknięte.
Mało ludzi, nikt prawie nie chodzi, ale pod Lodową Hutą kolejka całkiem spora. Warto było stać. Śmietanka, kawa z rumem i beza z malinami – to był mój wybór. Takich lodów nie było ani w latach 80-tych, ani 90-tych, ani później. Ktoś po prostu umie je kręcić. Przy lodach są dzieci, całe rodziny, biznes się udał. To naprawdę fajnie, że coś takiego tu prosperuje. Pamiętam tak zwane lody włoskie przy Stylowej, jeszcze z lat 80-tych i jakkolwiek mam do nich ogromny sentyment, to jednak nie smakowały one tak dobrze. To dziwne, bo większość smaków z tamtych czasów nieźle się kojarzy i chętnie się do nich wraca, a lody, te akurat są lepsze dziś. Te Huta mają czarne rożki, ciekawe, czym zabarwione. A lokal ozdabia zdjęcie niezapomnianego pomnika, którego wtedy bardzo nie chcieliśmy, a teraz byłby atrakcją turystyczną i może ożywiał ruch turystyczny w tej dzielnicy.
Z lodami w dłoniach przeszliśmy Placem Centralnym, dziś Ronalda Reagana. Pustek i byle jakich sklepów, w większości zamkniętych ciąg dalszy. Trochę ludzi na łąkach i bardzo dużo przy jednym z nielicznych, ale otwartych monopolowych. Boże Ciało, jak każde polskie święto, warto solidnie opić.
Komuniści zaplanowali ją jako osobne miasto, konkurencyjne dla Krakowa. Zapełniła ją wtedy ludność napływowa. W moim przypadku z okolic Rzeszowa i Radomia. Usiana jest socrealistyczną, ale ciekawą architekturą. ma szerokie przejezdne ulice i dużo zieleni. Tętniła życiem, gdy pojawiały się kolejne pokolenia, choć wiele z nich przenosiło się do innych, nowszych dzielnic Krakowa. Spory rozkwit, także gospodarczy, pojawił się po przemianach, z początkiem lat 90-tych. Później, stopniowo ten rozwój oklapł, aby dojść do takiego stanu jak dziś. Napływowa ludność wymiera, nowi się tu nie osiedlają aż w takich liczbach, aby nadać jej życia, miasto ucina fundusze. Nigdy niechciana siostra Krakowa pozostaje nadal odrzucona i nie wiadomo, czy to się kiedyś zmieni, tak jak się to stało na Kazimierzu.
Pachnąca bzem i małymi, żółtymi kwiatuszkami, których nazwy nie pamiętam, ale które kradliśmy w podstawówce dla naszych pierwszych miłości. Usłana różami, które zrywało się w prezencie dla odwiedzających nas Rosjanek. Tętniąca życiem kin z pięknymi neonami, w których wyświetlane były zachodnie filmy. Szczypiąca w oczy gazem łzawiącym podczas solidarnościowych demonstracji. Bywała niebezpieczna, ale częściej swojska i kojarząca się z lokalnym kolorytem, przyjaznymi żulami i pierwszymi miłościami.
Taką wolę ją pozostawić w pamięci, mając wszelako nadzieję, że wielki jej brat Kraków da jej w którymś momencie zasłużony, nowy impuls do rozwoju.

Jaki dla niej prezent na stulecie?

„Ileż radości i optymizmu jest w tej pieśni – słodki maj, piękny maj, dla Polaków błogi raj” – zaczął prezydent swoje przemówienie z okazji święta narodowego. W istocie, maj ten jest szczególnie słodki i błogi dla kobiet, o których ten sam człowiek wspominał dwa lata temu na tym samym placu, nazywając je bohaterkami. Dwa lata to dużo czasu, aby od słów przejść do czynów i spróbować im skutecznie pomóc, aby nie musiały być już dłużej bohaterkami, tylko mogły normalnie żyć i świętować wraz z innymi, w dniu takim jak ten. W ich przypadku i nie tylko ich, ale szerszej grupie Polek i Polaków z niepełnosprawnościami, skuteczna pomoc polegałaby na budowie trwałego, stabilnego i odciążającego systemu wsparcia, włącznie z asystentami osobistymi. Nic takiego się jednak nie wydarzyło i dlatego kobiety te podjęły protest, kto wie, czy nie jeden z najskuteczniejszych z tych, które swoim dwuletnim i jakże „sprawiedliwym” rządzeniem wywołała „dobra zmiana”.
Już miało się udać, ,już czołowi jej reprezentanci, w tym prezydent, obiecali rozwiązanie ich problemów, ale one tym razem nie uwierzyły. Już się udało przekonać rozmaite organizacje, aby podpisały jakieś porozumienie z rządem, ale one nie uznały tych organizacji za swoją reprezentację. Już może by nawet uległy, bo ich postulat finansowy niemal został spełniony, ale nie mogły zrozumieć, dlaczego rozdawnictwo pieniędzy na dzieci i ich wyprawki jest niczym nieobwarowane, a one mają przeznaczać pieniądze jedynie na rehabilitację.
Świętują” więc z utrudnionym dostępem do wody, toalety. Wkurzone infantylnym lub cynicznym, w zależności od doraźnych potrzeb władzy, traktowaniem, walczą o rzeczywiste równe prawa. Nie nadawały się więc dziś do przemówienia o wielkiej, szczęśliwej Polsce, które rozbrzmiewało w stolicy, okraszone Majową jutrzenką, Warszawianką, hymnem narodowym i armatnimi salwami.
Jednak ta wielka i szczęśliwa Polska ma dziś zupełnie inną twarz, w którą całe nasze społeczeństwo powinno z odwagą spojrzeć, a zwłaszcza sprawujący władzę. To spojrzenie nie powinno być przelotne i zasługuje na równie głęboką refleksję, jak twarz, w którą rządzący spoglądali dziś podczas porannej mszy. Nieco trudniej jest im jednak tę polską twarz zaakceptować, bo to właśnie ona wyraża całą prawdę o słodkim, błogim raju.
Gdybyście panie i panowie jednak się przełamali, wykazując się tym samym polityczną przenikliwością oraz jakimś stopniem wrażliwości społecznej, bez większego trudu odczytacie w tych rysach, jaki prezent należałoby zrobić Polsce z okazji stulecia niepodległości. Udowodnilibyście wówczas, że słowa, które zakończyły to dzisiejsze przemówienie – „Niech żyje silna, niepodległa, sprawiedliwa Polska”, mogą stać się ciałem, a nie być jedynie pustym frazesem, wypowiadanym przez Was zbyt często na co dzień i od święta, takiego jak to dzisiejsze.