Gienka nie chce do Andaluzji

Tavira. Dachy miasta widoczne z zamkowego wzgórza. .
Tavira

W zbyt ciasnym, jak na liczbę przybywających tu podróżnych, porcie lotniczym w Faro, stolicy południowej Portugalii, kłębili się już pasażerowie czarterowego lotu do Katowic. To jednak nie ciasnota miejsca wywoływała charakterystyczne napięcie wśród rodaków oczekujących na otwarcie bramek. Zjawisko to przydarza się polskim grupom dość często, niezależnie od warunków panujących na lotnisku, szerokości geograficznej, czy też obranego środka lokomocji.

– Popatrz, stał z boku i się teraz wpycha! To typowo polskie zachowanie! – podsumowała matka zniecierpliwionej Zuzi, która już chciała być w lotniskowym sklepie, aby wybrać sobie pamiątki z Algarve, ale wciąż musiała czekać na odprawę bagażową. Zuzia przebierała więc niespokojnie nóżkami, nadeptywała stojących przed sobą i ogólnie marudziła. Zuzia czegoś pragnie i nie może tego od razu dostać, a tu jeszcze cham wpycha się bez kolejki, jak tłumaczyła swojemu partnerowi jej mama.

Obok ktoś trącał kogoś łokciem, ktoś następny się przepychał, głośno perorując do swojego komórkowego rozmówcy w kraju, a jeszcze ktoś inny krzywo na kogoś patrzył i tak owo napięcie rosło z minuty na minutę, zbliżając się do punktu krytycznego, w którym jedna uwaga, jedno nierozważne nadepnięcie buta doprowadzić może do niekontrolowanego wybuchu emocji poddenerwowanych pasażerów.

Wtedy właśnie ujrzeliśmy ją – uśmiechniętą i opaloną po tych paru dniach w Andaluzji. Promieniała swoją radością na wszystkich w okolicy tak, jak promienieć powinien człowiek po wakacjach w słońcu, a tu świeci ono prawie zawsze. Radość Gienki nie musiała się jednak nabuzowanej kolejce podobać – Portugalia, Hiszpania, morskie fale, endorfiny, ale żeby tak bez powodu cały czas się do ludzi uśmiechać…

Przywitaliśmy się serdecznie i od razu było jasne, że wcale nie jest jej aż tak wesoło. Powiedziała, że w hotelu byli sami Niemcy i z nikim się nie mogła dogadać, a biuro podróży nie zabrało jej na wycieczkę, bo nie opłacało się po nią przyjeżdżać do Andaluzji.

Gienka nie mówiła w żadnym języku obcym, więc perspektywa braku rodaków w hotelu mogła jej rzeczywiście przeszkadzać. Być może jednak chodząc wzdłuż nich, w ogonku, który nie wiadomo po co ustawił się o wiele wcześniej niż miały być otworzone bramki, zmieniła zdanie? Być może, choć takiego pytania jej nie zadaliśmy. Najważniejsze, że tę Andaluzję jednak zaakceptowała i pomimo wszelkich niedoskonałości wynikających z wybrania się w pojedynkę na podbój Europy, uznała ją ostatecznie za piękną.

Ucieszyłem się, bo reklamując Portugalię w busiku, który tydzień wcześniej rozwoził nas do rozmaitych miejscowości w Algarve, martwiłem się trochę, że może niepotrzebnie ją do Andaluzji zraziłem, choć absolutnie nie było to moją intencją. Bardzo nam się wtedy dobrze rozmawiało i odwaga Gienki, aby wybrać się samotnie w taką podróż szalenie mi imponowała, bo przecież tylu ludzi w jej wieku siedzi w domu i narzeka.

Siedzenie i narzekanie zupełnie nie leżało w jej charakterze – bezpośrednia, otwarta i jakże naturalna w swojej postawie Gienka, wzbudzała sympatię, bo wyczuwało się w niej pozytywną energię i radość życia. Może ta podróż stanowiła dla niej nawet coś więcej niż zwykłą wycieczkę, o czym mógłby świadczyć jej strój, makijaż i sposób bycia. Może, nie zadawaliśmy takich pytań, w przeciwieństwie do samej Gienki, która tak oto zaczęła z nami rozmowę:

– Jak jesteście w Portugalii, to na pewno pojedziecie do Fatimy – oświadczyła.

– Na pewno nie – odpowiedziałem jej i na tym rozmowa mogłaby się właściwie zakończyć, ale widać obie strony nie były do siebie nastawione tak, jak nakazywałyby to podziały w narodzie. Rozmawialiśmy więc nadal, uśmiechając się do siebie. Wyjaśniłem jej dyplomatycznie, że Fatima leży daleko stąd, a uroki Algarve mogą przyprawić o duchowe rozterki najbardziej zaangażowanych religijnie ludzi, do których wszelako nie należę, więc mam z tym spokój. Przyjęła to bez problemu i zaciekawiona pytała dalej:

– A co w takim razie będziecie robić w tym Algarve?

– Głównie chodzić brzegiem oceanu, a plażami Algarve można iść w nieskończoność – odpowiadamy.

– Tak jak po Bałtyku – zauważa.

– Tak, ale nad Bałtykiem pogoda prawie zawsze ryzykowna.

– A bo trzeba jeździć w lata przestępne, żeby była dobra.

– Tak? – dziwimy się.

– Tak, naprawdę. Ja tego nie wiedziałach, ale mój znajomy tak jeździ i mówi: „Gienka, jedźżech w lata przestępne, a będzie pogoda”.

– Być może – odpowiadam – ale tu nie trzeba tak kombinować, bo pogoda jest zawsze, to jeden z uroków Algarve.

Wszystkim w busiku jest wesoło. Gienka ma coś takiego w sobie, że rozpuszcza lody nawet w duszach tych, którzy konwersacji z nieznajomymi nie uważają za atrakcyjną formę spędzania czasu w podróży. Włączają się więc kolejne osoby. Gienka promienieje i z każdym wymienia parę słów. Mówi też piękną gwarą. Zadaje mnóstwo dociekliwych pytań, zwłaszcza, gdy zauważyła, że o Portugalii wiem coś więcej, a i wymieniam z kierowcą kilka uwag w jego rodzimym języku.

– Czemu oni się nie uczą polskiego!? – słyszę nagle, gdy akurat usiłuję sobie przypomnieć jakąś trudniejszą konstrukcję gramatyczną, aby ładnie się wyrazić.

– My musimy się tych wszystkich języków uczyć, a oni polskiego w ogóle – kontynuuje, rozglądając się dookoła i komentując widoki zza okna.

– A ja myślałach, żech w drodze do Andaluzji zobaczę sobie trochę tej Portugalii, a tu tylko autostrada i autostrada – konstatuje ze smutkiem.

– Za chwilę sobie pani zobaczy – mówimy jej, bo będziemy zjeżdżać do poszczególnych miejscowości, ale ona jakby nie dowierza, że coś więcej obejrzy.

Rozmawiamy o tym, że Hiszpania jest u nas dobrze znana, a Portugalia albo w ogóle, albo bardzo słabo, a to też piękny i ciekawy kraj. Pomimo, że Algarve jest jego najbardziej popularną częścią, to cały czas można znaleźć w tym regionie miejsca wolne od tłumów, a przy tym tak urokliwe, że można by w nich na zawsze pozostać, a już na pewno zakochać się po uszy i wracać, koniecznie wracać, bo panuje na portugalskiej ziemi też coś takiego jak odczucie saudade, które ukoić można tylko poprzez ponowny przyjazd do krainy słońca i oceanu. Gienka słucha uważnie, a kierowca mówi nam, że będziemy zjeżdżać do Monte Gordo i innych miejscowości, co też od razu jej przekazuję, że zaraz sobie wszystko poogląda.

– Na pierwszym przystanku, gdy wysiadał jeden z pasażerów, Gienka aż podniosła się z fotela:

– Ale tu jest pięknie! Ja nie wiedziałach, że tu jest tak pięknie! – zakrzyknęła – jakie te domki są cudowne! A ja muszę jechać do tej Andaluzji…

– Andaluzja też jest piękna – pocieszałem ją w drodze na nasz przystanek – a następnym razem przyjedzie sobie pani tutaj, bo może właśnie dopadło panią saudade…

Gienka już za chwilę zostanie w busiku sama z kierowcą, który mówi tylko po portugalsku, a przed nią jeszcze godzina drogi. Gdyby mówił po polsku, opowiedziałaby mu połowę swojego życia, które z pewnością było i jest fascynujące. Znaleźliby wspólny język, a kto wie, czy nie skradłaby mu serca. To jednak się nie zdarzy, bo on polskiego się nie uczy. Będą więc sobie przyjaźnie milczeć, a Gienka wyjrzy przez okno i może zaplanuje kolejną podróż, tym razem do Portugalii.

– Czy tu jest gdzieś ocean? – pyta podekscytowana, gdy busik zatrzymuje się na naszym przystanku.

– Tak – zaraz za tym hotelem – odpowiadamy.

– Mój Boże, jak tu jest pięknie – woła i wysiada wraz z nami – tu rosną palmy, to niesamowite! Jak tu jest wspaniale! – powtarza jakby w amoku – ja już nie chcę do tej Andaluzji… Weźcie mnie ze sobą.

 

Imię bohaterki i inne imiona w opowiadaniu „Gienka nie chce do Andaluzji”, zostały zmienione.

Irek Białek, Algarve, Portugalia, wrzesień 2019