Stara bida

Każdy, komu zdarzało się wyjaśniać obcokrajowcom jedną z możliwych, polskich odpowiedzi na angielskie pozdrowienie „how are you” i jego odpowiedniki w rozmaitych językach świata, dobrze mnie dziś zrozumie.

Przyszło mi bowiem opowiedzieć po portugalsku nie tylko o tym, jakie mniej więcej jest znaczenie tego swojskiego wyrażenia, ale i o całym kontekście kulturowym mu towarzyszącym. Nie jest łatwe, nawet w pospolitym angielskim wyjaśnić komuś, że przebywa w kraju, w którym do niemal dobrego tonu należy nie tylko zaprzeczyć, że nie jest się tego dnia fine, tudzież bem po portugalsku, ale nawet dorzucić wyjaśnienie, dlaczego się tak stało lub co częste, dlaczego stan ten jest właściwie permamentny.

Anglosasi nie bardzo rozumieją, zwłaszcza przy pierwszym pobycie w kraju nad Wisłą, że to w ogóle możliwe, aby nie być fine, a co dopiero uzasadniać, jak bardzo jest z nami źle, a będzie przecież jeszcze gorzej.

Dość dobrze ilustruje to pewien dowcip, opowiadający o rozmowie pomiędzy polskim optymistą, a polskim pesymistą. Ten pierwszy miał powiedzieć, że jest bida, bo za to, co wypowiedzieli, na pewno pojadą na Syberię, na co ten drugi odpowiedział, że będzie jeszcze gorzej, bo na pewno ich tam popędzą pieszo.

Okazuje się, że także dla południowców cały ten kod kulturowy nie jest łatwy do przyjęcia i chyba jedynie argument o braku słońca w listopadzie na tyle ich przekonuje, że w końcu uznają odpowiedź w stylu „stara bida” za akceptowalną. Dlaczego jednak bida i w dodatku stara?

W ten sposób zagłębiamy się w niekończącą się opowieść o specyfice miejsca, w którym się znajdujemy, obecnego tu napięcia, ale także swoistej melancholii, którą wszakże można jakoś porównać do saudade – o właśnie, czy owo saudade nie jest aby ichniejszym rodzajem „starej bidy”?

Tak, czy inaczej, polecam uczącym się języków próbę pozdrowienia człowieka z Zachodu lub też Południa w typowo polski sposób, czyli zaprzeczeniem dobrego samopoczucia, choćby po to, aby zobaczyć jego/jej reakcję, a potem podjęcie się próby wyjaśnienia naszej, narodowej postawy. Zapewniam Was, że słownictwo, które z tej okazji się pojawi, utrwali się już na zawsze, a i lekcja, czy też spotkanie, pozostanie w pamięci jako niezapomniane dla obu stron.

Miłosierdzia czar

Czym jest ten zakon dla miłośników rocka gotyckiego w Polsce, jak zrodził się kult talentu ojca przełożonego i co znaczy nazwa The Sisters of Mercy dla pokolenia lat osiemdziesiątych, nie będę tutaj opisywał. Ci, którzy chcą swoją wiedzę na ten temat pogłębić, znajdą w sieci niezliczone artykuły o charakterze popularno-naukowym, jeśli się tak mogę wyrazić. Literatura miłosierdzia jest nader obszerna.
W związku z wczorajszym występem Siostrzyczek w krakowskim klubie Studio, chciałbym natomiast skreślić kilka słów związanych z niesłabnącą mocą przekazu, jaki Andrew Eldritch ma nam wciąż do zaoferowania, bo to, że jest w stanie rozpalić emocje do czerwoności, udowodnił po raz kolejny.
Obiektywnie rzecz biorąc, nie był to wybitny koncert, ani w porównaniu do innych artystów, ani nawet w ramach tych występów The Sisters, w których dane było mi uczestniczyć, a zaliczają się do nich historyczny koncert we wrocławskiej Hali Ludowej – pierwszy w Polsce, a potem w Warszawie. Oba były od tego krakowskiego lepsze pod każdym względem – warstwie artystycznej, możliwościach wokalnych ojca przełożonego, nagłośnieniu. O efektach specjalnych ja akurat rozpisywać się nie chcę, ale dymy we Wrocławiu pamięta pewnie każdy, a ja wyobrażałem je sobie na podstawie sugestywnej audiodeskrypcji, choć słowo audiodeskrypcja wówczas nie istniało.
Wczoraj w Krakowie staliśmy – tak, trzeba było niestety stać, na zalanej piwem podłodze, oklaskując gitarowe riffy, których brzmienie było wyostrzone, kto wie, czy jednak nie nadmiernie, a w ogóle to kolega poddał w wątpliwość fakt, czy ktokolwiek na nich realnie grał. Gdy jednak zabrzmiały pierwsze takty „More”, oblegający scenę tłumek złożony w dużej mierze z czterdziestolatków po prostu oszalał. Koncert musi się dopiero rozkręcić, nabrać ciała, wyrazu, a tu od razu ryk zachwytu przeleciał przez całą tę dość marnie nagłośnioną salę, w której rzesze przepoconych ludzi tupały i ekstatycznie powtarzały frazy utworów, które towarzyszyły im w młodości i idą dalej z nimi przez życie.
Przeszło „More” i „Dr Jeep”, a ja wiedziałem, że cofnął się czas i wszelkie troski dnia dzisiejszego nie istnieją, gdy miłosierdzia czar rozwijał swoje skrzydła, a jazgot gitar ciął uszy w sposób taki, że w przypadku każdego innego wykonawcy dawno bym już wyszedł, aby na siedząco spokojnie wypić piwo, niezbyt zresztą dobre. Tymczasem tu i teraz czerpałem z tej ściany dźwięku perwersyjną przyjemność, tak jak gdybym miał dalej te piętnaście lat, gdy usłyszałem Siostrzyczki po raz pierwszy i żadne wygody życia wówczas się nie liczyły ponad ich muzykę. Dodatkowo, małżonka utwierdziła mnie w przekonaniu, że obiektywnie rzecz biorąc, znajdowaliśmy się w wiadrze stojącym na podłodze, w które ktoś bezwzględnie walił z góry i z boku, a pulsację tę odczuwaliśmy w każdym centymetrze naszego ciała. Nawet jednak ona, nie zaczadzona w tym stopniu jak ja miłosierdziem przyznawała, że urok rockowego szału był bezdyskusyjny. Nieco niej subtelnie wyraził to jeden z fanów, gdy bisy dobiegły już końca: „Bo to…, to jest ten k..wa. czar, to jest ta k…wa magia” – ryczał zdartym od śpiewu głosem, bo wszyscy zużyliśmy struny na okrzykach wraz z ojcem przełożonym: „Flood!, floood!”, vision thing!, vision thing!…”.
Uśmiechając się więc do fana, który wystawił celebrze Eldritcha najkrótszą z możliwych recenzji, a jednak taką, z którą się zgadzam, rozmawialiśmy z dawno niewidzianymi znajomymi. Dyskutowaliśmy, gdzie ów czar jest skumulowany, aby w tak dużej dawce się uwolnić i zawładnąć bez reszty publicznością, niezależnie od obiektywnych okoliczności towarzyszących wydarzeniu.
Czy biorąc pod uwagę czyste emocje, chodzi tu o nieskończone pokłady charyzmy zdziwaczałego nieco sześćdziesięciolatka z Leeds, czy też używając szkiełka i oka, kluczem do tej zagadki jest znakomita jego twórczość, której ukoronowaniem był i pozostaje „Floodland”, spoczywający wczoraj na dnie mojego plecaka? A może z braku laku pod koniec lat osiemdziesiątych, udało się prezenterowi wszechczasów wylansować bardzo dobrą, ale jedną z wielu gotyckich kapel, czy też Eldritch był jednak protoplastą gatunku i zamienił się w żywą jego legendę, co nadal przyciąga tłumy, choć już nie takie, jak onegdaj?
Gdy podszedł do mnie Piotr, a nie widzieliśmy się lat dwadzieścia i wymieniliśmy uwagi o czarze miłosierdzia, a oprócz tego o wszystkim, co w krótkiej chwili wydało się nam ważne pomyślałem, że nie jest zbyt istotne, jakie wynajdziemy odpowiedzi na powyższe pytania. Istotne jest tylko spotkanie, które wydobyła muzyka, muzyka otoczona zasłużonym kultem, skoro takich i innych powrotów do przeszłości było wczoraj aż tak wiele i były tak miłe, sentymentalne, wzruszające. „Krętymi drogami chodzi sztuka” – powiedział człowiek z zupełnie odrębnego muzycznego kręgu, czyli Tomasz Stańko, a jednak tak bardzo ten opis pasuje do roztoczonego wczoraj czaru miłosierdzia. Tomasz Stańko jest historią muzycznego kręgu, z którego się wywodzi, a Andrew Eldritch też nią już zapewne w swoim kręgu jest, ale liczymy na to, że wielokrotnie jeszcze powróci i wywoła duchy przeszłości, z którymi Lukrecja będzie odbywać swój nieskończony, szalony taniec w rytmie przejeżdżającego pociągu.

Ilustracja muzyczna:
The Sisters of Mercy – Lucretia my reflection.