Miłosierdzia czar

Czym jest ten zakon dla miłośników rocka gotyckiego w Polsce, jak zrodził się kult talentu ojca przełożonego i co znaczy nazwa The Sisters of Mercy dla pokolenia lat osiemdziesiątych, nie będę tutaj opisywał. Ci, którzy chcą swoją wiedzę na ten temat pogłębić, znajdą w sieci niezliczone artykuły o charakterze popularno-naukowym, jeśli się tak mogę wyrazić. Literatura miłosierdzia jest nader obszerna.
W związku z wczorajszym występem Siostrzyczek w krakowskim klubie Studio, chciałbym natomiast skreślić kilka słów związanych z niesłabnącą mocą przekazu, jaki Andrew Eldritch ma nam wciąż do zaoferowania, bo to, że jest w stanie rozpalić emocje do czerwoności, udowodnił po raz kolejny.
Obiektywnie rzecz biorąc, nie był to wybitny koncert, ani w porównaniu do innych artystów, ani nawet w ramach tych występów The Sisters, w których dane było mi uczestniczyć, a zaliczają się do nich historyczny koncert we wrocławskiej Hali Ludowej – pierwszy w Polsce, a potem w Warszawie. Oba były od tego krakowskiego lepsze pod każdym względem – warstwie artystycznej, możliwościach wokalnych ojca przełożonego, nagłośnieniu. O efektach specjalnych ja akurat rozpisywać się nie chcę, ale dymy we Wrocławiu pamięta pewnie każdy, a ja wyobrażałem je sobie na podstawie sugestywnej audiodeskrypcji, choć słowo audiodeskrypcja wówczas nie istniało.
Wczoraj w Krakowie staliśmy – tak, trzeba było niestety stać, na zalanej piwem podłodze, oklaskując gitarowe riffy, których brzmienie było wyostrzone, kto wie, czy jednak nie nadmiernie, a w ogóle to kolega poddał w wątpliwość fakt, czy ktokolwiek na nich realnie grał. Gdy jednak zabrzmiały pierwsze takty „More”, oblegający scenę tłumek złożony w dużej mierze z czterdziestolatków po prostu oszalał. Koncert musi się dopiero rozkręcić, nabrać ciała, wyrazu, a tu od razu ryk zachwytu przeleciał przez całą tę dość marnie nagłośnioną salę, w której rzesze przepoconych ludzi tupały i ekstatycznie powtarzały frazy utworów, które towarzyszyły im w młodości i idą dalej z nimi przez życie.
Przeszło „More” i „Dr Jeep”, a ja wiedziałem, że cofnął się czas i wszelkie troski dnia dzisiejszego nie istnieją, gdy miłosierdzia czar rozwijał swoje skrzydła, a jazgot gitar ciął uszy w sposób taki, że w przypadku każdego innego wykonawcy dawno bym już wyszedł, aby na siedząco spokojnie wypić piwo, niezbyt zresztą dobre. Tymczasem tu i teraz czerpałem z tej ściany dźwięku perwersyjną przyjemność, tak jak gdybym miał dalej te piętnaście lat, gdy usłyszałem Siostrzyczki po raz pierwszy i żadne wygody życia wówczas się nie liczyły ponad ich muzykę. Dodatkowo, małżonka utwierdziła mnie w przekonaniu, że obiektywnie rzecz biorąc, znajdowaliśmy się w wiadrze stojącym na podłodze, w które ktoś bezwzględnie walił z góry i z boku, a pulsację tę odczuwaliśmy w każdym centymetrze naszego ciała. Nawet jednak ona, nie zaczadzona w tym stopniu jak ja miłosierdziem przyznawała, że urok rockowego szału był bezdyskusyjny. Nieco niej subtelnie wyraził to jeden z fanów, gdy bisy dobiegły już końca: „Bo to…, to jest ten k..wa. czar, to jest ta k…wa magia” – ryczał zdartym od śpiewu głosem, bo wszyscy zużyliśmy struny na okrzykach wraz z ojcem przełożonym: „Flood!, floood!”, vision thing!, vision thing!…”.
Uśmiechając się więc do fana, który wystawił celebrze Eldritcha najkrótszą z możliwych recenzji, a jednak taką, z którą się zgadzam, rozmawialiśmy z dawno niewidzianymi znajomymi. Dyskutowaliśmy, gdzie ów czar jest skumulowany, aby w tak dużej dawce się uwolnić i zawładnąć bez reszty publicznością, niezależnie od obiektywnych okoliczności towarzyszących wydarzeniu.
Czy biorąc pod uwagę czyste emocje, chodzi tu o nieskończone pokłady charyzmy zdziwaczałego nieco sześćdziesięciolatka z Leeds, czy też używając szkiełka i oka, kluczem do tej zagadki jest znakomita jego twórczość, której ukoronowaniem był i pozostaje „Floodland”, spoczywający wczoraj na dnie mojego plecaka? A może z braku laku pod koniec lat osiemdziesiątych, udało się prezenterowi wszechczasów wylansować bardzo dobrą, ale jedną z wielu gotyckich kapel, czy też Eldritch był jednak protoplastą gatunku i zamienił się w żywą jego legendę, co nadal przyciąga tłumy, choć już nie takie, jak onegdaj?
Gdy podszedł do mnie Piotr, a nie widzieliśmy się lat dwadzieścia i wymieniliśmy uwagi o czarze miłosierdzia, a oprócz tego o wszystkim, co w krótkiej chwili wydało się nam ważne pomyślałem, że nie jest zbyt istotne, jakie wynajdziemy odpowiedzi na powyższe pytania. Istotne jest tylko spotkanie, które wydobyła muzyka, muzyka otoczona zasłużonym kultem, skoro takich i innych powrotów do przeszłości było wczoraj aż tak wiele i były tak miłe, sentymentalne, wzruszające. „Krętymi drogami chodzi sztuka” – powiedział człowiek z zupełnie odrębnego muzycznego kręgu, czyli Tomasz Stańko, a jednak tak bardzo ten opis pasuje do roztoczonego wczoraj czaru miłosierdzia. Tomasz Stańko jest historią muzycznego kręgu, z którego się wywodzi, a Andrew Eldritch też nią już zapewne w swoim kręgu jest, ale liczymy na to, że wielokrotnie jeszcze powróci i wywoła duchy przeszłości, z którymi Lukrecja będzie odbywać swój nieskończony, szalony taniec w rytmie przejeżdżającego pociągu.

Ilustracja muzyczna:
The Sisters of Mercy – Lucretia my reflection.

Gienka nie chce do Andaluzji

Tavira. Dachy miasta widoczne z zamkowego wzgórza. .
Tavira

W zbyt ciasnym, jak na liczbę przybywających tu podróżnych, porcie lotniczym w Faro, stolicy południowej Portugalii, kłębili się już pasażerowie czarterowego lotu do Katowic. To jednak nie ciasnota miejsca wywoływała charakterystyczne napięcie wśród rodaków oczekujących na otwarcie bramek. Zjawisko to przydarza się polskim grupom dość często, niezależnie od warunków panujących na lotnisku, szerokości geograficznej, czy też obranego środka lokomocji.

– Popatrz, stał z boku i się teraz wpycha! To typowo polskie zachowanie! – podsumowała matka zniecierpliwionej Zuzi, która już chciała być w lotniskowym sklepie, aby wybrać sobie pamiątki z Algarve, ale wciąż musiała czekać na odprawę bagażową. Zuzia przebierała więc niespokojnie nóżkami, nadeptywała stojących przed sobą i ogólnie marudziła. Zuzia czegoś pragnie i nie może tego od razu dostać, a tu jeszcze cham wpycha się bez kolejki, jak tłumaczyła swojemu partnerowi jej mama.

Obok ktoś trącał kogoś łokciem, ktoś następny się przepychał, głośno perorując do swojego komórkowego rozmówcy w kraju, a jeszcze ktoś inny krzywo na kogoś patrzył i tak owo napięcie rosło z minuty na minutę, zbliżając się do punktu krytycznego, w którym jedna uwaga, jedno nierozważne nadepnięcie buta doprowadzić może do niekontrolowanego wybuchu emocji poddenerwowanych pasażerów.

Wtedy właśnie ujrzeliśmy ją – uśmiechniętą i opaloną po tych paru dniach w Andaluzji. Promieniała swoją radością na wszystkich w okolicy tak, jak promienieć powinien człowiek po wakacjach w słońcu, a tu świeci ono prawie zawsze. Radość Gienki nie musiała się jednak nabuzowanej kolejce podobać – Portugalia, Hiszpania, morskie fale, endorfiny, ale żeby tak bez powodu cały czas się do ludzi uśmiechać…

Przywitaliśmy się serdecznie i od razu było jasne, że wcale nie jest jej aż tak wesoło. Powiedziała, że w hotelu byli sami Niemcy i z nikim się nie mogła dogadać, a biuro podróży nie zabrało jej na wycieczkę, bo nie opłacało się po nią przyjeżdżać do Andaluzji.

Gienka nie mówiła w żadnym języku obcym, więc perspektywa braku rodaków w hotelu mogła jej rzeczywiście przeszkadzać. Być może jednak chodząc wzdłuż nich, w ogonku, który nie wiadomo po co ustawił się o wiele wcześniej niż miały być otworzone bramki, zmieniła zdanie? Być może, choć takiego pytania jej nie zadaliśmy. Najważniejsze, że tę Andaluzję jednak zaakceptowała i pomimo wszelkich niedoskonałości wynikających z wybrania się w pojedynkę na podbój Europy, uznała ją ostatecznie za piękną.

Ucieszyłem się, bo reklamując Portugalię w busiku, który tydzień wcześniej rozwoził nas do rozmaitych miejscowości w Algarve, martwiłem się trochę, że może niepotrzebnie ją do Andaluzji zraziłem, choć absolutnie nie było to moją intencją. Bardzo nam się wtedy dobrze rozmawiało i odwaga Gienki, aby wybrać się samotnie w taką podróż szalenie mi imponowała, bo przecież tylu ludzi w jej wieku siedzi w domu i narzeka.

Siedzenie i narzekanie zupełnie nie leżało w jej charakterze – bezpośrednia, otwarta i jakże naturalna w swojej postawie Gienka, wzbudzała sympatię, bo wyczuwało się w niej pozytywną energię i radość życia. Może ta podróż stanowiła dla niej nawet coś więcej niż zwykłą wycieczkę, o czym mógłby świadczyć jej strój, makijaż i sposób bycia. Może, nie zadawaliśmy takich pytań, w przeciwieństwie do samej Gienki, która tak oto zaczęła z nami rozmowę:

– Jak jesteście w Portugalii, to na pewno pojedziecie do Fatimy – oświadczyła.

– Na pewno nie – odpowiedziałem jej i na tym rozmowa mogłaby się właściwie zakończyć, ale widać obie strony nie były do siebie nastawione tak, jak nakazywałyby to podziały w narodzie. Rozmawialiśmy więc nadal, uśmiechając się do siebie. Wyjaśniłem jej dyplomatycznie, że Fatima leży daleko stąd, a uroki Algarve mogą przyprawić o duchowe rozterki najbardziej zaangażowanych religijnie ludzi, do których wszelako nie należę, więc mam z tym spokój. Przyjęła to bez problemu i zaciekawiona pytała dalej:

– A co w takim razie będziecie robić w tym Algarve?

– Głównie chodzić brzegiem oceanu, a plażami Algarve można iść w nieskończoność – odpowiadamy.

– Tak jak po Bałtyku – zauważa.

– Tak, ale nad Bałtykiem pogoda prawie zawsze ryzykowna.

– A bo trzeba jeździć w lata przestępne, żeby była dobra.

– Tak? – dziwimy się.

– Tak, naprawdę. Ja tego nie wiedziałach, ale mój znajomy tak jeździ i mówi: „Gienka, jedźżech w lata przestępne, a będzie pogoda”.

– Być może – odpowiadam – ale tu nie trzeba tak kombinować, bo pogoda jest zawsze, to jeden z uroków Algarve.

Wszystkim w busiku jest wesoło. Gienka ma coś takiego w sobie, że rozpuszcza lody nawet w duszach tych, którzy konwersacji z nieznajomymi nie uważają za atrakcyjną formę spędzania czasu w podróży. Włączają się więc kolejne osoby. Gienka promienieje i z każdym wymienia parę słów. Mówi też piękną gwarą. Zadaje mnóstwo dociekliwych pytań, zwłaszcza, gdy zauważyła, że o Portugalii wiem coś więcej, a i wymieniam z kierowcą kilka uwag w jego rodzimym języku.

– Czemu oni się nie uczą polskiego!? – słyszę nagle, gdy akurat usiłuję sobie przypomnieć jakąś trudniejszą konstrukcję gramatyczną, aby ładnie się wyrazić.

– My musimy się tych wszystkich języków uczyć, a oni polskiego w ogóle – kontynuuje, rozglądając się dookoła i komentując widoki zza okna.

– A ja myślałach, żech w drodze do Andaluzji zobaczę sobie trochę tej Portugalii, a tu tylko autostrada i autostrada – konstatuje ze smutkiem.

– Za chwilę sobie pani zobaczy – mówimy jej, bo będziemy zjeżdżać do poszczególnych miejscowości, ale ona jakby nie dowierza, że coś więcej obejrzy.

Rozmawiamy o tym, że Hiszpania jest u nas dobrze znana, a Portugalia albo w ogóle, albo bardzo słabo, a to też piękny i ciekawy kraj. Pomimo, że Algarve jest jego najbardziej popularną częścią, to cały czas można znaleźć w tym regionie miejsca wolne od tłumów, a przy tym tak urokliwe, że można by w nich na zawsze pozostać, a już na pewno zakochać się po uszy i wracać, koniecznie wracać, bo panuje na portugalskiej ziemi też coś takiego jak odczucie saudade, które ukoić można tylko poprzez ponowny przyjazd do krainy słońca i oceanu. Gienka słucha uważnie, a kierowca mówi nam, że będziemy zjeżdżać do Monte Gordo i innych miejscowości, co też od razu jej przekazuję, że zaraz sobie wszystko poogląda.

– Na pierwszym przystanku, gdy wysiadał jeden z pasażerów, Gienka aż podniosła się z fotela:

– Ale tu jest pięknie! Ja nie wiedziałach, że tu jest tak pięknie! – zakrzyknęła – jakie te domki są cudowne! A ja muszę jechać do tej Andaluzji…

– Andaluzja też jest piękna – pocieszałem ją w drodze na nasz przystanek – a następnym razem przyjedzie sobie pani tutaj, bo może właśnie dopadło panią saudade…

Gienka już za chwilę zostanie w busiku sama z kierowcą, który mówi tylko po portugalsku, a przed nią jeszcze godzina drogi. Gdyby mówił po polsku, opowiedziałaby mu połowę swojego życia, które z pewnością było i jest fascynujące. Znaleźliby wspólny język, a kto wie, czy nie skradłaby mu serca. To jednak się nie zdarzy, bo on polskiego się nie uczy. Będą więc sobie przyjaźnie milczeć, a Gienka wyjrzy przez okno i może zaplanuje kolejną podróż, tym razem do Portugalii.

– Czy tu jest gdzieś ocean? – pyta podekscytowana, gdy busik zatrzymuje się na naszym przystanku.

– Tak – zaraz za tym hotelem – odpowiadamy.

– Mój Boże, jak tu jest pięknie – woła i wysiada wraz z nami – tu rosną palmy, to niesamowite! Jak tu jest wspaniale! – powtarza jakby w amoku – ja już nie chcę do tej Andaluzji… Weźcie mnie ze sobą.

 

Imię bohaterki i inne imiona w opowiadaniu „Gienka nie chce do Andaluzji”, zostały zmienione.

Irek Białek, Algarve, Portugalia, wrzesień 2019

Chłopiec patrzący na relikwię

Gdy mówię komuś, że byłem ministrantem, w reakcji spotyka mnie zawsze zdumienie. Jednak w Polsce niemal każdy młody chłopiec był ministrantem lub harcerzem, ja akurat łączyłem obie te aktywności, a miało to miejsce jeszcze za tak zwanej komuny.
Bycie ministrantem uważam z obecnej perspektywy za bardzo cenne. Pozwoliło mi to patrzeć od wewnątrz na sprawy organizacji, zwanej popularnie kościołem, choć mam świadomość, że kościół to pojęcie nieco szersze od duchowieństwa. Pomimo młodego wieku, w jakim się bywa ministrantem, poczyniłem pewne obserwacje, których skutki zaważyły na moim światopoglądzie już jako człowieka dorosłego, choć oczywiście do tych młodzieńczych wniosków dołączyła lektura i refleksja intelektualna, ale to dziś zostawiam, bo dla tego tekstu kluczowa jest właśnie sfera ówczesnych obserwacji.
Otóż, można w ostatnich dniach poczytać w sieci o kroplach krwi i włosach naszego świętego rodaka, a nawet zębie podarowanym przez byłego osobistego sekretarza papieża, wielu polskim parafiom. Zdaje się, że ich liczba sięgnęła stu. Czytałem ten artykuł, jak pewnie wielu internautów, z zaciekawieniem i obrzydzeniem zarazem, współczując przy tym zmarłemu. Obrzydzenie związane było z procederem pozyskiwania relikwii, potrzebnych ponoć niektórym, aby lepiej i silniej wierzyli. Zaciekawienie natomiast dotyczyło tego, Gdzie krew jest przechowywana? Jak i kto nalewa ją do ampułek? Wedle jakich kryteriów specyfiki te są przydzielane i wysyłane parafiom? – te i inne pytania aż same cisnęły mi się na usta i dziw bierze, że żaden dziennikarz jeszcze nie próbował ich zadawać, albo próbował, tylko nie uzyskał odpowiedzi, co w przypadku tej organizacji należy uznać za normalne.
Wracając do młodzieńczych obserwacji, pochodzą one z pięknego klasztoru, w którym Przechowywano relikwie błogosławionego Wincentego Kadłubka. Jego wspaniały portret wisiał również w naszym kościele. Relikwie te przyjeżdżały z klasztoru i na zapleczu zwanym zakrystią, oczekiwały na mające się odbyć uroczystości. To dawało mi okazję do obserwacji, którą jako krótkowidz, czyniłem wówczas z bardzo bliska. W jednej z monstrancji, umieszczona była kość błogosławionego. Do dziś pamiętam, że pokrywał ją zielonkawy nalot, choć barwę miała żółtawą. Posiadała nieregularne kształty i różnego rodzaju wybrzuszenia. Ulokowano ją w środku okazałej monstrancji, z której odchodziły na boki świetliste promienie.
Fascynowała mnie ta kość, bo wiedziałem, że wedle posiadanych w klasztorze przekazów, została pozyskana wprost z jego ciała, ale nie pamiętam, z której konkretnie części, o ile było to w ogóle wiadomo. Zadawałem sobie pytania, jak przetrwała w tak pięknej formie do czasów, w których przyszło mi żyć, wszak poczciwy kronikarz zmarł w XIII wieku,, dlaczego jest potrzebna do obrzędów religijnych autentyczna, ludzka kość, czemu tu, na zapleczu, wszyscy przechodzą koło niej dość obojętnie, podczas gdy publicznie klęka się przed monstrancją niemal krzyżem, czy nie boją się tej relikwii dzieci itd. Część z tych pytań zadawałem ludziom, którzy powinni umieć na nie odpowiedzieć, ale satysfakcjonującej odpowiedzi nie pamiętam, za to doskonale sobie przypominam, jak mówiono mi, że mam pytań nie zadawać, tylko głęboko wierzyć.
Muszę powiedzieć, że jestem im za tę naukę wdzięczny po dziś dzień, bo w znaczący sposób ludzie ci przyczynili się do mojego rozwoju intelektualnego i przyszłych poszukiwań. Być może powinienem być też wdzięczny samemu Kadłubkowi i jego kości. Jeśli tak, to tę wdzięczność niniejszym wyrażam, nie będąc wszelako do tej pory przekonany, czy najlepszą drogą krzewienia i podtrzymywania wiary, jest rozczłonkowywanie czyjegoś ciała. Zostawiam jednak ten dylemat teologom i współczesnym ojcom organizacji, a historię tę opisuję głównie z tego powodu, że odczuwam jej powtarzalność, która powoduje jakby cofnięcie w czasie. Wprawdzie to już nie ja, a zupełnie inny chłopiec przystaje w jednej ze stu parafii przed kroplą krwi lub włosem świętego, przyglądając się z zafascynowaniem relikwiom i zadaje swoje pytania. Nie uzyskuje jednak na nie odpowiedzi. Mam nieprzepartą chęć przystanięcia koło niego i rozmowy, ale zdaję sobie sprawę, że w tej akurat chwili nie musi to być najlepszy pomysł. Wybieram więc trzymanie za niego kciuków, aby rozpoczął swoje poszukiwania i odnalazł własne odpowiedzi na pytania, które dziś pozostają niewiadomymi. Jestem pewny, że te odpowiedzi znajdzie, pójdzie swoją drogą i będzie szczęśliwy.

Przewodnik

Opowiadają: Ygreczka, Ślązak, Ten, co go się czas nie ima, Przyjaciel i ja się też włączam od czasu do czasu.

– Dobrej zabawy Państwu życzę – powiedziała Ygreczka, kasując nasze bilety na ten pierwszy, z dwóch koncertów w Polsce.
– To nie zabawa – śmiejemy się z Przyjacielem – to misterium. Ona nie wie o czym mówi i przy czym jest zatrudniona – zgadzamy się. To nie jej wina. Po prostu w takich czasach żyje.
Oglądamy zgrzebną halę, w której owo misterium ma się odbyć. Na co dzień wylewają tu wodę i ludzie jeżdżą na łyżwach, a może wcale ludzie nie jeżdżą już na łyżwach? Dziś to miejsce nie kojarzy się nam jednak z lodem. Panuje tu obrzydliwa stęchlizna i powietrze stoi w miejscu. W Warszawie była burza, ale nie w tej okolicy.
– Czy nie ma w stolicy lepszych sal koncertowych? – pyta retorycznie Przyjaciel – przecież oni powinni występować w filharmonii.
Kręcimy się, szukając koszulek i wracamy do naszej Ygreczki.
– Oni nie chcieli – mówi Ygreczka.
– Jacy oni? – dopytujemy, nie bardzo jej wierząc, czy wie, o czym i o jakich „onych” mówi.
Jej słowa potwierdza jednak strażniczka – z nią są naczelni dowódcy, więc na pewno jest tak, że jak oni nie chcieli, to ona wie, że koszulek miało nie być. Odchodzimy zawiedzeni, bo pragnęliśmy pokazać choćby przez te koszulki, jak bardzo ich cenimy. Poza tym, motywy wizualne na biletach tej trasy są bardzo ładne i myśleliśmy, że zostaną uwiecznione także na koszulkach. Może w takim razie zamienimy koszulki na inny rodzaj ekspresji?
Zaczynamy głośno utyskiwać, czy dźwięk w tej hali będzie odpowiedni. Podchodzi do nas Ślązak.
– Może ja pomogę. Najlepszy dźwięk jest w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. Byłem na Loreenie w Krakowie i w Zabrzu. Porównania nie było.
– Też byliśmy na Loreenie.
– Super, ale taka muzyka upada. Wiecie, czego słucha ostatnio mój siedemnastoletni sąsiad? że pier… paragony. Kazałem mu to przemyśleć raz jeszcze. Obiecałem, że może mu coś puszczę i z tą głośnością rzęchów o paragonach żeby jednak uważał, bo ja też mam kur… jakiś sprzęt.
– Gdzie ich słyszałeś pierwszy raz – zapytał ktoś.
– Włączyłem Trójkę i leciała taka płyta, to znaczy później dowiedziałem się, że to był „Spleen and ideal” i po jej zakończeniu usłyszałem głos Marka Niedźwieckiego, że teraz właściwie nic już nie powinno być grane. Wiecie kur…, że ja mając dziś compact, słucham tej płyty i wciąż czekam na te słowa… Tyle się tego osłuchałem z kasety.
– No tak Trójka… – mówi Przyjaciel – teraz to już tak Trójka nie zagra.
– Nie mówmy o tym, co się z Trójką dzieje – rzuca ktoś.
– Na jakim byliście ostatnio koncercie – pyta Ślązak.
– Na Hammillu. I wyszedł na scenę punktualnie – odpowiada Przyjaciel.
– Hammill to zawodowiec. Chce się już wyspać – śmieje się Ślązak – nie mają te Ygreki Przewodników po muzyce. Oj nie mają. Skąd się w ogóle czegoś dowiadują w tym temacie?
– Z Youtube – podpowiada Przyjaciel – z Youtube.
– Po 10 sekund z Youtube słuchają i jak się te 10 sekund nie podoba, wyłączają – wtrącam – życia by im nie starczyło na dotarcie do Dead can Dance.
10 sekund hip hopu – dodaje Przyjaciel, którego wzięło na wspominki – pierwszy Dead can Dance to Beksiński pewnie zapowiadał.
– Ooo, świętej pamięci Beksiński – ile to lat minęło…
Gasną światła. Pojawiają się cienie. Burza oklasków wita ich na scenie i wraz z pierwszymi taktami muzyki, ku zaskoczeniu tych, którzy go nagle zobaczyli, pojawia się Przewodnik.
„Wzruszenie ściska mnie za gardło, że tu jesteście i tego słuchacie. Gdybym nawet mógł z Wami być i ten koncert zapowiadać, nie umiałbym dobrać słów… Warszawa i taniec z umarłymi. Dla takich chwil jak ta warto było żyć”. Bijemy brawo, mocno bijemy brawo.
Cienie poruszają się w rytm dawno niesłyszanych w Warszawie utworów. Tuż obok mnie i Przyjaciela zasiadła para intensywnie rozmawiali, a rozmowa ta zaczęła się tak: „O kur…, ale dziadki. Ja pier…”, czyli tak jakoś bardzo swojsko.
Przewodnik zapowiadał jednak kolejne utwory. Rozbrzmiewały dźwięki nieznane i znane, najdziwniejsze i mniej dziwne, najbardziej niezwykłe i zwykłe. Cichły rozmowy, rozpoczynało się misterium. Wystarczyło coś z Within a realm of a dying sun, aby Ten, którego nie ima się czas, zupełnie przestał nadawać do swojej panienki. Potem już tylko z ich strony dobiegały chrząknięcia i pociągnięcia nosem.
Przewodnik zapowiadał kolejne utwory, choć żadnych zapowiedzi pomiędzy utworami nie było. Wszyscy jednak – Ślązak, Przyjaciel, Ten, którego czas się nie ima wraz ze swoją dziewczyną, wyraźnie je słyszeliśmy. Snuł swoje opowieści o dawno umarłych ludziach, o kryptach i trumnach, o czasie romantycznym i niezwykle mrocznym, o Warszawie, w której dzieje się misterium. Panowała kompletna cisza. Nikt nic nie mówił, bo wszyscy chcieli słuchać zapowiedzi, patrzeć na poruszające się cienie i zatapiać się w kolejne utwory, które jak wielkie wrota do gotyckiego zamku, nakazywały nam myśleć o tym, co minione, ale piękne.
Na koniec wstawaliśmy kilkakrotnie, aby nie poprzez koszulki, ale szczery aplauz, okazać im naszą sympatię i szacunek. Został odwzajemniony – usłyszeliśmy, że jesteśmy cudowni.
Tak się też czuliśmy tego wieczoru i po wszystkim rozprawialiśmy jeszcze chwilę o tym, co się wydarzyło i gdzie byliśmy. Gdy tak rozmawialiśmy wzruszeni, przeszedł koło nas Przewodnik, machając na pożegnanie: „Wasze łzy przepadną w deszczu, ale cieszcie się chwilą w czasie”. Zawołali za nim Przyjaciel ze Ślązakiem, żeby został z nami, przystanął na chwilę, on jednak szybko zniknął w tłumie.
Pojawiła się za to Ygreczka i widząc poruszenie w grupie, zapytała, co się dzieje. „Popatrz, tam jest Przewodnik co zapowiadał utwory” – przekrzykiwali się Ten, co go się czas nie ima ze Ślązakiem – wysoki taki. Ona jednak nikogo takiego nie zauważyła i powiedziała: „Co wy mówicie, to właśnie było takie frustrujące, że nikt tych utworów nie zapowiadał i nie wiedziałam, co jest grane”. Spojrzała na Przyjaciela, a ten kiwał tylko smutno głową.

Ilustracja muzyczna:

Głosy, które spadły z nieba – Warszawa, Torwar, 22.06.2019

(Film udostępniony z profilu FB Damiana Maliszewskiego)

Mariusz Szczygieł powiedział mi wczoraj o czymś, co mnie na moment przytłoczyło. Po chwili jednak uznałem, że to piękne, co mówi. Jakiś czas temu pisał o piosenkarkach/śpiewaczkach/wokalistkach, które chciał zobaczyć na żywo. Było to przy okazji koncertu Madama Butterfly z Aleksandrą Kurzak. Wymienił te, które na żywo widział i Lisę Gerrard, której nie widział. Ja Lisy także nie widziałem, a od 12 lat marzyłem, żeby zobaczyć. Ponieważ mam dar (naprawdę mam) do zdobywania biletów, których nie można zdobyć (a te na Dead Can Dance rozeszły się kilka miesięcy temu na pniu) Zadzwoniłem i mówię „Są! Chcesz?”No i poszliśmy wczoraj. Tylko nie wiedziałem, że przed rozpoczęciem koncertu wyzna: – Lisa jest ostatnia. Nie ma już żadnej, którą chciałbym zobaczyć. Wszystkie widziałem. – Czyli możesz juz umrzeć – odparłem.- Nie, mam jeszcze mnóstwo innych rzeczy do zrobienia.Zacząłem się wtedy zastanawiać nad tym, czy na pewno chcę zobaczyć Celine Dion, Larę Fabian i Sarah Brightman. Tylko one mi zostały. Jeżeli człowiek jest spełniony, to znaczy, że zaczyna oswajać starość, nawet jeżeli o tym nie mówi. I to jest przytłaczające – perspektywa starości, z którą trzeba się zaprzyjaźnić. Ale, jeżeli jest spełniony, nie ma powodów, żeby w trakcie procesu oswajania z tą starością bić się na pięści. A Lisa? Jest, jak apostoł. Głosi własną ewangelię. Wszystko w języku, którym włada tylko ona. Fenomen polega na tym, że język ten rozumiany jest przez miliony. Wzruszyłem się pod koniec koncertu. Wtedy, gdy podszedłem pod scenę, bo chciałem zobaczyć Lisę z bliska. Ona już oswaja starość. I patrząc na nią, uzmysłowiłem sobie, że przecież ja także powoli oswajam swoją. Głos Brendana Perry’ego zjawiskowy. Swoją drogą jest nadzieja dla muzyki, której nie gra radio. Dwa dni, dwa koncerty Dead Can Dance na Torwarze. Obydwa wyprzedane od razu. Dwa razy po 6 tys ludzi na widowni. Dwa, albo trzy bisy. Owacje, jak słychać w nagraniu. Dziękuję mojemu imiennikowi za pomoc w zdobyciu wejściówek 🙂 #deadcandance #lisagerrard #mariuszszczygieł #damianmaliszewski

Opublikowany przez Damian Maliszewski Niedziela, 23 czerwca 2019

O tempo

Nastał wreszcie ten czas, gdy nie musimy zazdrościć pogody mieszkańcom

łodzie z turystami w pobliżu jaskiń w Lagos

krainy morza i słońca – pogoda w Krakowie i Lizbonie jest mniej więcej podobna. W Gdańsku to nawet nie muszą zazdrościć Lizbończykom bryzy, a my w „królewskim, stołecznym”, no cóż, wdychamy, co wdychamy.
Ja chciałem dziś trochę właśnie o pogodzie. Słowo to brzmi po portugalsku następująco – o tempo i oznacza pogodę, ale nie tylko. Oznacza też czas i jednego ze znaczeń domyślamy się z kontekstu. Pomyślałem, że obok saudade, tempo jest kolejnym, ważnym słowem kluczem do zrozumienia krainy morza i słońca. Gdy byliście lub będziecie kiedyś w Portugalii, odczujecie dogłębnie, jak płynie tam czas tak mocno związany z pogodą, że połączył się z nią na zawsze w jednym słowie. Odczujecie to zapewne najbardziej akurat nie w mieście takim jak Lizbona, ale w niezliczonych miastach, miasteczkach i miejscowościach, czyli vilas i aldeias.
Swój dzisiejszy czas też związałem z pogodą. Założyłem koszulkę z rybakami łowiącymi ryby w oceanie i wprawdzie bez bryzy, ale nad jeziorem, poczułem się przez chwilę, jak w takiej małej miejscowości, których wiele na portugalskim wybrzeżu, choć i te w głębi kraju niczym nie ustępują i m urokiem. Uroku mojego wieczoru dopełni natomiast płyta À Capella Casadefado, kupiona w Coimbrze i odczucie polskiego saudade mam już dziś zapewnione.

 

W baśniowym świecie Loreeny

Gdy rano w autobusie do pracy, z kabiny kierowcy dobiegały mnie skoczne rytmy disco polo, z których zapamiętałem słowa: „zostań u mnie do rana, a wypijemy szampana”, przeżywałem jeszcze dogłębnie jej wczorajszy koncert i wrażenie, jakie zrobił on na publiczności, która po brzegi wypełniła salę w ICE Kraków, nagradzając artystkę dwukrotnie owacją na stojąco.
Skojarzenie tej muzyki z ludowymi rytmami nie jest zresztą takie całkiem od rzeczy, choć sposób jej podania skrajnie różni się od tego, co możemy usłyszeć w ramach oferty rodzimego gatunku na użytek mas. Loreena McKennitt, bo o niej mowa, znalazła uniwersalny język dla przekazania i ożywienia pradawnych historii, wartości i związanych z nimi postaci. Absorbuje i kumuluje w sobie to wszystko w czasie swoich podróży po świecie. Powstaje na bazie tych emocji muzyka jedyna w swoim rodzaju, o niespotykanej głębi i pięknie. Jest przy tym niezmiernie różnorodna, bo odczucia, które artystka chce nam przekazać są bardziej radosne lub smutne i mają różne natężenie. Uniwersalny język, który Loreena wynalazła, stawia na swoisty i jakże dla niej charakterystyczny eklektyzm i ten styl znajdziemy na każdej jej płycie.
Wczoraj w ICE Kraków było jednak przede wszystkim słychać niebywałą energię tego przekazu i wydawać by się mogło, że to jest sprzeczność – eklektyzm i energia jednocześnie, a jednak mają to w sobie najwybitniejsi artyści, że odwołam się do Petera Hammilla, którego wprawdzie trudno nazwać wyłącznie eklektycznym, ale w czasie jego koncertu poczułem właśnie tego ducha muzyki, który pojawia się zawsze, gdy artysta zatapia się całkowicie w tym, co chce przekazać i ten nastrój udziela się publiczności. Mój kolega nazwał to komunią z instrumentami i określenie to oddaje w dużej mierze istotę rzeczy. Tego właśnie ducha wywołała wczoraj także Loreena McKennitt. Sama grała na harfie, akordeonie i fortepianie, jakże zresztą głęboka komunia to była, to miała również na scenie niesamowitych muzyków, którzy współistnieli ze sobą w rzadko spotykany sposób, czyli w kompletnej harmonii dochodzącej do tego stopnia, że momentami wydawało się, że to, co razem wytwarzają jest pięknem absolutnym. Obrazowo można powiedzieć, że było to tak piękne, że aż mogło się wydawać kiczowate, a przecież wiemy, że w rzeczywistości tak nie jest. Nie dało się więc już chyba zagrać lepiej, a z pewnością nie dało się lepiej zaśpiewać i wyciągnąć jeszcze bardziej tych partii wokalnych, które są dla tej twórczości tak bardzo charakterystyczne.
Podobne odczucia miałem podczas występu Hammilla – artysta dochodzi do granicy doskonałości, za którą niczego poprawić już nie może, a jedynie coś zepsuć. Jesteśmy wielkimi szczęściarzami, że żyjemy w czasach, gdy muzycy tego formatu do nas przyjeżdżają i koncertują na żywo. Od momentu, gdy Hamilla czy Loreeny mogliśmy słuchać wyłącznie z radiowych audycji, minęły zaledwie trzy dekady i o takiej kontemplacji można było wówczas jedynie pomarzyć, że może gdzieś, coś, kiedyś, za coś…
Jestem więc wdzięczny losowi oraz prezenterom wszechczasów z tamtych lat, że to możliwe, aby brać udział w misteriach, gdy duchy tych, którzy odeszli, ożywają w muzyce, a wokół ich postaci roztacza się aureola nieskończonego piękna przyrody, zapachów i smaków pochodzących z czasów, w których żyli. Tak to było słychać, a duchy na pewno jeszcze do tego wszystkiego zatańczą, bo już w czerwcu w Warszawie wystąpi Dead Can Dance.
Będąc wdzięcznym Loreenie wiem też, że to, co powiedziała ze sceny jest prawdą – los i przyszłość nie zawsze są w naszych rękach. Ja poczułem wczoraj, że gdyby los zadecydował w sposób inny niż bym tego sobie życzył, to jednak jej koncert był tą chwilą na nie tak w końcu długiej liście rzeczy, dla których warto było istnieć na tym świecie, bo świat malowany kreską Loreeny jest baśnią. W baśniowym świecie żyje się natomiast o wiele łatwiej i przyjemniej niż w tym, który mamy w rzeczywistości. I coś mi jednak mówi, że w tej baśni pisany jest scenariusz ponownego naszego spotkania w mieście, które aż się prosi, aby podyktowało artystce kolejną baśń, którą zachwyci się jej wierna publiczność.

Ilustracja muzyczna:
Loreena McKennitt z płyty „Nights in Alhambra”.

Zawsze na pierwszym miejscu

Zawsze na pierwszym miejscu

Na spacerze. Na zdjęciu Willy Aastrup, Anna Wandzel, Małgorzata Perdeus i Ireneusz Białek

Fot. Archiwum prywatne.

Student is a student

Mały samolot skandynawskich linii lotniczych SAS wylądował na krakowskim lotnisku. Samoloty nie lądowały wtedy często. Podróżnych też nie było wielu. Gdy pojawiłeś się w terminalu ze swoim legendarnym płaszczem, przewieszonym przez ramię, nie miałeś trudności z rozpoznaniem nas. Dwoje młodziaków i pies Ajzik, z którym od razu się przywitałeś. Ile to razy śmialiśmy się później, że na lotnisku byliśmy, my, ty, pies i kilku żołnierzy.

Taka była rzeczywistość w tym 1999 roku. Rozpierała nas duma z polskich osiągnięć w ciągu dekady odzyskanej wolności, ale wiedzieliśmy też, ile jest jeszcze do zrobienia. My, świeżo po studiach, bez pieniędzy, chcieliśmy zmniejszać nierówności, wykluczenie, młodzieńczo naiwni i pragnący przestawiać góry. Ty, w sile wieku, z ogromnym doświadczeniem, błyskotliwym intelektem, wysoką pozycją i kontaktami, postanowiłeś nam w tym pomóc.

Tego wieczoru, a może następnego, zaprosiłeś nas do restauracji korsykańskiej. Nigdy wcześniej w takiej knajpie nie byliśmy. Pamiętam, że jedliśmy frytki z czosnkiem, jakieś wysublimowane mięso i tę dziwną szarlotkę na ciepło, której francuską nazwę usłyszałem wówczas po raz pierwszy. Do tego piliśmy bardzo dobre wino.

Doradzałeś wtedy duńskiemu rządowi, a my mieliśmy tylko swoje romantyczne wizje. Powiedziałeś nam, że posiadać wizję, to bardzo dużo. Myślałem, że żartujesz. Teraz oczywiście wiem, że miałeś rację.

Te słowa musiały paść właśnie podczas naszego pierwszego spotkania. Zapytałeś, co jest obowiązkiem studentów, a my głowiliśmy się, jak na to ładnie odpowiedzieć. Ty podpowiadałeś, wpuszczając nas w maliny, że być miłym dla nauczycieli, na pewno tak, że dobrze się bawić, z całą pewnością, że poznać kogoś fajnego, oczywiście, ale najważniejszym obowiązkiem każdego studenta, w tym tego z niepełnosprawnością, jest osiągać dobre rezultaty i zdawać egzaminy. A potem padała druga część pytania – co jest obowiązkiem uniwersytetu – umożliwić tym studentom zdawanie egzaminów na równi z innymi, sprawiedliwie ich ocenić, nie dopuścić do dyskryminacji negatywnej, ale także pozytywnej oraz zrobić wszystko, aby mogli osiągać coraz lepsze rezultaty, które na rynku pracy nie będą ich odróżniać od pozostałych absolwentów – odpowiadałeś.

Ileż to razy, przez te dwadzieścia lat, w różnych miejscach Polski i Europy, przytaczaliśmy tę historię – „student is a student” i cytowaliśmy twoje pytania. Ileż to razy naszych słuchaczy dziwiło, że ów student także zasługuje na równe traktowanie. Niby proste, a pamiętasz moje frustracje, jak to wszystko opornie szło. Gdy osiemnaście lat później płynęliśmy razem Dunajcem, uznaliśmy jednak, że zarysowany w korsykańskiej restauracji plan, oparty na młodzieńczej, romantycznej wizji, został zrealizowany.

Za jednego dolara

Może to pytanie zadałem ci wtedy w Aarhus, gdy siedzieliśmy z twoimi ludźmi i zebraną przeze mnie grupą pracowników z różnych uczelni, którzy chcieli się od was czegoś nauczyć? Może wtedy, a może kiedy indziej, ale historia o dolarze na pewno rozbawiła do łez całą polską delegację. Oni słyszeli ją po raz pierwszy, a ja po raz któryś z rzędu, ale niezmiennie ją uwielbiałem.

Lata sześćdziesiąte. Duńscy studenci wyruszają na wakacje i zastanawiają się, gdzie jechać. We Francji byliśmy, w Hiszpanii też, w Niemczech jesteśmy często – dyskutują – a w Polsce jeszcze nie byliśmy. No tak, ale Polska to kraj za żelazną kurtyną- niektórzy w ten sposób wyrażali swoje lęki. Najodważniejsi, a wśród nich oczywiście Willy Aastrup, byli jednak podekscytowani tym pomysłem i przeforsowali wyjazd. Pomimo trudności w podróżowaniu, nieznajomości języka, wakacje w Polsce okazały się jednymi z najciekawszych dla grupy przyjaciół.

„Nie mieliśmy bardzo dużo pieniędzy, ale wystarczająco, aby w Polsce dobrze się bawić. Wszyscy przyjmowali nas życzliwie i z wielką gościnnością. Pamiętam fantastyczne kolacje. Te rzeczy były bardzo smaczne i robione w domu. Gdzieś nam podali rosyjskiego szampana, a gdzieś indziej polski bimber. Wyciągałem wtedy jednego dolara i pytałem, czy to jest dobra zapłata. Zawsze wystarczało i gospodarze byli zachwyceni.”

Na końcu dodawałeś zwykle – „czy wy to sobie wyobrażacie, dostać to wszystko za jednego dolara?” i polskie audytorium wybuchało śmiechem. Gdy już się nauczyliśmy opowiadać to na głosy, ja wypowiadałem sakramentalną formułkę – zapomnij Willy. Nic już za jednego dolara w tym kraju nie załatwisz, bez grubego portfela się lepiej w ogóle w nim nie pojawiaj.

W 1999 roku, chciałeś więc sobie przypomnieć, jak po przemianach ustrojowych wygląda ten dziwny kraj nad Wisłą, który życzliwie zapamiętałeś ze studenckich lat. Zawsze Ci powtarzałem, że Twoje doradztwo dla mnie kosztowało jednego dolara. Dziękuję więc rodakom z lat sześćdziesiątych, że na to zapracowali.

Pergamin z embrionów

Wisła, San, Jura, Karkonosze, Bieszczady i Dunajec. Spodobała ci się ta polska przyroda, choć nie zawsze wyrażałeś to w gorących emocjach. Taka to już uroda Skandynawów. Gdy jednak siedzieliśmy przy ognisku w Wetlinie, smakując lokalne sery i patrząc na drogę mleczną, którą mi opisywałeś, czułem wyraźnie tę fascynację. To chyba wtedy dyskutowaliśmy, jak opowiadać osobom niewidomym o gwiazdach, horyzoncie i drodze mlecznej. Pamiętasz, jak zahaczyliśmy o schronisko Pod małą Rawką, skąd spoglądaliśmy na szczyty gór i zachwycaliśmy się nimi? Zabawne było Twoje jakby lękliwe pytanie – czy to właśnie tam jest ta Ukraina? Bieszczadzkie klimaty powracały w naszych wspomnieniach przez wiele lat.

Gdy w Bibliotece Jagiellońskiej przywieziono nam do oglądania bardzo stare książki, powiedziałeś mi, że byłem zapewne pierwszą osobą, która od dwustu lat dotykała ich własnymi rękami. Nieważne, że ręce te obleczone były w bawełniane rękawiczki. Atmosfera stała się nader poważna, jak to bywa w Jagiellonce. Wszyscy się jednak na Twoje słowa roześmiali. To były rzeczywiście niezwykłe książki. Ich pergaminowe stronice wykonano przed wiekami z embrionów owiec, może takich samych, z jakich wyrosły ich bieszczadzkie siostry. Dzięki ich mleku mogliśmy delektować się w Wetlinie oscypkami. O tych serach, książkach i wielu innych sprawach, dyskutowaliśmy wieczorem przy Twojej ulubionej kawie na rynku w Krakowie. Odpalałeś fajkę z wabiąco pachnącym zapachem, otwieraliśmy dobre wino i rozmowy trwały długo w noc. Potem spacerowaliśmy po uliczkach Starego Miasta i kończyliśmy na Poselskiej, gdzie lubiłeś mieszkać.

Niewidomy chirurg

Jedno, drugie, trzecie seminarium. Pytasz poważnych ludzi uniwersytetu, czy siedzący tu Mr. Białek mógłby być chirurgiem? Konsternacja, choć wszyscy wiedzą, że nie mógłby nim być, ale nie chcą tego na głos wypowiedzieć. Mówisz, że przy tym zawodzie i z tą niepełnosprawnością, to niemożliwe, ale z inną niepełnosprawnością ludzie mogliby zostawać chirurgami i nie można ich dyskryminować. Podajesz inny przykład – że medycynę studiują obecnie kobiety, a sto lat temu nikt sobie tego nawet nie wyobrażał, co najwyżej zgłębiały sztuki piękne. Musimy więc zaakceptować, że to, co nie było kiedyś możliwe z powodu rozwoju cywilizacyjnego, mentalności, dziś jest społeczną normą i nikogo nie dziwi. Racjonalny przykład, ale jesteś odbierany jako radykał, bo publicznie twierdzisz to, co każdy uznaje w duchu za oczywiste – niewidomy Mr. Białek nie może być lekarzem chirurgiem. Ludzie, którzy na co dzień niekoniecznie Mr. Białkowi ułatwiają życie, oburzają się na Twoje słowa – chyba ten Aastrup trochę przesadza – mówią, a ja im odpowiadam, że jako bezpośrednio zainteresowany uważam dokładnie to samo, co radykał z Danii.

– Nie pozwalasz mi być chirurgiem Willy – śmiejemy się wieczorem przy Ripasso. To dzięki Tobie znam dobre Ripasso. Biedny Willy, dla romantyków chłodny racjonalista, dla racjonalistów niepoprawny romantyk.

– Dajmy sobie z tym wszystkim spokój – powiedziałem ci wtedy – nikt nas nie rozumie. Byłeś w biznesie, może coś byśmy razem wymyślili?

– Znajdujesz się w takiej sinusoidzie Irek. Raz na dole, raz na górze, ale pewnego dnia poszybujesz wysoko – odpowiadałeś, pykając fajeczkę.

Tak wiem

Gdy biorę do ręki mojego Iphone’a i patrzę w kontakty, znajdujesz się w nich na pierwszym miejscu. No cóż, Twoje nazwisko zaczyna się od dwóch literek „Aa”, więc dzieje się tak w sposób naturalny. Gdyby jednak zaczynało się na literę z – tak wiem, też byłbyś zawsze na pierwszym miejscu.

Bardzo się już do tego przyzwyczaiłem, że te dwa „Aa” wywołuję głosowo i dowiaduję się, jak oceniasz moje miejsce na sinusoidzie, a potem rozmawiamy o wszystkim, ostatnio dużo o muzyce.

Penderecki, Lutosławski – podkreślasz, jak bardzo są cenieni w Skandynawii i oczywiście polscy jazzmani. A ja czasem chciałbym sięgnąć po coś innego, ale tam jest więcej gry słów w obcym dla Ciebie języku, a ty zawsze lubiłeś wszystko do końca rozumieć. Teraz może jednak nie ma to większego znaczenia?

Tak wiem, że nie zrobimy więcej zdjęć.

Tak wiem, że na Gołębiej twój legendarny płaszcz nie zaczepi mnie.

Tak wiem, że dwadzieścia lat po studiach to wystarczająco dużo, aby młodziak stał się dojrzałym człowiekiem, który nie musi trzymać cię pod ramię.

Tak wiem, że to ja powinienem teraz podtrzymywać ramiona innych.

Tak, wszystko to wiem. Mimo to, chciałbym jednak stuknąć dwa razy w tę ikonkę z dwoma literkami „Aa” i usłyszeć w słuchawce pykającą fajeczkę oraz słowa: „Hello Irek, this is Willy. How things going on?”

Ilustracja muzyczna Myslovitz & Marek Grechuta „Kraków”:

Najlepsze komnaty

Przepraszam, że w sobotni wieczór, zabrzmi to być może nie po linii i nie po bazie. Może jednak są to nie tylko moje odczucia?
Podczas uroczystości żałobnej jednego z ministrów, z którym współpracowałem i z którego działaniami za życia sympatyzowałem, ksiądz prowadzący uroczystość ozwał się nad jego trumną w te oto słowy: „I obyś Panie dał mu jedną z najlepszych komnat, które posiadasz”.
Pomyślałem wtedy, że mało atrakcyjne jest niebo, w którym szczebel funkcji pełnionej za życia lub takie, czy inne zasługi powodują, że przydzielana na „górze” komnata może być lepsza lub gorsza. Często bowiem jest tak, że na ziemi przypadek decyduje o tym co robimy i jak z tego świata schodzimy.
Wielką tragedią jest śmierć pięciu nastolatek w Koszalinie, z których żadna nie miała szans, aby zostać ministrem. Równie przykrym dramatem było to, co wydarzyło się w czeskiej kopalni, gdzie zginęło kilkunastu polskich górników. W ich przypadku mieliśmy żałobę narodową, a w związku ze śmiercią nastolatek jest już ogłoszona żałoba w Koszalinie. Rodziny jednych i drugich otrzymają pomoc psychologiczną i materialną. Na pewno jest to słuszne.
Do dziś natomiast zastanawiam się nad śmiercią sześciu osób bezdomnych, które spłonęły w jakimś warszawskim pustostanie w Święta. Nikt nie ogłosił za nimi żałoby, ani lokalnej, ani tym bardziej narodowej. Kim byli? Jak wyglądało ich życie? Czy chcieli jakiejś zmiany, czy szukali po prostu ciepła i złudnie schronili się w opuszczonych pomieszczeniach?
Zastanawiam się nad tym, tym bardziej, że sporo czasu spędziłem na berzie. Wiecie, co to jest berza? To dworzec, mieszkanie wielu z nich. To było tak dawno, że większość z moich rozmówców pewnie już nie żyje i nie ma o tym informacji w żadnym serwisie. Przyszła mi w Święta do głowy jednak myśl, że ktoś z nich mógł dokonać żywota właśnie gdzieś tam w pustostanie i przez to na chwilę przypomniał mi o swoim losie, o tamtych rozmowach, na chwilę zaistniał też w ogólnej, społecznej świadomości. Nie była to może chwila uświęcona lokalną, czy narodową żałobą, ale wystarczająca, aby się nad człowieczym losem zastanowić i zadać sobie pytanie – za którą z tych tragedii ponosimy jako społeczeństwo największą odpowiedzialność.

McCartney – któż to taki?

Miło jest mieć świadomość, że w moim mieście, prawdopodobnie całkiem blisko miejsca, w którym się teraz znajduję, przebywa dziś Paul McCartney. Jego show w Tauron Arenie będzie z pewnością niezapomniany. To przyjemne odczucie obcowania z wielkim artystą we wspólnej przestrzeni  miejskiej, jest jednak silnie zmącone poprzez fakt, że mnie ten koncert omija, bo wyprzedał się w mgnieniu oka i nie zdążyłem nań kupić biletów . Poczucie przygnębienia wzmogło się jeszcze bardziej wczoraj, gdy podczas innego koncertu w ICE Kraków, rozmawialiśmy sobie z kolegą o Paulu i jego muzyce. Dziś od rana natomiast widać w mieście wzmożony ruch.

Właśnie ów wzmożony ruch doprowadził do rozmowy, która zmieniła całkowicie moją optykę patrzenia na ten koncert i zagnębiania się myślą, że być może nigdy już nie posłucham McCartney’a na żywo. Otóż prowadziłem senną rozmowę z bardzo młodym taksówkarzem o korkach w Krakowie i przyczynach ich powstawania w godzinach, gdy wedle wszelkich prawideł, nie powinno w ogóle ich być. Wypowiedział on pogląd, że to z powodu gości, którzy przemieszczają się do Katowic na szczyt klimatyczny, a poza tym „w Krakowie o 19.30 będzie jakiś koncert”.

– Jakiś koncert? – przebudziłem się natychmiast – McCartney proszę pana!

– A co, on jest jakiś znany? – usłyszałem w odpowiedzi.

To pytanie młodego człowieka, dość paradoksalnie, było dla mnie pewnym ukojeniem. Zrozumiałem bowiem, że można żyć na świecie bez znajomości nazwiska McCartney i martwić się dziś korkami, a nie tym, że się nie ma biletów na koncert. All my troubles seemed so far away – chciałoby się zanucić.

Dalsza część rozmowy była już postawieniem kropki nad „i”, a mianowicie młody kierowca narzekał, że duże koncerty gwiazd to komplikacja dla ruchu, że gdzieś ma wkrótce wystąpić Sławomir oraz Zenek i z pewnością będzie podobnie. Mało brakowało, abym z kolei ja nie wiedział kim są Sławomir i Zenek, ale przypadkiem zdradziła mi to kiedyś koleżanka z pracy.

Tę historię z taksówki opowiadałem dziś paru młodym osobom i mało kogo szokowało zestawienie Sławomira i Zenka z McCartney’em, więc przyjmuję zmieniającą się wokół mnie rzeczywistość jako znak czasu, tudzież piękno różnorodności, które muszę zaakceptować, nawet gdybym chciał dalej nucić sobie – Oh I believe in yesterday…

 

Ilustracja muzyczna:

„Yesterday: Paula McCartney’a z koncertu w Glastonbury.

Fish

Są jakieś kłopoty z biletami na koncert Fisha w Krakowie. Komunikat, który pojawia się w sieci jest taki, że sprzedaż wkrótce ,a koncert wydaje się być wyprzedany. Postanowiłem sprawę wyjaśnić u źródła, bo chciałem wejść w tę atmosferę sprzed lat, zwłaszcza, że zapowiedzi są takie, iż Fish wyśpiewa w całości lub niemal w całości płytę „Clutching at Straws”. I tu zaczynają się schody – jaką płytę? Jaki Fish?
– Dzień dobry, interesuje mnie koncert Fisha.
Cisza.
– Fisha i słysząc głos miłej i młodej interlokutorki uświadamiam sobie, że powinienem może coś dodać.
– Fish, nie emade coś tam, ale taki Fish, no z Marillionu.
Cisza i po chwili otrzymuję potwierdzenie tego, co już zdążyłem przeczytać w Internecie, – koncert jest wyprzedany lub sprzedaż będzie wkrótce. Który to ten Fish jest Fishem i o co w tym chodzi, nie miałem poczucia, aby się wyjaśniło.
Z pokorą przyjmuję upływ czasu i nawet byłbym chyba zadowolony, gdyby koncert w Krakowie całkiem się sprzedał. Świadczyłoby to przecież o tym, że jest nas tu więcej tych, którzy wiedzą, co to „Clutching at straws”. Może bilety kupili wszyscy ci, którzy przy premierze „Suits” wystawali we wszystkich miejscach miasta, gdzie Fish miał się pojawić. Może ci, a może inni, może nawet jacyś nowi fani, oby. W takim wypadku chętnie nawet wybiorę się do Warszawy, albo Gdańska, gdzie są jeszcze bilety. Wybiorę się, bo tonący brzytwy się chwyta, chce zatrzymać czas, zwłaszcza o pewnej porze nocy.

Ilustracja muzyczna – Fish w najlepszej formie i z winylu.