Chłopiec patrzący na relikwię

Gdy mówię komuś, że byłem ministrantem, w reakcji spotyka mnie zawsze zdumienie. Jednak w Polsce niemal każdy młody chłopiec był ministrantem lub harcerzem, ja akurat łączyłem obie te aktywności, a miało to miejsce jeszcze za tak zwanej komuny.
Bycie ministrantem uważam z obecnej perspektywy za bardzo cenne. Pozwoliło mi to patrzeć od wewnątrz na sprawy organizacji, zwanej popularnie kościołem, choć mam świadomość, że kościół to pojęcie nieco szersze od duchowieństwa. Pomimo młodego wieku, w jakim się bywa ministrantem, poczyniłem pewne obserwacje, których skutki zaważyły na moim światopoglądzie już jako człowieka dorosłego, choć oczywiście do tych młodzieńczych wniosków dołączyła lektura i refleksja intelektualna, ale to dziś zostawiam, bo dla tego tekstu kluczowa jest właśnie sfera ówczesnych obserwacji.
Otóż, można w ostatnich dniach poczytać w sieci o kroplach krwi i włosach naszego świętego rodaka, a nawet zębie podarowanym przez byłego osobistego sekretarza papieża, wielu polskim parafiom. Zdaje się, że ich liczba sięgnęła stu. Czytałem ten artykuł, jak pewnie wielu internautów, z zaciekawieniem i obrzydzeniem zarazem, współczując przy tym zmarłemu. Obrzydzenie związane było z procederem pozyskiwania relikwii, potrzebnych ponoć niektórym, aby lepiej i silniej wierzyli. Zaciekawienie natomiast dotyczyło tego, Gdzie krew jest przechowywana? Jak i kto nalewa ją do ampułek? Wedle jakich kryteriów specyfiki te są przydzielane i wysyłane parafiom? – te i inne pytania aż same cisnęły mi się na usta i dziw bierze, że żaden dziennikarz jeszcze nie próbował ich zadawać, albo próbował, tylko nie uzyskał odpowiedzi, co w przypadku tej organizacji należy uznać za normalne.
Wracając do młodzieńczych obserwacji, pochodzą one z pięknego klasztoru, w którym Przechowywano relikwie błogosławionego Wincentego Kadłubka. Jego wspaniały portret wisiał również w naszym kościele. Relikwie te przyjeżdżały z klasztoru i na zapleczu zwanym zakrystią, oczekiwały na mające się odbyć uroczystości. To dawało mi okazję do obserwacji, którą jako krótkowidz, czyniłem wówczas z bardzo bliska. W jednej z monstrancji, umieszczona była kość błogosławionego. Do dziś pamiętam, że pokrywał ją zielonkawy nalot, choć barwę miała żółtawą. Posiadała nieregularne kształty i różnego rodzaju wybrzuszenia. Ulokowano ją w środku okazałej monstrancji, z której odchodziły na boki świetliste promienie.
Fascynowała mnie ta kość, bo wiedziałem, że wedle posiadanych w klasztorze przekazów, została pozyskana wprost z jego ciała, ale nie pamiętam, z której konkretnie części, o ile było to w ogóle wiadomo. Zadawałem sobie pytania, jak przetrwała w tak pięknej formie do czasów, w których przyszło mi żyć, wszak poczciwy kronikarz zmarł w XIII wieku,, dlaczego jest potrzebna do obrzędów religijnych autentyczna, ludzka kość, czemu tu, na zapleczu, wszyscy przechodzą koło niej dość obojętnie, podczas gdy publicznie klęka się przed monstrancją niemal krzyżem, czy nie boją się tej relikwii dzieci itd. Część z tych pytań zadawałem ludziom, którzy powinni umieć na nie odpowiedzieć, ale satysfakcjonującej odpowiedzi nie pamiętam, za to doskonale sobie przypominam, jak mówiono mi, że mam pytań nie zadawać, tylko głęboko wierzyć.
Muszę powiedzieć, że jestem im za tę naukę wdzięczny po dziś dzień, bo w znaczący sposób ludzie ci przyczynili się do mojego rozwoju intelektualnego i przyszłych poszukiwań. Być może powinienem być też wdzięczny samemu Kadłubkowi i jego kości. Jeśli tak, to tę wdzięczność niniejszym wyrażam, nie będąc wszelako do tej pory przekonany, czy najlepszą drogą krzewienia i podtrzymywania wiary, jest rozczłonkowywanie czyjegoś ciała. Zostawiam jednak ten dylemat teologom i współczesnym ojcom organizacji, a historię tę opisuję głównie z tego powodu, że odczuwam jej powtarzalność, która powoduje jakby cofnięcie w czasie. Wprawdzie to już nie ja, a zupełnie inny chłopiec przystaje w jednej ze stu parafii przed kroplą krwi lub włosem świętego, przyglądając się z zafascynowaniem relikwiom i zadaje swoje pytania. Nie uzyskuje jednak na nie odpowiedzi. Mam nieprzepartą chęć przystanięcia koło niego i rozmowy, ale zdaję sobie sprawę, że w tej akurat chwili nie musi to być najlepszy pomysł. Wybieram więc trzymanie za niego kciuków, aby rozpoczął swoje poszukiwania i odnalazł własne odpowiedzi na pytania, które dziś pozostają niewiadomymi. Jestem pewny, że te odpowiedzi znajdzie, pójdzie swoją drogą i będzie szczęśliwy.

Przewodnik

Opowiadają: Ygreczka, Ślązak, Ten, co go się czas nie ima, Przyjaciel i ja się też włączam od czasu do czasu.

– Dobrej zabawy Państwu życzę – powiedziała Ygreczka, kasując nasze bilety na ten pierwszy, z dwóch koncertów w Polsce.
– To nie zabawa – śmiejemy się z Przyjacielem – to misterium. Ona nie wie o czym mówi i przy czym jest zatrudniona – zgadzamy się. To nie jej wina. Po prostu w takich czasach żyje.
Oglądamy zgrzebną halę, w której owo misterium ma się odbyć. Na co dzień wylewają tu wodę i ludzie jeżdżą na łyżwach, a może wcale ludzie nie jeżdżą już na łyżwach? Dziś to miejsce nie kojarzy się nam jednak z lodem. Panuje tu obrzydliwa stęchlizna i powietrze stoi w miejscu. W Warszawie była burza, ale nie w tej okolicy.
– Czy nie ma w stolicy lepszych sal koncertowych? – pyta retorycznie Przyjaciel – przecież oni powinni występować w filharmonii.
Kręcimy się, szukając koszulek i wracamy do naszej Ygreczki.
– Oni nie chcieli – mówi Ygreczka.
– Jacy oni? – dopytujemy, nie bardzo jej wierząc, czy wie, o czym i o jakich „onych” mówi.
Jej słowa potwierdza jednak strażniczka – z nią są naczelni dowódcy, więc na pewno jest tak, że jak oni nie chcieli, to ona wie, że koszulek miało nie być. Odchodzimy zawiedzeni, bo pragnęliśmy pokazać choćby przez te koszulki, jak bardzo ich cenimy. Poza tym, motywy wizualne na biletach tej trasy są bardzo ładne i myśleliśmy, że zostaną uwiecznione także na koszulkach. Może w takim razie zamienimy koszulki na inny rodzaj ekspresji?
Zaczynamy głośno utyskiwać, czy dźwięk w tej hali będzie odpowiedni. Podchodzi do nas Ślązak.
– Może ja pomogę. Najlepszy dźwięk jest w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. Byłem na Loreenie w Krakowie i w Zabrzu. Porównania nie było.
– Też byliśmy na Loreenie.
– Super, ale taka muzyka upada. Wiecie, czego słucha ostatnio mój siedemnastoletni sąsiad? że pier… paragony. Kazałem mu to przemyśleć raz jeszcze. Obiecałem, że może mu coś puszczę i z tą głośnością rzęchów o paragonach żeby jednak uważał, bo ja też mam kur… jakiś sprzęt.
– Gdzie ich słyszałeś pierwszy raz – zapytał ktoś.
– Włączyłem Trójkę i leciała taka płyta, to znaczy później dowiedziałem się, że to był „Spleen and ideal” i po jej zakończeniu usłyszałem głos Marka Niedźwieckiego, że teraz właściwie nic już nie powinno być grane. Wiecie kur…, że ja mając dziś compact, słucham tej płyty i wciąż czekam na te słowa… Tyle się tego osłuchałem z kasety.
– No tak Trójka… – mówi Przyjaciel – teraz to już tak Trójka nie zagra.
– Nie mówmy o tym, co się z Trójką dzieje – rzuca ktoś.
– Na jakim byliście ostatnio koncercie – pyta Ślązak.
– Na Hammillu. I wyszedł na scenę punktualnie – odpowiada Przyjaciel.
– Hammill to zawodowiec. Chce się już wyspać – śmieje się Ślązak – nie mają te Ygreki Przewodników po muzyce. Oj nie mają. Skąd się w ogóle czegoś dowiadują w tym temacie?
– Z Youtube – podpowiada Przyjaciel – z Youtube.
– Po 10 sekund z Youtube słuchają i jak się te 10 sekund nie podoba, wyłączają – wtrącam – życia by im nie starczyło na dotarcie do Dead can Dance.
10 sekund hip hopu – dodaje Przyjaciel, którego wzięło na wspominki – pierwszy Dead can Dance to Beksiński pewnie zapowiadał.
– Ooo, świętej pamięci Beksiński – ile to lat minęło…
Gasną światła. Pojawiają się cienie. Burza oklasków wita ich na scenie i wraz z pierwszymi taktami muzyki, ku zaskoczeniu tych, którzy go nagle zobaczyli, pojawia się Przewodnik.
„Wzruszenie ściska mnie za gardło, że tu jesteście i tego słuchacie. Gdybym nawet mógł z Wami być i ten koncert zapowiadać, nie umiałbym dobrać słów… Warszawa i taniec z umarłymi. Dla takich chwil jak ta warto było żyć”. Bijemy brawo, mocno bijemy brawo.
Cienie poruszają się w rytm dawno niesłyszanych w Warszawie utworów. Tuż obok mnie i Przyjaciela zasiadła para intensywnie rozmawiali, a rozmowa ta zaczęła się tak: „O kur…, ale dziadki. Ja pier…”, czyli tak jakoś bardzo swojsko.
Przewodnik zapowiadał jednak kolejne utwory. Rozbrzmiewały dźwięki nieznane i znane, najdziwniejsze i mniej dziwne, najbardziej niezwykłe i zwykłe. Cichły rozmowy, rozpoczynało się misterium. Wystarczyło coś z Within a realm of a dying sun, aby Ten, którego nie ima się czas, zupełnie przestał nadawać do swojej panienki. Potem już tylko z ich strony dobiegały chrząknięcia i pociągnięcia nosem.
Przewodnik zapowiadał kolejne utwory, choć żadnych zapowiedzi pomiędzy utworami nie było. Wszyscy jednak – Ślązak, Przyjaciel, Ten, którego czas się nie ima wraz ze swoją dziewczyną, wyraźnie je słyszeliśmy. Snuł swoje opowieści o dawno umarłych ludziach, o kryptach i trumnach, o czasie romantycznym i niezwykle mrocznym, o Warszawie, w której dzieje się misterium. Panowała kompletna cisza. Nikt nic nie mówił, bo wszyscy chcieli słuchać zapowiedzi, patrzeć na poruszające się cienie i zatapiać się w kolejne utwory, które jak wielkie wrota do gotyckiego zamku, nakazywały nam myśleć o tym, co minione, ale piękne.
Na koniec wstawaliśmy kilkakrotnie, aby nie poprzez koszulki, ale szczery aplauz, okazać im naszą sympatię i szacunek. Został odwzajemniony – usłyszeliśmy, że jesteśmy cudowni.
Tak się też czuliśmy tego wieczoru i po wszystkim rozprawialiśmy jeszcze chwilę o tym, co się wydarzyło i gdzie byliśmy. Gdy tak rozmawialiśmy wzruszeni, przeszedł koło nas Przewodnik, machając na pożegnanie: „Wasze łzy przepadną w deszczu, ale cieszcie się chwilą w czasie”. Zawołali za nim Przyjaciel ze Ślązakiem, żeby został z nami, przystanął na chwilę, on jednak szybko zniknął w tłumie.
Pojawiła się za to Ygreczka i widząc poruszenie w grupie, zapytała, co się dzieje. „Popatrz, tam jest Przewodnik co zapowiadał utwory” – przekrzykiwali się Ten, co go się czas nie ima ze Ślązakiem – wysoki taki. Ona jednak nikogo takiego nie zauważyła i powiedziała: „Co wy mówicie, to właśnie było takie frustrujące, że nikt tych utworów nie zapowiadał i nie wiedziałam, co jest grane”. Spojrzała na Przyjaciela, a ten kiwał tylko smutno głową.

Ilustracja muzyczna:

Głosy, które spadły z nieba – Warszawa, Torwar, 22.06.2019

(Film udostępniony z profilu FB Damiana Maliszewskiego)

Mariusz Szczygieł powiedział mi wczoraj o czymś, co mnie na moment przytłoczyło. Po chwili jednak uznałem, że to piękne, co mówi. Jakiś czas temu pisał o piosenkarkach/śpiewaczkach/wokalistkach, które chciał zobaczyć na żywo. Było to przy okazji koncertu Madama Butterfly z Aleksandrą Kurzak. Wymienił te, które na żywo widział i Lisę Gerrard, której nie widział. Ja Lisy także nie widziałem, a od 12 lat marzyłem, żeby zobaczyć. Ponieważ mam dar (naprawdę mam) do zdobywania biletów, których nie można zdobyć (a te na Dead Can Dance rozeszły się kilka miesięcy temu na pniu) Zadzwoniłem i mówię „Są! Chcesz?”No i poszliśmy wczoraj. Tylko nie wiedziałem, że przed rozpoczęciem koncertu wyzna: – Lisa jest ostatnia. Nie ma już żadnej, którą chciałbym zobaczyć. Wszystkie widziałem. – Czyli możesz juz umrzeć – odparłem.- Nie, mam jeszcze mnóstwo innych rzeczy do zrobienia.Zacząłem się wtedy zastanawiać nad tym, czy na pewno chcę zobaczyć Celine Dion, Larę Fabian i Sarah Brightman. Tylko one mi zostały. Jeżeli człowiek jest spełniony, to znaczy, że zaczyna oswajać starość, nawet jeżeli o tym nie mówi. I to jest przytłaczające – perspektywa starości, z którą trzeba się zaprzyjaźnić. Ale, jeżeli jest spełniony, nie ma powodów, żeby w trakcie procesu oswajania z tą starością bić się na pięści. A Lisa? Jest, jak apostoł. Głosi własną ewangelię. Wszystko w języku, którym włada tylko ona. Fenomen polega na tym, że język ten rozumiany jest przez miliony. Wzruszyłem się pod koniec koncertu. Wtedy, gdy podszedłem pod scenę, bo chciałem zobaczyć Lisę z bliska. Ona już oswaja starość. I patrząc na nią, uzmysłowiłem sobie, że przecież ja także powoli oswajam swoją. Głos Brendana Perry’ego zjawiskowy. Swoją drogą jest nadzieja dla muzyki, której nie gra radio. Dwa dni, dwa koncerty Dead Can Dance na Torwarze. Obydwa wyprzedane od razu. Dwa razy po 6 tys ludzi na widowni. Dwa, albo trzy bisy. Owacje, jak słychać w nagraniu. Dziękuję mojemu imiennikowi za pomoc w zdobyciu wejściówek 🙂 #deadcandance #lisagerrard #mariuszszczygieł #damianmaliszewski

Opublikowany przez Damian Maliszewski Niedziela, 23 czerwca 2019

O tempo

Nastał wreszcie ten czas, gdy nie musimy zazdrościć pogody mieszkańcom

łodzie z turystami w pobliżu jaskiń w Lagos

krainy morza i słońca – pogoda w Krakowie i Lizbonie jest mniej więcej podobna. W Gdańsku to nawet nie muszą zazdrościć Lizbończykom bryzy, a my w „królewskim, stołecznym”, no cóż, wdychamy, co wdychamy.
Ja chciałem dziś trochę właśnie o pogodzie. Słowo to brzmi po portugalsku następująco – o tempo i oznacza pogodę, ale nie tylko. Oznacza też czas i jednego ze znaczeń domyślamy się z kontekstu. Pomyślałem, że obok saudade, tempo jest kolejnym, ważnym słowem kluczem do zrozumienia krainy morza i słońca. Gdy byliście lub będziecie kiedyś w Portugalii, odczujecie dogłębnie, jak płynie tam czas tak mocno związany z pogodą, że połączył się z nią na zawsze w jednym słowie. Odczujecie to zapewne najbardziej akurat nie w mieście takim jak Lizbona, ale w niezliczonych miastach, miasteczkach i miejscowościach, czyli vilas i aldeias.
Swój dzisiejszy czas też związałem z pogodą. Założyłem koszulkę z rybakami łowiącymi ryby w oceanie i wprawdzie bez bryzy, ale nad jeziorem, poczułem się przez chwilę, jak w takiej małej miejscowości, których wiele na portugalskim wybrzeżu, choć i te w głębi kraju niczym nie ustępują i m urokiem. Uroku mojego wieczoru dopełni natomiast płyta À Capella Casadefado, kupiona w Coimbrze i odczucie polskiego saudade mam już dziś zapewnione.

 

W baśniowym świecie Loreeny

Gdy rano w autobusie do pracy, z kabiny kierowcy dobiegały mnie skoczne rytmy disco polo, z których zapamiętałem słowa: „zostań u mnie do rana, a wypijemy szampana”, przeżywałem jeszcze dogłębnie jej wczorajszy koncert i wrażenie, jakie zrobił on na publiczności, która po brzegi wypełniła salę w ICE Kraków, nagradzając artystkę dwukrotnie owacją na stojąco.
Skojarzenie tej muzyki z ludowymi rytmami nie jest zresztą takie całkiem od rzeczy, choć sposób jej podania skrajnie różni się od tego, co możemy usłyszeć w ramach oferty rodzimego gatunku na użytek mas. Loreena McKennitt, bo o niej mowa, znalazła uniwersalny język dla przekazania i ożywienia pradawnych historii, wartości i związanych z nimi postaci. Absorbuje i kumuluje w sobie to wszystko w czasie swoich podróży po świecie. Powstaje na bazie tych emocji muzyka jedyna w swoim rodzaju, o niespotykanej głębi i pięknie. Jest przy tym niezmiernie różnorodna, bo odczucia, które artystka chce nam przekazać są bardziej radosne lub smutne i mają różne natężenie. Uniwersalny język, który Loreena wynalazła, stawia na swoisty i jakże dla niej charakterystyczny eklektyzm i ten styl znajdziemy na każdej jej płycie.
Wczoraj w ICE Kraków było jednak przede wszystkim słychać niebywałą energię tego przekazu i wydawać by się mogło, że to jest sprzeczność – eklektyzm i energia jednocześnie, a jednak mają to w sobie najwybitniejsi artyści, że odwołam się do Petera Hammilla, którego wprawdzie trudno nazwać wyłącznie eklektycznym, ale w czasie jego koncertu poczułem właśnie tego ducha muzyki, który pojawia się zawsze, gdy artysta zatapia się całkowicie w tym, co chce przekazać i ten nastrój udziela się publiczności. Mój kolega nazwał to komunią z instrumentami i określenie to oddaje w dużej mierze istotę rzeczy. Tego właśnie ducha wywołała wczoraj także Loreena McKennitt. Sama grała na harfie, akordeonie i fortepianie, jakże zresztą głęboka komunia to była, to miała również na scenie niesamowitych muzyków, którzy współistnieli ze sobą w rzadko spotykany sposób, czyli w kompletnej harmonii dochodzącej do tego stopnia, że momentami wydawało się, że to, co razem wytwarzają jest pięknem absolutnym. Obrazowo można powiedzieć, że było to tak piękne, że aż mogło się wydawać kiczowate, a przecież wiemy, że w rzeczywistości tak nie jest. Nie dało się więc już chyba zagrać lepiej, a z pewnością nie dało się lepiej zaśpiewać i wyciągnąć jeszcze bardziej tych partii wokalnych, które są dla tej twórczości tak bardzo charakterystyczne.
Podobne odczucia miałem podczas występu Hammilla – artysta dochodzi do granicy doskonałości, za którą niczego poprawić już nie może, a jedynie coś zepsuć. Jesteśmy wielkimi szczęściarzami, że żyjemy w czasach, gdy muzycy tego formatu do nas przyjeżdżają i koncertują na żywo. Od momentu, gdy Hamilla czy Loreeny mogliśmy słuchać wyłącznie z radiowych audycji, minęły zaledwie trzy dekady i o takiej kontemplacji można było wówczas jedynie pomarzyć, że może gdzieś, coś, kiedyś, za coś…
Jestem więc wdzięczny losowi oraz prezenterom wszechczasów z tamtych lat, że to możliwe, aby brać udział w misteriach, gdy duchy tych, którzy odeszli, ożywają w muzyce, a wokół ich postaci roztacza się aureola nieskończonego piękna przyrody, zapachów i smaków pochodzących z czasów, w których żyli. Tak to było słychać, a duchy na pewno jeszcze do tego wszystkiego zatańczą, bo już w czerwcu w Warszawie wystąpi Dead Can Dance.
Będąc wdzięcznym Loreenie wiem też, że to, co powiedziała ze sceny jest prawdą – los i przyszłość nie zawsze są w naszych rękach. Ja poczułem wczoraj, że gdyby los zadecydował w sposób inny niż bym tego sobie życzył, to jednak jej koncert był tą chwilą na nie tak w końcu długiej liście rzeczy, dla których warto było istnieć na tym świecie, bo świat malowany kreską Loreeny jest baśnią. W baśniowym świecie żyje się natomiast o wiele łatwiej i przyjemniej niż w tym, który mamy w rzeczywistości. I coś mi jednak mówi, że w tej baśni pisany jest scenariusz ponownego naszego spotkania w mieście, które aż się prosi, aby podyktowało artystce kolejną baśń, którą zachwyci się jej wierna publiczność.

Ilustracja muzyczna:
Loreena McKennitt z płyty „Nights in Alhambra”.

Zawsze na pierwszym miejscu

Zawsze na pierwszym miejscu

Na spacerze. Na zdjęciu Willy Aastrup, Anna Wandzel, Małgorzata Perdeus i Ireneusz Białek

Fot. Archiwum prywatne.

Student is a student

Mały samolot skandynawskich linii lotniczych SAS wylądował na krakowskim lotnisku. Samoloty nie lądowały wtedy często. Podróżnych też nie było wielu. Gdy pojawiłeś się w terminalu ze swoim legendarnym płaszczem, przewieszonym przez ramię, nie miałeś trudności z rozpoznaniem nas. Dwoje młodziaków i pies Ajzik, z którym od razu się przywitałeś. Ile to razy śmialiśmy się później, że na lotnisku byliśmy, my, ty, pies i kilku żołnierzy.

Taka była rzeczywistość w tym 1999 roku. Rozpierała nas duma z polskich osiągnięć w ciągu dekady odzyskanej wolności, ale wiedzieliśmy też, ile jest jeszcze do zrobienia. My, świeżo po studiach, bez pieniędzy, chcieliśmy zmniejszać nierówności, wykluczenie, młodzieńczo naiwni i pragnący przestawiać góry. Ty, w sile wieku, z ogromnym doświadczeniem, błyskotliwym intelektem, wysoką pozycją i kontaktami, postanowiłeś nam w tym pomóc.

Tego wieczoru, a może następnego, zaprosiłeś nas do restauracji korsykańskiej. Nigdy wcześniej w takiej knajpie nie byliśmy. Pamiętam, że jedliśmy frytki z czosnkiem, jakieś wysublimowane mięso i tę dziwną szarlotkę na ciepło, której francuską nazwę usłyszałem wówczas po raz pierwszy. Do tego piliśmy bardzo dobre wino.

Doradzałeś wtedy duńskiemu rządowi, a my mieliśmy tylko swoje romantyczne wizje. Powiedziałeś nam, że posiadać wizję, to bardzo dużo. Myślałem, że żartujesz. Teraz oczywiście wiem, że miałeś rację.

Te słowa musiały paść właśnie podczas naszego pierwszego spotkania. Zapytałeś, co jest obowiązkiem studentów, a my głowiliśmy się, jak na to ładnie odpowiedzieć. Ty podpowiadałeś, wpuszczając nas w maliny, że być miłym dla nauczycieli, na pewno tak, że dobrze się bawić, z całą pewnością, że poznać kogoś fajnego, oczywiście, ale najważniejszym obowiązkiem każdego studenta, w tym tego z niepełnosprawnością, jest osiągać dobre rezultaty i zdawać egzaminy. A potem padała druga część pytania – co jest obowiązkiem uniwersytetu – umożliwić tym studentom zdawanie egzaminów na równi z innymi, sprawiedliwie ich ocenić, nie dopuścić do dyskryminacji negatywnej, ale także pozytywnej oraz zrobić wszystko, aby mogli osiągać coraz lepsze rezultaty, które na rynku pracy nie będą ich odróżniać od pozostałych absolwentów – odpowiadałeś.

Ileż to razy, przez te dwadzieścia lat, w różnych miejscach Polski i Europy, przytaczaliśmy tę historię – „student is a student” i cytowaliśmy twoje pytania. Ileż to razy naszych słuchaczy dziwiło, że ów student także zasługuje na równe traktowanie. Niby proste, a pamiętasz moje frustracje, jak to wszystko opornie szło. Gdy osiemnaście lat później płynęliśmy razem Dunajcem, uznaliśmy jednak, że zarysowany w korsykańskiej restauracji plan, oparty na młodzieńczej, romantycznej wizji, został zrealizowany.

Za jednego dolara

Może to pytanie zadałem ci wtedy w Aarhus, gdy siedzieliśmy z twoimi ludźmi i zebraną przeze mnie grupą pracowników z różnych uczelni, którzy chcieli się od was czegoś nauczyć? Może wtedy, a może kiedy indziej, ale historia o dolarze na pewno rozbawiła do łez całą polską delegację. Oni słyszeli ją po raz pierwszy, a ja po raz któryś z rzędu, ale niezmiennie ją uwielbiałem.

Lata sześćdziesiąte. Duńscy studenci wyruszają na wakacje i zastanawiają się, gdzie jechać. We Francji byliśmy, w Hiszpanii też, w Niemczech jesteśmy często – dyskutują – a w Polsce jeszcze nie byliśmy. No tak, ale Polska to kraj za żelazną kurtyną- niektórzy w ten sposób wyrażali swoje lęki. Najodważniejsi, a wśród nich oczywiście Willy Aastrup, byli jednak podekscytowani tym pomysłem i przeforsowali wyjazd. Pomimo trudności w podróżowaniu, nieznajomości języka, wakacje w Polsce okazały się jednymi z najciekawszych dla grupy przyjaciół.

„Nie mieliśmy bardzo dużo pieniędzy, ale wystarczająco, aby w Polsce dobrze się bawić. Wszyscy przyjmowali nas życzliwie i z wielką gościnnością. Pamiętam fantastyczne kolacje. Te rzeczy były bardzo smaczne i robione w domu. Gdzieś nam podali rosyjskiego szampana, a gdzieś indziej polski bimber. Wyciągałem wtedy jednego dolara i pytałem, czy to jest dobra zapłata. Zawsze wystarczało i gospodarze byli zachwyceni.”

Na końcu dodawałeś zwykle – „czy wy to sobie wyobrażacie, dostać to wszystko za jednego dolara?” i polskie audytorium wybuchało śmiechem. Gdy już się nauczyliśmy opowiadać to na głosy, ja wypowiadałem sakramentalną formułkę – zapomnij Willy. Nic już za jednego dolara w tym kraju nie załatwisz, bez grubego portfela się lepiej w ogóle w nim nie pojawiaj.

W 1999 roku, chciałeś więc sobie przypomnieć, jak po przemianach ustrojowych wygląda ten dziwny kraj nad Wisłą, który życzliwie zapamiętałeś ze studenckich lat. Zawsze Ci powtarzałem, że Twoje doradztwo dla mnie kosztowało jednego dolara. Dziękuję więc rodakom z lat sześćdziesiątych, że na to zapracowali.

Pergamin z embrionów

Wisła, San, Jura, Karkonosze, Bieszczady i Dunajec. Spodobała ci się ta polska przyroda, choć nie zawsze wyrażałeś to w gorących emocjach. Taka to już uroda Skandynawów. Gdy jednak siedzieliśmy przy ognisku w Wetlinie, smakując lokalne sery i patrząc na drogę mleczną, którą mi opisywałeś, czułem wyraźnie tę fascynację. To chyba wtedy dyskutowaliśmy, jak opowiadać osobom niewidomym o gwiazdach, horyzoncie i drodze mlecznej. Pamiętasz, jak zahaczyliśmy o schronisko Pod małą Rawką, skąd spoglądaliśmy na szczyty gór i zachwycaliśmy się nimi? Zabawne było Twoje jakby lękliwe pytanie – czy to właśnie tam jest ta Ukraina? Bieszczadzkie klimaty powracały w naszych wspomnieniach przez wiele lat.

Gdy w Bibliotece Jagiellońskiej przywieziono nam do oglądania bardzo stare książki, powiedziałeś mi, że byłem zapewne pierwszą osobą, która od dwustu lat dotykała ich własnymi rękami. Nieważne, że ręce te obleczone były w bawełniane rękawiczki. Atmosfera stała się nader poważna, jak to bywa w Jagiellonce. Wszyscy się jednak na Twoje słowa roześmiali. To były rzeczywiście niezwykłe książki. Ich pergaminowe stronice wykonano przed wiekami z embrionów owiec, może takich samych, z jakich wyrosły ich bieszczadzkie siostry. Dzięki ich mleku mogliśmy delektować się w Wetlinie oscypkami. O tych serach, książkach i wielu innych sprawach, dyskutowaliśmy wieczorem przy Twojej ulubionej kawie na rynku w Krakowie. Odpalałeś fajkę z wabiąco pachnącym zapachem, otwieraliśmy dobre wino i rozmowy trwały długo w noc. Potem spacerowaliśmy po uliczkach Starego Miasta i kończyliśmy na Poselskiej, gdzie lubiłeś mieszkać.

Niewidomy chirurg

Jedno, drugie, trzecie seminarium. Pytasz poważnych ludzi uniwersytetu, czy siedzący tu Mr. Białek mógłby być chirurgiem? Konsternacja, choć wszyscy wiedzą, że nie mógłby nim być, ale nie chcą tego na głos wypowiedzieć. Mówisz, że przy tym zawodzie i z tą niepełnosprawnością, to niemożliwe, ale z inną niepełnosprawnością ludzie mogliby zostawać chirurgami i nie można ich dyskryminować. Podajesz inny przykład – że medycynę studiują obecnie kobiety, a sto lat temu nikt sobie tego nawet nie wyobrażał, co najwyżej zgłębiały sztuki piękne. Musimy więc zaakceptować, że to, co nie było kiedyś możliwe z powodu rozwoju cywilizacyjnego, mentalności, dziś jest społeczną normą i nikogo nie dziwi. Racjonalny przykład, ale jesteś odbierany jako radykał, bo publicznie twierdzisz to, co każdy uznaje w duchu za oczywiste – niewidomy Mr. Białek nie może być lekarzem chirurgiem. Ludzie, którzy na co dzień niekoniecznie Mr. Białkowi ułatwiają życie, oburzają się na Twoje słowa – chyba ten Aastrup trochę przesadza – mówią, a ja im odpowiadam, że jako bezpośrednio zainteresowany uważam dokładnie to samo, co radykał z Danii.

– Nie pozwalasz mi być chirurgiem Willy – śmiejemy się wieczorem przy Ripasso. To dzięki Tobie znam dobre Ripasso. Biedny Willy, dla romantyków chłodny racjonalista, dla racjonalistów niepoprawny romantyk.

– Dajmy sobie z tym wszystkim spokój – powiedziałem ci wtedy – nikt nas nie rozumie. Byłeś w biznesie, może coś byśmy razem wymyślili?

– Znajdujesz się w takiej sinusoidzie Irek. Raz na dole, raz na górze, ale pewnego dnia poszybujesz wysoko – odpowiadałeś, pykając fajeczkę.

Tak wiem

Gdy biorę do ręki mojego Iphone’a i patrzę w kontakty, znajdujesz się w nich na pierwszym miejscu. No cóż, Twoje nazwisko zaczyna się od dwóch literek „Aa”, więc dzieje się tak w sposób naturalny. Gdyby jednak zaczynało się na literę z – tak wiem, też byłbyś zawsze na pierwszym miejscu.

Bardzo się już do tego przyzwyczaiłem, że te dwa „Aa” wywołuję głosowo i dowiaduję się, jak oceniasz moje miejsce na sinusoidzie, a potem rozmawiamy o wszystkim, ostatnio dużo o muzyce.

Penderecki, Lutosławski – podkreślasz, jak bardzo są cenieni w Skandynawii i oczywiście polscy jazzmani. A ja czasem chciałbym sięgnąć po coś innego, ale tam jest więcej gry słów w obcym dla Ciebie języku, a ty zawsze lubiłeś wszystko do końca rozumieć. Teraz może jednak nie ma to większego znaczenia?

Tak wiem, że nie zrobimy więcej zdjęć.

Tak wiem, że na Gołębiej twój legendarny płaszcz nie zaczepi mnie.

Tak wiem, że dwadzieścia lat po studiach to wystarczająco dużo, aby młodziak stał się dojrzałym człowiekiem, który nie musi trzymać cię pod ramię.

Tak wiem, że to ja powinienem teraz podtrzymywać ramiona innych.

Tak, wszystko to wiem. Mimo to, chciałbym jednak stuknąć dwa razy w tę ikonkę z dwoma literkami „Aa” i usłyszeć w słuchawce pykającą fajeczkę oraz słowa: „Hello Irek, this is Willy. How things going on?”

Ilustracja muzyczna Myslovitz & Marek Grechuta „Kraków”:

Najlepsze komnaty

Przepraszam, że w sobotni wieczór, zabrzmi to być może nie po linii i nie po bazie. Może jednak są to nie tylko moje odczucia?
Podczas uroczystości żałobnej jednego z ministrów, z którym współpracowałem i z którego działaniami za życia sympatyzowałem, ksiądz prowadzący uroczystość ozwał się nad jego trumną w te oto słowy: „I obyś Panie dał mu jedną z najlepszych komnat, które posiadasz”.
Pomyślałem wtedy, że mało atrakcyjne jest niebo, w którym szczebel funkcji pełnionej za życia lub takie, czy inne zasługi powodują, że przydzielana na „górze” komnata może być lepsza lub gorsza. Często bowiem jest tak, że na ziemi przypadek decyduje o tym co robimy i jak z tego świata schodzimy.
Wielką tragedią jest śmierć pięciu nastolatek w Koszalinie, z których żadna nie miała szans, aby zostać ministrem. Równie przykrym dramatem było to, co wydarzyło się w czeskiej kopalni, gdzie zginęło kilkunastu polskich górników. W ich przypadku mieliśmy żałobę narodową, a w związku ze śmiercią nastolatek jest już ogłoszona żałoba w Koszalinie. Rodziny jednych i drugich otrzymają pomoc psychologiczną i materialną. Na pewno jest to słuszne.
Do dziś natomiast zastanawiam się nad śmiercią sześciu osób bezdomnych, które spłonęły w jakimś warszawskim pustostanie w Święta. Nikt nie ogłosił za nimi żałoby, ani lokalnej, ani tym bardziej narodowej. Kim byli? Jak wyglądało ich życie? Czy chcieli jakiejś zmiany, czy szukali po prostu ciepła i złudnie schronili się w opuszczonych pomieszczeniach?
Zastanawiam się nad tym, tym bardziej, że sporo czasu spędziłem na berzie. Wiecie, co to jest berza? To dworzec, mieszkanie wielu z nich. To było tak dawno, że większość z moich rozmówców pewnie już nie żyje i nie ma o tym informacji w żadnym serwisie. Przyszła mi w Święta do głowy jednak myśl, że ktoś z nich mógł dokonać żywota właśnie gdzieś tam w pustostanie i przez to na chwilę przypomniał mi o swoim losie, o tamtych rozmowach, na chwilę zaistniał też w ogólnej, społecznej świadomości. Nie była to może chwila uświęcona lokalną, czy narodową żałobą, ale wystarczająca, aby się nad człowieczym losem zastanowić i zadać sobie pytanie – za którą z tych tragedii ponosimy jako społeczeństwo największą odpowiedzialność.

McCartney – któż to taki?

Miło jest mieć świadomość, że w moim mieście, prawdopodobnie całkiem blisko miejsca, w którym się teraz znajduję, przebywa dziś Paul McCartney. Jego show w Tauron Arenie będzie z pewnością niezapomniany. To przyjemne odczucie obcowania z wielkim artystą we wspólnej przestrzeni  miejskiej, jest jednak silnie zmącone poprzez fakt, że mnie ten koncert omija, bo wyprzedał się w mgnieniu oka i nie zdążyłem nań kupić biletów . Poczucie przygnębienia wzmogło się jeszcze bardziej wczoraj, gdy podczas innego koncertu w ICE Kraków, rozmawialiśmy sobie z kolegą o Paulu i jego muzyce. Dziś od rana natomiast widać w mieście wzmożony ruch.

Właśnie ów wzmożony ruch doprowadził do rozmowy, która zmieniła całkowicie moją optykę patrzenia na ten koncert i zagnębiania się myślą, że być może nigdy już nie posłucham McCartney’a na żywo. Otóż prowadziłem senną rozmowę z bardzo młodym taksówkarzem o korkach w Krakowie i przyczynach ich powstawania w godzinach, gdy wedle wszelkich prawideł, nie powinno w ogóle ich być. Wypowiedział on pogląd, że to z powodu gości, którzy przemieszczają się do Katowic na szczyt klimatyczny, a poza tym „w Krakowie o 19.30 będzie jakiś koncert”.

– Jakiś koncert? – przebudziłem się natychmiast – McCartney proszę pana!

– A co, on jest jakiś znany? – usłyszałem w odpowiedzi.

To pytanie młodego człowieka, dość paradoksalnie, było dla mnie pewnym ukojeniem. Zrozumiałem bowiem, że można żyć na świecie bez znajomości nazwiska McCartney i martwić się dziś korkami, a nie tym, że się nie ma biletów na koncert. All my troubles seemed so far away – chciałoby się zanucić.

Dalsza część rozmowy była już postawieniem kropki nad „i”, a mianowicie młody kierowca narzekał, że duże koncerty gwiazd to komplikacja dla ruchu, że gdzieś ma wkrótce wystąpić Sławomir oraz Zenek i z pewnością będzie podobnie. Mało brakowało, abym z kolei ja nie wiedział kim są Sławomir i Zenek, ale przypadkiem zdradziła mi to kiedyś koleżanka z pracy.

Tę historię z taksówki opowiadałem dziś paru młodym osobom i mało kogo szokowało zestawienie Sławomira i Zenka z McCartney’em, więc przyjmuję zmieniającą się wokół mnie rzeczywistość jako znak czasu, tudzież piękno różnorodności, które muszę zaakceptować, nawet gdybym chciał dalej nucić sobie – Oh I believe in yesterday…

 

Ilustracja muzyczna:

„Yesterday: Paula McCartney’a z koncertu w Glastonbury.

Fish

Są jakieś kłopoty z biletami na koncert Fisha w Krakowie. Komunikat, który pojawia się w sieci jest taki, że sprzedaż wkrótce ,a koncert wydaje się być wyprzedany. Postanowiłem sprawę wyjaśnić u źródła, bo chciałem wejść w tę atmosferę sprzed lat, zwłaszcza, że zapowiedzi są takie, iż Fish wyśpiewa w całości lub niemal w całości płytę „Clutching at Straws”. I tu zaczynają się schody – jaką płytę? Jaki Fish?
– Dzień dobry, interesuje mnie koncert Fisha.
Cisza.
– Fisha i słysząc głos miłej i młodej interlokutorki uświadamiam sobie, że powinienem może coś dodać.
– Fish, nie emade coś tam, ale taki Fish, no z Marillionu.
Cisza i po chwili otrzymuję potwierdzenie tego, co już zdążyłem przeczytać w Internecie, – koncert jest wyprzedany lub sprzedaż będzie wkrótce. Który to ten Fish jest Fishem i o co w tym chodzi, nie miałem poczucia, aby się wyjaśniło.
Z pokorą przyjmuję upływ czasu i nawet byłbym chyba zadowolony, gdyby koncert w Krakowie całkiem się sprzedał. Świadczyłoby to przecież o tym, że jest nas tu więcej tych, którzy wiedzą, co to „Clutching at straws”. Może bilety kupili wszyscy ci, którzy przy premierze „Suits” wystawali we wszystkich miejscach miasta, gdzie Fish miał się pojawić. Może ci, a może inni, może nawet jacyś nowi fani, oby. W takim wypadku chętnie nawet wybiorę się do Warszawy, albo Gdańska, gdzie są jeszcze bilety. Wybiorę się, bo tonący brzytwy się chwyta, chce zatrzymać czas, zwłaszcza o pewnej porze nocy.

Ilustracja muzyczna – Fish w najlepszej formie i z winylu.

Poetyka wieczoru

Kiedy to piszę, pada deszcz, a wcześniej była burza. Gdy dotarła do mnie wiadomość o odejściu artysty, padał deszcz, a wcześniej była burza. Moment, o którym chcę opowiedzieć zaczął się od burzy, a potem padał deszcz.
Dotknij kultury to kameralne koncerty, w których każdy kto chce, może mieć choćby przelotny kontakt z artystą, występującym danego roku na dziedzińcu Collegium Maius. To szczególna sceneria i gdy brzmi w jej otoczeniu dobra muzyka, można łatwo wznieść się w przestworza. Wtedy, w 2013 roku, wielu twierdziło, że tam właśnie byli.
Koncert zaczynał się o 20.00. Dziedziniec jest nieosłonięty od działania warunków atmosferycznych i wprawdzie w czerwcu z reguły pogoda jest dobra, to czasem następuje jej załamanie. Oto urok klimatu, w którym żyjemy. Na dziesięć minut przed 20.00 ciężkie chmury zebrały się nad Krakowem. Kilka minut później byłem w garderobie artysty. Zapytałem, czy nie opóźnić rozpoczęcia koncertu, aby deszcz się wypadał.
– Cały dzień taka piękna pogoda, a teraz deszcz. Widać musi być to poetyka tego wieczoru. Chodźmy – rzucił Tomasz Stańko i podniósł swoją legendarną trąbkę.
Pierwsze takty z płyty „Wisława” były grane jeszcze z piorunami w tle. Potem już w zwykłym deszczu niosły się one daleko, daleko przy akompaniamencie fortepianu Dominika Wani, który towarzyszył Panu Tomaszowi tego wieczoru.
Gdy biły pioruny, nie byłem jeszcze pewien, czy wszystko się nie rozsypie, ale już chwilę później zdałem sobie sprawę, że przyroda zapewniła nam coś dodatkowego, niezwykłego, co nie zdarza się na co dzień. Zrozumiałem, że to właśnie jest poetyka tego wieczoru. Dziś chciałbym ten moment wspomnieć, będąc wdzięczny losowi, że dane mi było przyczynić się do tego, aby mógł on zaistnieć w chwili i czasie. Wiem, że emocje wywołane przez tę muzykę, pozostaną ze mną na zawsze i pewnie z wieloma innymi słuchaczami, którzy w tym pamiętnym koncercie uczestniczyli.

Fragmenty koncertu Tomasza Stańki i Dominika Wani na dziedzińcu Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego w ramach wydarzenia Dotknij kultury w reportażu „Nieuchwytny cel”. Czerwiec 2013 r.

Wish you were here

Londyński autobus

Dawno, bardzo dawno nie byłem w Londynie. Miasto to nie przypominało przez ostatnie dni stolicy Wielkiej Brytanii, a to wszystko przez pogodę, która jakby została przeniesiona tu wprost z Hiszpanii, czy Portugalii. Zwykle, w wieczornym życiu Londynu nie przeszkadza nawet typowa, angielska pogoda, jednak aura taka, jak ta teraz, wygania na do pubów, restauracji na wolnym powietrzu i rozlicznych barów nad Tamizą absolutnie wszystkich mieszkańców i przyjezdnych.
Chodząc pomiędzy tymi miejscami usłyszałem nagle znajome dźwięki, a że znam je na pamięć, bo pochodzą z jednej z najwspanialszych płyt, jakie kiedykolwiek powstały i to właśnie tu, w Zjednoczonym Królestwie, natychmiast się przy tym miejscu zatrzymaliśmy, aby chwilę posłuchać muzyki. „So, so you think you can tell Heaven from Hell” – przy tych słowach pieśni wyszedł właściciel i uśmiechnąwszy się do nas, zaprosił do środka mówiąc, że młody zespół gra tu dziś Floydów i jest bardzo sympatycznie, można się czegoś napić, coś zjeść.
Nie skorzystaliśmy z oferty, bo byliśmy już po kolacji. Chciałem tylko przez chwilę posłuchać muzyki, która po wielu latach wyłoniła się na żywo i przywitała mnie w Londynie, momentalnie wywołując lawinę wspomnień.
Przypomniała mi się więc pierwsza wyprawa do tego miasta, jeszcze w czasach, gdy w radiu masowo grano muzykę taką jak na Wish you were here. Jechaliśmy do tego Londynu trzydzieści godzin autokarem, bo wtedy się nie latało, a w każdym razie moja generacja nie latała, jechaliśmy zatem kawał drogi tylko po to, aby w małej miejscowości pod Nothingam posłuchać koncertu rocka gotyckiego, jakich obecnie wiele jest w Polsce, ale wtedy nie było ich prawie w ogóle.Pamiętam z tej wyprawy takie odczucie, że ludzie w tym miasteczku byli dla przybyszy z Polski bardzo mili, otwarci i tacy nieskrępowani. A potem wróciliśmy do Londynu, gdzie w Eurotower przywitał nas Włoch polskimi słowami, bardzo dumny, że je zna i były to oczywiście te słowa, których rodacy uczą wszystkich obcokrajowców w pierwszej kolejności. Śmialiśmy się z tego, bo Włoch wyglądał na człowieka, który nie do końca zdawał sobie sprawę jak nas wita. Śmiech brał się również stąd, że Włoch zamieszkiwał w pokoju, do którego my dostaliśmy klucz i tam właśnie tak nas ładnie, tradycyjnie po polsku przywitał. Potem jednak spokojnie pokój opuścił, wylewnie się z nami żegnając, na wszelki wypadek używając już angielskiego.
Innym razem spotkałem w Londynie kolegę z Polski, który wyjechał dawno i grał na ulicy. Wiedziałem o nim tylko tyle, że gdzieś tam gra i czy to możliwe, że pierwszy grajek, do którego podeszliśmy na Oxford street, to był właśnie on? W Londynie przydarzają się dziwne, piękne i tajemnicze rzeczy. Dlatego to tu mogą rodzić się dzieła takie jak Wish you were here i mnóstwo innych, spotyka się kumpla sprzed lat i w eleganckim wydawałoby się hotelu, w pokoju za łazienkę może robić toi toi, bo coś takiego mnie spotkało podczas jednego z projektów europejskich, realizowanych między innymi w stolicy Wielkiej Brytanii.
Byłoby więc dziwne, gdyby i tym razem nie przydarzyło mi się tu coś zaskakującego. Co jednak ciekawego może się stać na międzynarodowej konferencji?
Rozmawiamy przy stoliku w grupie, która została utworzona przez prowadzącego cały panel. Nie lubię takich ćwiczeń, bo często wypadają bardzo sztucznie. Grupa musi przedyskutować jakiśproblem, a znaleźli się w niej zupełnie przypadkowi ludzie, nie dość, że zagadnienie jest skomplikowane, to trzeba znaleźć wspólny język pomiędzy osobami z różnych instytucji, kultur i państw. Zapoznajemy się więc pospiesznie, co sprowadza się do podania imienia, nazwiska, instytucji i kraju, z którego się pochodzi. Gdy po naszych nazwiskach wybrzmiał kraj, jedna z pań odezwała się na to:
– Ale nie martwcie się. Tu jest Europa i to nasze forum wymiany myśli pozostanie europejskie.
– Mam nadzieję, że nawet po Brexicie – zażartowałem, choć dobrze wiedziałem, że jej uwaga nie jest związana z Wielką Brytanią.
Gdybym reprezentował w tej dyskusji Portugalię, może też padłby jakiś żart, ale pewnie nie taki, który nawiązywałby do jej bieżącej sytuacji politycznej, bo nikt przecież nie pamięta, kto rządzi Portugalią. Kto rządzi Polską? To wiedzą wszyscy, nawet jeśli nie umieją wymówić nazwiska. Przypomniało mi to więc jeszcze jeden pobyt w Londynie, który przypadał akurat na czas, gdy dwie charakterystyczne postaci rządziły krajem. Większość napotkanych rozmówców potrafiła idealnie je opisać.
Tak, podawanie kraju, który się reprezentuje przy przedstawianiu się wprowadza u rozmówcy kwalifikację, wstępną ocenę osoby i pomysłów, które mogą z tego kraju pochodzić. Jeśli kraj ma słabą reputację, nawet znakomite pomysły będą przyjmowane z rezerwą i na odwrót, z kraju o dobrym PR-ze akceptowane będą z aplauzem najsłabsze koncepcje. Tego właśnie doświadczyłem na międzynarodowej konferencji. Wbrew nadziejom niektórych, nie czułem się, abym pochodził z kraju który wstaje lub powstał z kolan. Może raczej kolana się pode mną po raz kolejny ugięły, bo zjawisko jest jak deja vu.
Nadzieję jednak jakąś miałem, choć wiadomo czyją jest ona matką. Wciąż, niczym Kolumb, albo Bach, chciałbym nią żyć, choćby po to, abym za następnych kilka lat nie musiał przyznać komuś, na jakiejś konferencji racji, że tu jest forum europejskie i Europa, z której co najwyżej można skierować nad Wisłę tęskne słowa pieśni – Wish you were here.

Ilustracja muzyczna:
Pink Floyd „Wish you were where”