W baśniowym świecie Loreeny

Gdy rano w autobusie do pracy, z kabiny kierowcy dobiegały mnie skoczne rytmy disco polo, z których zapamiętałem słowa: „zostań u mnie do rana, a wypijemy szampana”, przeżywałem jeszcze dogłębnie jej wczorajszy koncert i wrażenie, jakie zrobił on na publiczności, która po brzegi wypełniła salę w ICE Kraków, nagradzając artystkę dwukrotnie owacją na stojąco.
Skojarzenie tej muzyki z ludowymi rytmami nie jest zresztą takie całkiem od rzeczy, choć sposób jej podania skrajnie różni się od tego, co możemy usłyszeć w ramach oferty rodzimego gatunku na użytek mas. Loreena McKennitt, bo o niej mowa, znalazła uniwersalny język dla przekazania i ożywienia pradawnych historii, wartości i związanych z nimi postaci. Absorbuje i kumuluje w sobie to wszystko w czasie swoich podróży po świecie. Powstaje na bazie tych emocji muzyka jedyna w swoim rodzaju, o niespotykanej głębi i pięknie. Jest przy tym niezmiernie różnorodna, bo odczucia, które artystka chce nam przekazać są bardziej radosne lub smutne i mają różne natężenie. Uniwersalny język, który Loreena wynalazła, stawia na swoisty i jakże dla niej charakterystyczny eklektyzm i ten styl znajdziemy na każdej jej płycie.
Wczoraj w ICE Kraków było jednak przede wszystkim słychać niebywałą energię tego przekazu i wydawać by się mogło, że to jest sprzeczność – eklektyzm i energia jednocześnie, a jednak mają to w sobie najwybitniejsi artyści, że odwołam się do Petera Hammilla, którego wprawdzie trudno nazwać wyłącznie eklektycznym, ale w czasie jego koncertu poczułem właśnie tego ducha muzyki, który pojawia się zawsze, gdy artysta zatapia się całkowicie w tym, co chce przekazać i ten nastrój udziela się publiczności. Mój kolega nazwał to komunią z instrumentami i określenie to oddaje w dużej mierze istotę rzeczy. Tego właśnie ducha wywołała wczoraj także Loreena McKennitt. Sama grała na harfie, akordeonie i fortepianie, jakże zresztą głęboka komunia to była, to miała również na scenie niesamowitych muzyków, którzy współistnieli ze sobą w rzadko spotykany sposób, czyli w kompletnej harmonii dochodzącej do tego stopnia, że momentami wydawało się, że to, co razem wytwarzają jest pięknem absolutnym. Obrazowo można powiedzieć, że było to tak piękne, że aż mogło się wydawać kiczowate, a przecież wiemy, że w rzeczywistości tak nie jest. Nie dało się więc już chyba zagrać lepiej, a z pewnością nie dało się lepiej zaśpiewać i wyciągnąć jeszcze bardziej tych partii wokalnych, które są dla tej twórczości tak bardzo charakterystyczne.
Podobne odczucia miałem podczas występu Hammilla – artysta dochodzi do granicy doskonałości, za którą niczego poprawić już nie może, a jedynie coś zepsuć. Jesteśmy wielkimi szczęściarzami, że żyjemy w czasach, gdy muzycy tego formatu do nas przyjeżdżają i koncertują na żywo. Od momentu, gdy Hamilla czy Loreeny mogliśmy słuchać wyłącznie z radiowych audycji, minęły zaledwie trzy dekady i o takiej kontemplacji można było wówczas jedynie pomarzyć, że może gdzieś, coś, kiedyś, za coś…
Jestem więc wdzięczny losowi oraz prezenterom wszechczasów z tamtych lat, że to możliwe, aby brać udział w misteriach, gdy duchy tych, którzy odeszli, ożywają w muzyce, a wokół ich postaci roztacza się aureola nieskończonego piękna przyrody, zapachów i smaków pochodzących z czasów, w których żyli. Tak to było słychać, a duchy na pewno jeszcze do tego wszystkiego zatańczą, bo już w czerwcu w Warszawie wystąpi Dead Can Dance.
Będąc wdzięcznym Loreenie wiem też, że to, co powiedziała ze sceny jest prawdą – los i przyszłość nie zawsze są w naszych rękach. Ja poczułem wczoraj, że gdyby los zadecydował w sposób inny niż bym tego sobie życzył, to jednak jej koncert był tą chwilą na nie tak w końcu długiej liście rzeczy, dla których warto było istnieć na tym świecie, bo świat malowany kreską Loreeny jest baśnią. W baśniowym świecie żyje się natomiast o wiele łatwiej i przyjemniej niż w tym, który mamy w rzeczywistości. I coś mi jednak mówi, że w tej baśni pisany jest scenariusz ponownego naszego spotkania w mieście, które aż się prosi, aby podyktowało artystce kolejną baśń, którą zachwyci się jej wierna publiczność.

Ilustracja muzyczna:
Loreena McKennitt z płyty „Nights in Alhambra”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *