Wish you were here

Londyński autobus

Dawno, bardzo dawno nie byłem w Londynie. Miasto to nie przypominało przez ostatnie dni stolicy Wielkiej Brytanii, a to wszystko przez pogodę, która jakby została przeniesiona tu wprost z Hiszpanii, czy Portugalii. Zwykle, w wieczornym życiu Londynu nie przeszkadza nawet typowa, angielska pogoda, jednak aura taka, jak ta teraz, wygania na do pubów, restauracji na wolnym powietrzu i rozlicznych barów nad Tamizą absolutnie wszystkich mieszkańców i przyjezdnych.
Chodząc pomiędzy tymi miejscami usłyszałem nagle znajome dźwięki, a że znam je na pamięć, bo pochodzą z jednej z najwspanialszych płyt, jakie kiedykolwiek powstały i to właśnie tu, w Zjednoczonym Królestwie, natychmiast się przy tym miejscu zatrzymaliśmy, aby chwilę posłuchać muzyki. „So, so you think you can tell Heaven from Hell” – przy tych słowach pieśni wyszedł właściciel i uśmiechnąwszy się do nas, zaprosił do środka mówiąc, że młody zespół gra tu dziś Floydów i jest bardzo sympatycznie, można się czegoś napić, coś zjeść.
Nie skorzystaliśmy z oferty, bo byliśmy już po kolacji. Chciałem tylko przez chwilę posłuchać muzyki, która po wielu latach wyłoniła się na żywo i przywitała mnie w Londynie, momentalnie wywołując lawinę wspomnień.
Przypomniała mi się więc pierwsza wyprawa do tego miasta, jeszcze w czasach, gdy w radiu masowo grano muzykę taką jak na Wish you were here. Jechaliśmy do tego Londynu trzydzieści godzin autokarem, bo wtedy się nie latało, a w każdym razie moja generacja nie latała, jechaliśmy zatem kawał drogi tylko po to, aby w małej miejscowości pod Nothingam posłuchać koncertu rocka gotyckiego, jakich obecnie wiele jest w Polsce, ale wtedy nie było ich prawie w ogóle.Pamiętam z tej wyprawy takie odczucie, że ludzie w tym miasteczku byli dla przybyszy z Polski bardzo mili, otwarci i tacy nieskrępowani. A potem wróciliśmy do Londynu, gdzie w Eurotower przywitał nas Włoch polskimi słowami, bardzo dumny, że je zna i były to oczywiście te słowa, których rodacy uczą wszystkich obcokrajowców w pierwszej kolejności. Śmialiśmy się z tego, bo Włoch wyglądał na człowieka, który nie do końca zdawał sobie sprawę jak nas wita. Śmiech brał się również stąd, że Włoch zamieszkiwał w pokoju, do którego my dostaliśmy klucz i tam właśnie tak nas ładnie, tradycyjnie po polsku przywitał. Potem jednak spokojnie pokój opuścił, wylewnie się z nami żegnając, na wszelki wypadek używając już angielskiego.
Innym razem spotkałem w Londynie kolegę z Polski, który wyjechał dawno i grał na ulicy. Wiedziałem o nim tylko tyle, że gdzieś tam gra i czy to możliwe, że pierwszy grajek, do którego podeszliśmy na Oxford street, to był właśnie on? W Londynie przydarzają się dziwne, piękne i tajemnicze rzeczy. Dlatego to tu mogą rodzić się dzieła takie jak Wish you were here i mnóstwo innych, spotyka się kumpla sprzed lat i w eleganckim wydawałoby się hotelu, w pokoju za łazienkę może robić toi toi, bo coś takiego mnie spotkało podczas jednego z projektów europejskich, realizowanych między innymi w stolicy Wielkiej Brytanii.
Byłoby więc dziwne, gdyby i tym razem nie przydarzyło mi się tu coś zaskakującego. Co jednak ciekawego może się stać na międzynarodowej konferencji?
Rozmawiamy przy stoliku w grupie, która została utworzona przez prowadzącego cały panel. Nie lubię takich ćwiczeń, bo często wypadają bardzo sztucznie. Grupa musi przedyskutować jakiśproblem, a znaleźli się w niej zupełnie przypadkowi ludzie, nie dość, że zagadnienie jest skomplikowane, to trzeba znaleźć wspólny język pomiędzy osobami z różnych instytucji, kultur i państw. Zapoznajemy się więc pospiesznie, co sprowadza się do podania imienia, nazwiska, instytucji i kraju, z którego się pochodzi. Gdy po naszych nazwiskach wybrzmiał kraj, jedna z pań odezwała się na to:
– Ale nie martwcie się. Tu jest Europa i to nasze forum wymiany myśli pozostanie europejskie.
– Mam nadzieję, że nawet po Brexicie – zażartowałem, choć dobrze wiedziałem, że jej uwaga nie jest związana z Wielką Brytanią.
Gdybym reprezentował w tej dyskusji Portugalię, może też padłby jakiś żart, ale pewnie nie taki, który nawiązywałby do jej bieżącej sytuacji politycznej, bo nikt przecież nie pamięta, kto rządzi Portugalią. Kto rządzi Polską? To wiedzą wszyscy, nawet jeśli nie umieją wymówić nazwiska. Przypomniało mi to więc jeszcze jeden pobyt w Londynie, który przypadał akurat na czas, gdy dwie charakterystyczne postaci rządziły krajem. Większość napotkanych rozmówców potrafiła idealnie je opisać.
Tak, podawanie kraju, który się reprezentuje przy przedstawianiu się wprowadza u rozmówcy kwalifikację, wstępną ocenę osoby i pomysłów, które mogą z tego kraju pochodzić. Jeśli kraj ma słabą reputację, nawet znakomite pomysły będą przyjmowane z rezerwą i na odwrót, z kraju o dobrym PR-ze akceptowane będą z aplauzem najsłabsze koncepcje. Tego właśnie doświadczyłem na międzynarodowej konferencji. Wbrew nadziejom niektórych, nie czułem się, abym pochodził z kraju który wstaje lub powstał z kolan. Może raczej kolana się pode mną po raz kolejny ugięły, bo zjawisko jest jak deja vu.
Nadzieję jednak jakąś miałem, choć wiadomo czyją jest ona matką. Wciąż, niczym Kolumb, albo Bach, chciałbym nią żyć, choćby po to, abym za następnych kilka lat nie musiał przyznać komuś, na jakiejś konferencji racji, że tu jest forum europejskie i Europa, z której co najwyżej można skierować nad Wisłę tęskne słowa pieśni – Wish you were here.

Ilustracja muzyczna:
Pink Floyd „Wish you were where”

 

 

Czy wygrają nasi?

Włączyłem sobie media narodowe, bo podobnie jak Krzysztofa Daukszewicza, bawi mnie bardzo słuchanie tam serwisów informacyjnych i akurat trafiłem na zapowiedź prawdziwej chęci „dialogu z niepełnosprawnymi”, jak to odczytała serwisantka. Potem przemawiał premier, który oprócz słynnej, solidarnościowej daniny, zapowiedział wielkie otwarcie rynku pracy na te grupy obywateli.

Najpierw o języku. Przyznać muszę, że politycy „dobrej zmiany” i politycy w ogóle, nauczyli się już, że język jest dla partnera ważny, więc posługują się zwrotem osoby z niepełnosprawnościami. Dziennikarze mediów narodowych tego się jednak nie nauczyli ani podczas protestu, ani teraz i wątpliwe jest, aby nauczyli się w najbliższej przyszłości. No dobrze, nie tylko ci z mediów narodowych tego nie umieją. Piszą ckliwe teksty o niepełnosprawności: niepełnosprawni chcą tego lub tamtego, niepełnosprawnym rząd tyle proponuje lub niczego nie oferuje, w zależności od optyki, czy też opcji. Najlepszy w tym wszystkim był Daniel Passent, pisząc w Polityce świetny, jak to Passent, felieton w związku z protestem w sejmie, na którego końcu oznajmił, że to rząd jest niepełnosprawny. Jakże łatwo przychodzi piszącym to słowo jako obelga rzucana w kierunku przeciwnika, nawet kiedy reszta tekstu ewidentnie może być zaklasyfikowana jako wstawienie się za tymi, których rząd tak bardzo niesprawiedliwie i nierówno potraktował.

Po narażeniu się czwartej władzy, powracam do tej pierwszej, czyli zapowiedzi premiera o wielkim otwarciu rynku pracy i dialogu ze środowiskiem. Obserwowałem ten „dialog” i obserwuję go nadal w sektorze edukacji, gdzie trudno się doprosić o spotkanie, dyskusję, a jeśli się już jakieś „
„konsultacje społeczne” pojawiają, to po to, aby przyklajstrować z góry podjęte decyzje – programy celowe PFRON. Czyżby coś się w dotychczasowym dialogu miało zmienić po tej zapowiedzi? A może są grupy, z którymi dialog jest prowadzony inaczej?

Dostęp do rynku pracy, o ile mamy nie powrócić do robienia szczotek i liczenia przysłowiowych pinezek, prowadzi przez nowoczesny system wsparcia, rzetelną edukację każdego szczebla, znajomość języków obcych, świadomość biznesową, a z drugiej strony otwarciu na tę grupę firm takich, jaką do niedawna reprezentował sam premier, a to nie jest takie proste. Jeśli państwo zbuduje system, sektory – edukacji i biznesu dadzą coś od siebie, a osoby z niepełnosprawnościami ciężko będą nad sobą pracować, to może coś z tego wielkiego otwarcia rynku pracy wyjdzie. W przeciwnym wypadku, wbrew oświadczeniom wygłaszanym w serwisach mediów narodowych przez organizacje reprezentujące jedynie część środowiska i zależne od państwowych funduszy, sytuacja osób z niepełnosprawnościami, biorąc pod uwagę pomysły na edukację włączającą, będzie się raczej pogarszać.

Naraziwszy się więc już pierwszej i czwartej władzy oraz części środowiska, wypowiem się na bardzo modny temat w duchu takim, w jakim pierwsza i czwarta władza wypowiadają się o niepełnosprawności, czyli udając, że naprawdę dużo wiem. Zasłyszałem mianowicie, bo w ogóle nie śledzę panów kopiących w piłkę, nie znam nawet powszechnie znanych ich nazwisk, zasłyszałem więc, że gra dziś Portugalia z Hiszpanią i nie mogę nie zająć stanowiska w tej sprawie. Jako autor bloga „Polskie saudade”, jakkolwiek lubię oba kraje, to zapewne nie trudno się domyśleć, że uważam, iż dziś oraz na końcu tych rozgrywek wygrają nasi i tego im życzę. W tej grze, w przeciwieństwie do polityki społecznej i polityki w ogóle, jasne są przynajmniej jej zasady – piłka jest jedna, a bramki są dwie.

Ilustracja muzyczna:

Cmokający i Janosik

Jedna z nich opowiadała wczoraj w parlamencie, że przyjechał, całował ją w dłoń i całował inne towarzyszki tej walki. Na marginesie mówiąc, czy mogą być towarzyszki broni, czy tylko towarzysze, bo w tym przypadku towarzyszy raczej jak na lekarstwo. W każdym razie całował je w te spracowane ręce. Tak, to praca, nie poświęcenie, nie miłosierdzie, ale praca. To nie oznacza, że praca ta nie może być powiązana z miłością.
Nie do niego jednak skierowane jest to uczucie, choć cmokał w te dłonie , nie do tego, który obiecywał, że gdy dojdzie do władzy, rozwiąże ich problemy. Zapewniał, że dostaną wsparcie, dodatkowe środki na pokrycie potrzeb ich własnych oraz osób, dla których pracują. Osoby te mają tak znaczną niepełnosprawność, że nie mogą funkcjonować samodzielnie. Obiecał im to, bo obiecywał wszystko wszystkim, którzy dysponowali jakimiś głosami przy urnie wyborczej. Inni może nawet coś już z tych obietnic zapomnieli. One, niestety, zapamiętały.
Zapamiętały i powróciły do parlamentu, domagając się ponownego z nim spotkania. Wiedzą, że choć jest szeregowym posłem to właśnie on może ich los odmienić, tak jak obiecał. Do tej pory tego jednak nie zrobił, zapewne przez nieuwagę, wszak na głowie ma niemal wszystkie sprawy Polski i te większe i te zupełnie malutkie.
Polska to ich kraj, w którym życie nienarodzone jest najważniejsze. Ono liczy się od najwcześniejszego etapu zetknięcia się zawiązujących je komórek. Nie ma czegoś takiego jak embrion, ale jest od razu człowiek, człowiek z pełnią przyrodzonych mu praw, w których to prawach kobieta ma znaczenie drugorzędne, bo człowiek jest najważniejszy, a kobieta jest po to, aby go wydać na świat. One nie mogą jednak zrozumieć, dlaczego ten zdeformowany człowiek, jak cmokającemu się kiedyś wyrwało, traci w praktyce wszystkie te prawa zaraz po urodzeniu i bezcenne życie nienarodzone zaczyna być mało interesującym dla kogokolwiek życiem narodzonym. Dlaczego nikt nie interesuje się ich losem, nie wspiera, nie tworzy systemu. One biorą więc ten ciężar na swoje barki i jedyne, na co mogą od niego liczyć to cmok, cmok w te spracowane ręce – takie polskie wyrażenie podziwu i wsparcia.
Jednak tym razem nie było nawet cmokania. Na scenę po prostu wkroczył Janosik, który odbierze najbogatszym i da „tym dotkniętym przez los” jak się wyraził? Oj, PR-owcy nie zdążyli mu jeszcze powiedzieć, jak takie słowa mogą zostać odebrane przez grupę docelową, zresztą PR-owcy mogą tego też nie wiedzieć. Janosik skutecznie przeprowadzi swój plan i użyje państwa do tego, aby zrobić ten transfer od bogatych do biednych. I co? To wszystko? Czyżby przesypanie pieniędzy było rozwiązaniem w tej sytuacji? A gdzie system asystentów osobistych, ubezpieczenia dla rodziców tak pracujących, wsparcie psychologiczne, opieka wytchnieniowa i długo można byłoby tak wymieniać. Nawet jeśli przyjąć, że dobry Janosik problem dziś rozwiązał, to czy bez ich obecności na terenie parlamentu też byłby to rozwiązany problem? Chyba niesłusznie powątpiewam w szlachetne zamiary i chęci Janosika. Wszak sam należy od wielu lat do bogaczy i z całą pewnością zawsze marzył o oddaniu części majątku na taki lub podobny cel. Nazwał to dziś „solidarnościową daniną, specjalnym podatkiem”. Tak, słowo specjalny skojarzyło się mu z tą grupą, taki mały stereotyp, wszystko co dotyczy niepełnosprawności musi być specjalne. PR-owcy znowu nie zdążyli z podkładem, a właściwi ministrowie nie podpowiedzieli, że pieniędzy w systemie jest sporo. Wystarczyłoby je lepiej wydawać.
Janosik obiecał zapisanie jakiś szczegółów w polskiej Konstytucji. Konstytucja nagle zaczęła być ważna i z całą pewnością będzie tym razem przestrzegana. Osoby z niepełnosprawnościami mają to zagwarantowane jak w banku. Wystarczy ponownie uwierzyć, bo Polska wiarą stoi. Cmok, cmok – hmm, cmokającego w rączki dziś jednak nie było…

Zniknęliśmy w szarości

Spotkałem go po latach i bardzo się z tego ucieszyłem. Wprawdzie porywisty wiatr zawiewał na w twarze rzęsiste krople deszczu, ale przystanęliśmy, aby się przywitać i chwilę porozmawiać. Nie widzieliśmy się przynajmniej parę lat. Był jakiś smutny, osowiały, zupełnie nie taki, jakim go pamiętałem ze wspólnych imprez, podczas których słuchaliśmy dużo muzyki i piliśmy wódkę.
Zaczęliśmy jednak dyskusję o polityce. Poglądy zawsze mieliśmy podobne, więc ten wątek szybko musiał wybrzmieć i później mieliśmy już rozmawiać o sprawach z dawnych lat, o ludziach, których znaliśmy, o sobie i swoich rodzinach. Tak się jednak nie stało, bo on się całkiem zmienił. Opowiadał o jakiejś neutralności, że coś zrozumiał, że nie można się zacietrzewiać, że tamci go zwolnili z pracy, a ci przyjęli i dlatego się zmienił. Opowiadał mi, że zwykli ludzie mają teraz wpływ na bieg rzeczy, a nie postkomunistyczne elitki, że Unia ma tu rynek zbytu i nie obchodzą ją wartości, że media manipulują po obu stronach i on się z tym godzi.
– Jeszcze chwilę i mi powiesz „Polska dla Polaków”! – odpowiadam mu.
On mi na to, że nie wszystko wiem, że nie wszystko mogę zrozumieć, że on dużo przeżył w ostatnim czasie i chce pozostać neutralny, a w ogóle to musi mnie pożegnać, musi już iść.
Stary, ja cię nie widziałem tyle lat i myślałem, że będziemy coś razem robić, poświęcimy czas, a przynajmniej pogadamy tak jak kiedyś, a ty mnie pouczyłeś jak mentor, poczęstowałeś komunałami i chcesz pożegnać! Trudno jednak, wyciągnąłem do niego rękę i uścisnąłem jego dłoń, która lekko drżała. Potem wolno odszedł. Wiatr wiał nadal, a deszcz wściekle uderzał o chodnik, po którym rozchodziliśmy się w dwóch przeciwnych kierunkach, znikając w szarości dnia.
Kupiłem sobie piwo w supermarkecie i rozmyślałem długo o tym spotkaniu. Właściwie to niczego się o nim po latach nie dowiedziałem. On nic nie powiedział, a ja o nic nie zapytałem. I nie wiem przez co przeszedł on, jego żona, albo dzieci. Może stało się coś złego, może ktoś zachorował, albo przydarzyło się jakieś inne nieszczęście? Kiedyś wiedziałbym to od razu, a teraz nie wiem nic. Chyba niedobrze, że nie zadałem mu o to żadnego pytania i gadaliśmy wyłącznie o polityce, stojąc na tym deszczu i osłaniając się przed wiatrem. Co takiego silnego jest w tej „dobrej zmianie”, że przesłoniła nam samych siebie, naszą przeszłość, wspólne emocje i wspomnienia, nie pozwoliła ani na moment do tego powrócić?
Wszystkie sceny z „Dnia świra” to pikuś w porównaniu z prawdziwą modlitwą Polaków, która odbywa się w domach, na ulicach, w szkole i w pracy. Cała żółć i nienawiść, o której śpiewa Maria Peszek w „Modern holokaust”, to naprawdę niewiele w stosunku do napięcia, które spotyka nas w rzeczywistości.
„Polski piec nienawiści” trawi rodziny, małżeństwa, współpracowników i przyjaciół. Zabija miłość, przyjaźń, zatruwa dobre relacje i wdziera się w każdy zakamarek naszego życia. Skąd ci magicy mają tyle mocy, aby wstrzykiwać nam ten jad wszędzie, gdzie się da, a my pozwalamy, żeby nas trawił od środka, powoli zabijał z dnia na dzień, abyśmy w końcu stali się wrakami samych siebie?
Zastanawiałem się nad tym długo po naszym spotkaniu. Teraz myślę, że rozmawiałbym z nim inaczej, pytając co u niego, o żonę, o dzieci. Zaproponowałbym piwo i pogawędkę. Może sprawiłem mu przykrość jakimś słowem, może nie tylko on się zmienił, ale ja też? Drżała mu ta ręka i może chciał mi coś powiedzieć, a ja nie chciałem go wysłuchać. Gdybym wysłuchał, może mógłbym jakoś pomóc?
Smutne to było, gdy tak oddalaliśmy się od siebie w szarości dnia, deszcz lał, a wiatr rozwiewał jego krople we wszystkich kierunkach. Chciałbym go spotkać na wiosnę, uścisnąć mu dłoń, poklepać po plecach i zapytać, co u niego dobrego. Może spotkam go jeszcze na tej samej drodze i przywitamy się radośnie w cieple wiosennego słońca.

Ilustracja muzyczna:
Maria Peszek „Modern holokaust”.

Visage „Fade to gray”

„Co ciągle widzę w niej?”, czyli pomimo polskich marców

Młody człowieku, urodziłeś się czy też urodziłaś w wolnej Polsce, o którą walczyły wcześniejsze pokolenia. To one zamieniły autorytarne rządy PRL w demokrację parlamentarną typu zachodniego. To one przekształciły centralnie zarządzaną, nieudolną gospodarkę w system wolnorynkowy, niemożliwy do osiągnięcia w Europie Środkowo-Wschodniej od zakończenia II Wojny Światowej.
To ci ludzie spowodowali, że możesz obecnie z laptopem, smartfonem, kawą i ciastkiem siedzieć w kawiarni i dzięki zainstalowanej tam sieci, kontaktować się ze swoimi znajomymi na całym świecie. Jesteś więc częścią globalnej wioski, obywatelką czy też obywatelem świata.
Może urodziłaś czy też urodziłeś się po 1989 roku, może trochę wcześniej, ale nie pamiętasz już czasów, w których odważni ludzie, wbrew wiatrowi wiejącemu im w oczy, cierpieli upokorzenia, chłód, głód, a często więzienie, abyś mógł czy mogła korzystać z wszystkich tych dobrodziejstw cywilizacji, rozwoju technologicznego, wolności słowa, wyznania, abyś mógł czy mogła nieskrępowanie głosić w mediach społecznościowych swoje poglądy, jakiekolwiek by one nie były. Jest Ci z tymi osiągnięciami zachodniego świata dobrze – wiem. Mnie też, pomimo iż jeszcze trochę pamiętam tamte czasy. Ty chcesz i ja chcę, aby tak pozostało, abyśmy tymi wartościami mogli się cieszyć w Unii Europejskiej, w rodzinie narodów wolnej i zjednoczonej Europy. Pozwól więc, że opowiem Ci krótką historię, może będzie ona także trochę o Tobie?
50 lat po niesławnych wydarzeniach marca 1968 roku mamy kolejny polski marzec. Ponownie opętuje nas jakiś demon antysemityzmu, rasizmu i ksenofobi i dlatego chciałbym Ci wyznać, że jestem Żydem. Chcę Ci to wyraźnie powiedzieć. Co czujesz?
Musisz wiedzieć, że był taki wybitny Polak i nazywał się Jacek Kuroń. On w niesławnym 1968 roku też ujawnił, że jest Żydem. Mówił o tym, gdy więziono go za Jego poglądy polityczne. Głosił to w momencie, gdy Polskę zalewała fala nienawiści wobec Żydów. Wtedy On, samotnie w więzieniu, bezbronny, oświadczał, że jest Żydem tak, jak ja teraz Ci to powiedziałem.
Musisz jednak też wiedzieć, że nie wszyscy w tym niesławnym roku 1968 go potępiali. Bardzo wielu szanowało Jego pochodzenie i przynajmniej milczało, a na pewno nie opowiadało się przeciwko Niemu, przez co przetrwał najtrudniejsze chwile, znalazł przyjaciół w najgorszym momencie i ostatecznie zwyciężył. Po 1989 roku został ministrem pracy i polityki społecznej rządu III Rzeczypospolitej. Wspierał ludzi wykluczonych, biednych i marginalizowanych. Na zawsze zapisał się pozytywnie w historii naszego kraju.
Tak samo nie wszyscy potępiają mnie, gdy mówię, że jestem Żydem. Wierzę więc, że przetrwam najgorsze chwile marca 2018 i w to, że nie zapisze się on w historii jako kolejny, niesławny rok w naszych dziejach. Wierzę też, że nie będę musiał wyjechać z Polski tak, jak dziesiątki tysięcy ludzi, którzy musieli wyjechać w poprzednim niesławnym czasie. Wierzę też w Ciebie, że nie potępisz mnie tylko z powodu mojego pochodzenia, tym bardziej, że muszę Ci jeszcze wyznać, iż nie jestem heteroseksualny. Co czujesz?
Zanim odpowiesz, musisz poznać jeszcze jedną postać. To Władysław Bartoszewski, członek Żegoty, polskiej organizacji pomagającej w czasie II Wojny Światowej Żydom. Ludzie mówią do dziś, że sam był Żydem. On natomiast zawsze powtarzał, że warto być przyzwoitym. Dopowiadał do tego, że rzadko się to opłaca, ale naprawdę warto. Musisz poznać jego opowieść o tamtych czasach i o tym, co robił już w wolnej Polsce jako Minister Spraw Zagranicznych. Poszperaj trochę i poczytaj o tej postaci. Zwłaszcza przejrzyj jego książki, a może zacznij od tej jednej, podstawowej „Ten jest z Ojczyzny mojej”.
Jeśli jesteśmy już przy książkach, to warto je czytać. Nie bazuj tylko na materiałach z Internetu. Nie wiem, czy znajdziesz w sieci książkę Jacka Kuronia „Wiara i wina”, a powinieneś czy też powinnaś ją przeczytać właśnie teraz, 50 lat po niesławnym roku 1968. Będziesz płakać, trochę się śmiać, a przede wszystkim myśleć o sobie i swojej roli w historii. Niech Ci się po tej lekturze nigdy nie wydaje, że jako jednostka nie masz na nic wpływu.
Idź tylko śladami wybitnych postaci z naszej historii niezależnie, czy mieli oni pochodzenie czysto polskie, czy może żydowskie albo jakiekolwiek inne, czy mieli lub mają biały, czy może inny kolor skóry, orientację hetero czy homoseksualną, niezależnie od ich wyznania czy niewiary w jakiegokolwiek Boga. Czuj się spadkobierczynią czy też spadkobiercą pięknej tradycji polskiej tolerancji i otwartości na tak zwanego „innego”, który okazuje się zwykle bratem, sąsiadem, przyjacielem, kimkolwiek jest z urodzenia i pochodzenia w rodzinie ludzkiej. Przeczytaj koniecznie, jak pisze o „Innym” Ryszard Kapuściński, wybitny polski reportażysta.
„Kiedy myślę o autorytetach, coraz częściej widzę cmentarz” – napisał ktoś ostatnio na Facebooku i to jest prawda. Dlatego chcę Ci powiedzieć, że musisz czytać to, co po sobie ci ludzie pozostawili. Oni napisali to wszystko dla Ciebie, abyś był czy też była oczkiem łączącym ogniwa w sztafecie pokoleń, o której z kolei pisał inny wybitny Polak – słynny kurier z Warszawy Jan Nowak-Jeziorański. Koniecznie zapoznaj się też i z Jego pracami.
Na koniec wyjawię Ci coś zaskakującego. Otóż, ani Jacek Kuroń, ani Władysław Bartoszewski nie byli Żydami, choć do dziś możesz znaleźć w sieci takie poglądy na temat ich pochodzenia. Głoszą je antysemicko nastawieni niektórzy Twoi rodacy. Oni obaj byli wybitnymi Polakami, którzy nie osądzali ludzi ze względu na pochodzenie, poglądy i inne cechy mogące posłużyć za powody do dyskryminacji i ty też tak nie rób.
Ja także nie jestem Żydem, ani gejem. Jestem natomiast osobą niewidomą i na co dzień spotykam się z taką samą dyskryminacją, jak Żydzi, osoby homoseksualne czy uchodźcy, bo podstawa wszelkiej dyskryminacji jest zawsze taka sama – lęk przed „innym”. Odrzuć ten lęk!
Czy czujesz już, że też może jesteś Żydem czy też Żydówką? A może czujesz, że masz inną orientację albo niepełnosprawność? Może czujesz, że masz inny kolor skóry? To dobrze, to znaczy, że chcesz, podobnie jak chcieli tego Jacek Kuroń, Władysław Bartoszewski, Jan Nowak-Jeziorański czy Ryszard Kapuściński, aby Polska była otwartą na świat, tolerancyjną dla wszystkich mniejszości i opiekuńczą dla swoich obywateli, demokratyczną republiką parlamentarną, świeckim państwem prawnym, w którym jest miejsce dla wszystkich ludzi.
Jeśli potrafisz poczuć się jak osoba z grupy słabszej i marginalizowanej, pamiętaj proszę, że żyjesz w Europie, bogatym kontynencie, który może uczynić wiele dla innych rejonów świata, znajdujących się w znacznie gorszej sytuacji.
Władysław Bartoszewski i rodzina Jacka Kuronia pomagali Żydom znajdującym się w śmiertelnym zagrożeniu, a Jan Nowak-Jeziorański kierował Wolną Europą po to, abyś mógł czy też mogła siedzieć ze swoim komputerem w wolnym kraju, popijać kawę i kontaktować się ze swoimi znajomymi na całym świecie. Co chciałbyś czy też chciałabyś zrobić, aby godnie ich zastąpić w sztafecie pokoleń?
Jesteś w komfortowej sytuacji, bo nie musisz wystawiać na szwank swojego życia i zdrowia. Możesz jednak zrobić coś dla tych, którzy dziś cierpią głód, chłód, więzienie, a często i tracą życie, tak jak tracili je Żydzi i Polacy i inne narody podczas najokrutniejszej z wojen. Działaj na rzecz słabszych i marginalizowanych, wspieraj akcje humanitarne, wyjedź na wolontariat.
Wolisz zostać w kraju? Świetnie, włącz się w działania organizacji pozarządowych walczących z dyskryminacją mniejszości i nierównym traktowaniem. Wspieraj edukację osób z niepełnosprawnościami albo działaj w biznesie społecznie zaangażowanym. Nie stój z założonymi rękami, bo jesteś odpowiedzialny czy też odpowiedzialna za to, aby sztafeta pokoleń biegła do przodu. Nigdy nie pozwól, aby wrócił niesławny rok 1968 i aby słowo Polska kojarzyło się jakkolwiek inaczej niż z tolerancją, otwarciem na innych, ochroną najsłabszych i gościnnością. Jeśli zrobisz coś dla takiego Jej blasku, usiądź spokojnie w swojej kawiarni i włącz sobie na Youtube hymn mojego pokolenia, który będzie wtedy i Twoim hymnem. Zanuć sobie: „Co ciągle widzę w niej, dlaczego w innej nie…”, a potem napij się kawy i pogadaj ze znajomymi w sieci.

Ilustracja muzyczna:

Piwo niewolnicy

Rys. Lech Kolasiński

W Polsce aresztowano niedawno matkę niepełnosprawnego dziecka zależnego od urządzeń podtrzymujących życie. Matka nie zauważyła, że dziecku wypadła rurka łącząca je z maszyną, a to było bezpośrednią przyczyną jego śmierci. Inna matka, która opiekowała się dzieckiem w podobnym stanie, poszła do sklepu zrobić zakupy i pośród wielu produktów w jej koszyku znalazło się piwo. Nie uszło to uwagi czujnego sąsiada. Od razu wypomniał wyrodnej matce, że chodzi po sklepach za alkoholem zamiast opiekować się dzieckiem. Ta broniąc się, tłumaczyła mu, że kupiła piwo dla kogoś, a nie dla siebie.

Jeszcze inna matka pisze w sieci bloga, na którym opisuje swoje codzienne zmagania, aby stale leżącemu dziecku móc zapewnić odpowiednie wsparcie. Ze swadą relacjonuje rozmaite przygody z osobami indywidualnymi i instytucjami, które w teorii powinny stanowić profesjonalne zaplecze dla rodziców dzieci ze znaczną niepełnosprawnością. Tak się jednak w praktyce nie dzieje lub wsparcie to jest dalece niewystarczające, aby rodzina mogła normalnie funkcjonować. W ten sposób skonstruowana polityka społeczna, a raczej jej karykatura, skazuje tę i podobne jej matki na całkowitą rezygnację z siebie, z własnego życia nie tylko zawodowego, ale także prywatnego, z wszelakich przyjemności, z których korzystają inni ludzie – z mody, z kultury, z wyjeżdżania na wakacje, także z wypicia jednego choćby piwa. Matka blogerka określa tę sytuację jednoznacznie – to współczesne niewolnictwo, usankcjonowane przez państwo polskie. Ma rację.

To ją i inne matki niepełnosprawnych dzieci prezydent Polski nazwał bohaterkami podczas swojego wystąpienia z okazji Święta Konstytucji 3 maja. Jego małżonka, deklarowała w związku z Międzynarodowym Dniem Osób Niepełnosprawnych, że „tym wyjątkowym osobom warto pomagać”. W przypadku dzieci podłączonych na stałe do urządzeń medycznych pomaganie to leży głównie w rękach ich matek. Pomimo górnolotnych oświadczeń z okazji takich czy innych świąt, w ślad za nimi nie idą żadne konkretne pomysły na stworzenie długofalowych i dobrze finansowanych systemów wsparcia potrzeb matek w związku z opieką nad niepełnosprawnymi dziećmi. Systemy takie, oparte na pomocy asystentów osobistych, są znane i od lat obecne w polityce społecznej wielu europejskich państw, my w Polsce ograniczamy się jednak do pięknych słów, które zazwyczaj muszą matkom wystarczyć. Czasem takie słowa są potrzebne, bo stanowią iskrę, która rozpala zmiany. Puste deklaracje potęgują natomiast frustracje, bo wygłaszane były już tyle razy, przez tylu polityków, z tylu rozmaitych opcji, przy tylu okazjach, że na samo brzmienie tych frazesów można dostać mdłości.

Jednak politycy mogą spokojnie to robić dalej, bez żadnej obawy, że taka lub inna niewolnica wyjdzie i będzie protestować, domagać się systemu wsparcia, prosić o asystentów, tłumaczyć, że jej dyżur przy niepełnosprawnym dziecku jest jak praca. Niewolnica jest bowiem stale na uwięzi. Dzień i noc czuwa przy swoim dziecku, dogląda go, przewróci na drugą stronę. Czasem zastąpi ją mąż, który musi pracować, aby zarobić i na dziecko i na niewolnicę. Zdarza się jednak, że mąż ją opuści, bo chce żyć inaczej albo nie daje już rady. Ona musi pozostać na tej swojej reducie, bezustannie trwać. Jest niezłomna, wytrwała, niezmiennie kochająca, bo chodzi tu przecież o godność jej samej i godność jej dziecka.
To właśnie na tych odczuciach i siłach życiowych matki żerują politycy każdego szczebla i każdej opcji politycznej oraz inspirujący ich ideologowie. To kosztem tych matek i ich niewolniczej pracy trzyma się „system wsparcia” dzieci zależnych od pomocy innych. Tak, to one są słynnymi Matkami Polkami, od których ci politycy i wielu innych ludzi oczekuje najwyższego heroizmu – decyzji o urodzeniu dziecka z tak znaczną niepełnosprawnością, a potem opiekowania się nim przez całe swoje życie. Oczekiwanie to jest zgodne z postrzeganiem roli kobiety w polskim społeczeństwie, a zatem przychodzi tym ludziom bez trudu. Nie powinno więc budzić żadnego zdziwienia, że według nich wszystkich niewolnicy nie wolno wypić nawet jednego piwa. Co na to ludzie powiedzą – ona ma takie chore dziecko, a oddaje się przyjemnościom.

Czuje to i może nawet akceptuje sama niewolnica. Dlatego mówi, że kupiła je nie dla siebie. Musi się tłumaczyć byle sąsiadowi, któremu wedle przyjętego modelu kulturowego wolno iść i schlać się z kolegami na umór, potem kogoś zwyzywać na ulicy, a własnej żonie zrobić w domu karczemną awanturę. To wszystko mu wolno, jednak ten sam sąsiad ma moralne prawo a nawet obowiązek obywatelski, aby wytknąć jedno piwo Matce Polce. Czuje się wtedy lepszym człowiekiem.

Gdy taka matka czegoś nie dopatrzy, o czymś zapomni, raczej nikt jej nie pomoże. Kto chciałby brać odpowiedzialność za sytuację z tak niepełnosprawnym dzieckiem w tle? Kto chciałby mieć jakieś kłopoty z tym związane? Kiedy może ze zmęczenia nie dopatrzy, że dziecku wypadła rurka i dojdzie do najgorszego, przyjedzie prokurator i policja i po prostu ją aresztują.

Dlatego niewolnica zawsze jest sama. Nie ma koleżanek, przyjaciółek, bo cały czas czuwa. Czasem, jeśli jeszcze ma siłę pisać bloga ktoś da lajka na Facebooku, ktoś zadzwoni, ale to rzadziej, bo telefon kosztuje więcej wysiłku. Niewolnica pozostaje więc z dzieckiem i swoimi myślami. Często z tym dzieckiem porozmawiać nie może, więc rozmyśla. Najczęściej są to myśli związane z przyszłością syna lub córki. Czasami zechce się nimi podzielić na swoim blogu i stąd dokładnie wiemy, jakie one są – co będzie jak ona lub jej mąż zachoruje, zestarzeją się, któreś z nich straci pracę, jak umrze. Co wtedy stanie się z jej dzieckiem?

Mijają dni, miesiące. Przyjdzie kolejne święto, znowu prezydent powie coś o jej bohaterstwie. Mijają dni i miesiące, przyjdzie kolejne święto, zmieni się polityk i coś dobrego o niej powie. Mijają dni i miesiące, matka już nie jest silna i zdrowa. Mijają lata, wygasa ten czy tamten blog. W ich miejsce pojawiają się kolejne blogi pisane przez współczesne niewolnice – Matki Polki.

Przy stoliku z ceratą

Pamięci Julka

 

Podczas wystąpienia jako Ashoka Fellow w Bukareszcie, wspominałem moje najlepsze, przynajmniej w dotychczasowym życiu, decyzje. Jedną z najważniejszych była ta o chęci nauki w zwykłej szkole i pójściu na studia dziennikarskie. Mówiłem wtedy, że wszyscy wokół mnie się z tego śmiali uważając, że w zwykłej szkole mnie zjedzą, zdyskryminują i, że na żadne studia się nie dostanę. A po szkole specjalnej czeka mnie świetlana przyszłość i zarobię dużo pieniędzy na dobrych zawodach dla niewidomych. Te dobre zawody były typowymi, które zgodnie z wówczas obowiązującym stereotypem, miały wykonywać osoby niewidome – strojenie fortepianów i masowanie.
Wspominam sobie to często, gdy mnie teraz ktoś masuje. Bardzo przyjemne, gdy się tę usługę od kogoś odbiera, ale zupełnie bym nie chciał komuś jej oferować. Wydaje mi się zresztą, że pomijając już chęci, nie miałem tyle siły, ani odpowiedniej konstrukcji rąk. Jednak to te zawody były jedynymi propozycjami od społeczeństwa, które nie spełniały żadnych moich oczekiwań i nie zbliżały się nawet do marzeń. Kiedy wszyscy wokół powtarzali jednak bezustannie, że źle robię, że złego wyboru dokonuję, pomimo upartego charakteru, myślałem o tym, aby kogoś dojrzałego o to zapytać.
Był taki jeden człowiek, który nigdy się z żadnych dylematów nie śmiał i zawsze długo słuchał, a potem coś radził. Nazywał się Julek Wójcik. Ja miałem lat 15, on 60.
Nie miał łatwego życia. Urodził się na wsi pod Lwowem i bardzo wcześnie stracił wzrok, bo w wieku lat trzech. Nie posiadał więc żadnych wzrokowych wrażeń. Potem wybuchła wojna. Pamiętam, gdy mi opowiadał, że na niebie pojawiło się mnóstwo pięknych samolotów. Siostry wołały: „Julek, jakie one są piękne”, ale za chwilę te samoloty zaczęły zrzucać bomby i wszyscy się rozbiegli, pochowali, zapominając o Julku.
Po wojnie przeprowadził się z rodziną do Krakowa. To było siermiężne życie w komunistycznej Polsce i miejsce dla niewidomego chłopaka znalazło się tylko w szkole specjalnej. Wyuczył się w niej jednego z tych zawodów, które społeczeństwo przeznaczyło dla osób niewidomych i stroił te fortepiany, grał też trochę na różnych instrumentach. Nie, nie jak Stevie Wonder i zdawał sobie z tego sprawę, grał tak po Julkowemu i sprawiało mu to przyjemność. Klubowe granie, tak bym to dziś określił, lubiłem je.
Zetknąłem się z nim pierwszy raz w latach 70-tych na jakiejś wycieczce na Jurę. Należał do Związku Niewidomych, do którego też należał mój ojciec i na takiej wycieczce Julek grał przy ognisku na akordeonie, choć wtedy nazywaliśmy to nieprawidłowo harmonią lub z rosyjska harmoszką. Wszyscy go tam lubili, bo opowiadał kawały i dużo się śmiał. Jako dziecko zapamiętałem Jego pogodne oblicze i już wtedy łysinkę. Myślałem chyba wówczas, że jest bardzo stary i zupełnie bym nie przypuszczał, że wkrótce zostaniemy kumplami na wiele lat. Ja więc Jego twarz dobrze znałem. On moją mógł sobie tylko wyobrażać. Czasami dotykał ludzi po twarzy, aby sobie móc ich lepiej wyobrazić. Niektórym koleżankom bardzo się to podobało, innym zupełnie nie. Rozumiem teraz punkt widzenia obu stron, ale dla niego rysy twarzy były ważne. Często mawiał potem: „Ta Ewa jest taka delikatna z twarzy i jak się śmieje, to te rysy się z takim szczebiotem zgadzają. Musi to być dziewczyna wrażliwa”. A on przepadał za wrażliwcami, intelektualistami, poszukującymi sensu. Kiedy mógł im coś poradzić, czuł się potrzebny.
Gdy ja straciłem wzrok, to pierwsze pytania o nową sytuację od razu do niego skierowałem, zawsze dostając odpowiedzi, lepsze, gorsze, ale wiedziałem, że mogę na to liczyć. Jako jedyna osoba, wsparł mnie w decyzji pójścia do zwykłej szkoły mówiąc: „Tak czujesz i musisz to zrobić, musisz być wśród ludzi, zrób to, czego ja nie mogłem zrobić, świat jest piękny i nie zamykaj się wśród podobnych do ciebie”.
Potem, kiedy się okazało, ile mam nowych kolegów i koleżanek i jak się oni wszyscy dowiedzieli, że mam takiego niezwykłego kumpla, którego młodzi bardzo lubili, ciągnęły do niego ze mną tłumy. Gadaliśmy o życiu, dużo o muzyce i rzecz jasna – o miłostkach, a także o całkiem poważnych miłościach. Ze znawstwem radził nam i w tych kwestiach. Zawsze znalazł się do takich rozmów u Julka kieliszek czegoś dobrego, herbatka, ciasteczko. Dziś myślę, że był koneserem, choć czasy były takie, że nie rozpływaliśmy się nad tiramisu, bo nie wiedzieliśmy, że coś takiego istnieje, ale nad kolejnymi ciasteczkami w celofanach typu pieguski, które akurat wchodziły na polski rynek, bo rodził się nam kapitalizm.
Tak biegły lata, przewijało się życie. Julek często słuchał w radiu muzyki, którą prezentowałem i kłóciliśmy się o gotyk, bo on ponad wszystko cenił w muzyce harmonię i akordy musiały być wyważone jak u Vivaldiego, a mnie zaczynały się podobać odjazdy. Obaj lubiliśmy jednak na równi Jarre’a.
– Pamiętasz, jak się bałeś tej szkoły, a teraz co tydzień tu kogoś z niej przyprowadzasz – przypomniał mi kiedyś. Te szkoły dla niewidomych to getta cholerne i dobrze, że się z tego wyrwałeś do tej swojej Jedenastki, że poszedłeś potem na studia.
I na studiach i po studiach, jako dorosły już człowiek, dzwoniłem do Niego często i pytałem o coś, jak za starych czasów. To już nie były sprawy, wybory, decyzje na miarę tej pierwszej, najważniejszej, ale zawsze chciałem pogadać, usłyszeć Jego pogodny głos, coś na przykład o tym, że ciekawie jest poznawać ludzi, zwiedzić jakiś nowy kraj, zapoznać się z jego kulturą. Po pierwszym pobycie w Stanach, kiedy przywiozłem Ajzika, wjechałem z nim od razu do Julka i pomimo, że na początku Ajziczek był niesforny, oględnie mówiąc, a Julek bał się psów, bo go pod Lwowem mocno pogryzły, to szybko się zakumplowali, bo z Julkiem kumplowała się po prostu każda istota.
Włączam czasem Oxygene Jarre’a i najczęściej przy tej muzyce myślę właśnie o Nim. Mam takie piękne wydanie Mobile Fidelity na złocie, które niesamowicie brzmi na lampach. Julek urodził się wprawdzie w epoce lampowych odbiorników, ale nigdy nie doświadczył muzyki odtwarzanej z CD lub winylu poprzez dobry wzmacniacz lampowy. Na pewno zachwyciłby się tak brzmiącym Jarre’em lub dzwonami rurowymi Oldfielda, które też bardzo lubił, albo i tym Vivaldim o idealnie wyważonych akordach.
Gdybym dziś usiadł z nim przy Jego stole, pokrytym zgrzebnym obrusem lub przy tym kuchennym, pokrytym po prostu ceratą, wyciągnąłbym Crema Ovieja lub może jakieś dobre Porto. Włączylibyśmy płytę z Fado, ciekawe, czy podobałoby Mu się Fado, muzyka smutku, miłości i tęsknoty.
Może czasem zaprosiłbym Julka na Tiramisu do Aqua albo do Hindusa na Mikołajską, ale za ostrym to on nie przepadał, więc może Sushi by mu się spodobało, bo lubił ryby?

A może wcale nie chciałby tego wszystkiego, tylko usiedlibyśmy znowu przy jednym lub drugim stoliku, pilibyśmy lurowatą herbatę ekspresową, zażerając Pieguski i kłócilibyśmy się o to, czy lepiej patrzeć na gwiazdy i horyzont, czy też zasłaniać zasłony. Potem posłuchalibyśmy na Jego kombajnie Condor jakiegoś compactu, który bym akurat przyniósł. Tak, to w zupełności mogłoby nam wystarczyć i bylibyśmy znowu razem, szczęśliwi, że jest to możliwe.

Głos Juliana Wójcika i trochę historii o gwiazdach, słońcu i księżycu, mogą Państwo usłyszeć w reportażu radiowym z 1999 r. „Świat mojej wyobraźni”.

Rys. Lech Kolasiński

Taniec duchów – od romantyków do romantyków

 

Zostawiliście ze „Starym” po sobie dużo taśm, ponoć więcej niż 300 godzin. Zupełnie nie wiem, czy chcieliście, abyśmy na te sceny patrzyli osiemnaście lat po tym, jak niczym Panurg zdecydowałeś się pierdnąć na ten świat, obrócić się z obrzydzeniem i odejść. Filmy i książki jednak powstają, czy tego chcieliście, czy też nie. Masz to w dupie? Tak właśnie przypuszczałem.

Chciałem jednak pogadać, skoro te taśmy są i pozwoliliście nam w swoim życiu uczestniczyć. Kiedy włączam różne płyty, których większość dzięki Tobie znam, zawsze mi się wydaje, że czas się cofnął, że jesteś obecny, że możemy porozmawiać, tak jak kiedyś na antenie lub najlepiej po audycji, w małym pokoiku przytulonym do reżyserki studia, które już nie istnieje. Radio też nie jest już tam gdzie było. W ogóle radio publiczne w całej Polsce się zmieniło i na pewno nie mógłbyś w nim pracować. Odchodzą z niego ludzie o dużo twardszym kręgosłupie niż Twój. Od czasu do czasu grają w nim naszą starą rozmowę z reportażu o romantykach muzyki rockowej mówiąc, że jest to materiał archiwalny. Ja, jako autor, czuję się też archiwalny, bo nikt, nigdy nie zadzwonił do mnie w związku z taką prezentacją. Gdy grano Twoje płyty, które zapisałeś w spadku Trójce, pojawiły się na antenie dwa sprzeczne komunikaty – że złożono je w paczkach, bo były relikwią i drugi, że tyle było tych paczek, że nie wiedziano, co z nimi zrobić. Piękna kolekcja, którą ze „Starym” upamiętniliście na tym filmie, leżała gdzieś zakurzona w pokoju przez kilkanaście lat nikomu niepotrzebna, dlatego może ważniejszy jest ten żywy zbiór wspomnień, które mamy przy muzyce słuchanej z płyt, a nie z radia, bo artystów przez nas cenionych już na antenie właściwie nie ma.

Peter Hammill wydał właśnie swoją nową płytę. Jest bardzo dobra. to świetnie, że wciąż dla nas gra. Pamiętasz tę swoją audycję, w której prezentujesz jego muzykę i odpalasz świece z okazji 1 listopada? Odpalam je dziś wraz z Tobą dla tych artystów, którzy są tam, gdzie Ty. Greg Lake, Leonard Cohen, Tom Petty, Steve Strange, żeby wspomnieć choćby kilku. Niektórzy wierzą w życie pozagrobowe. Wiem, że Ty nie wierzyłeś. Jednak gdyby ono było, mam nadzieję, że słucha się tam rocka. W takim układzie Ty słuchasz na żywo Cohena, a my Hammilla. Musi być przecież jakaś równowaga pomiędzy światami.

Mówisz, że czekasz od poniedziałku do poniedziałku, od romantyków do romantyków i to są chwile szczęścia, a przez cały tydzień nienawidzisz każdej sekundy życia. Pomimo dojmującego wrażenia wywołanego tymi słowami, było jednak dla mnie wzruszające, móc wrócić do tych poniedziałków. Rozmawiam teraz z ludźmi, którzy mają tyle lat, co ja w tamtym czasie i oni nie czekają na żadne poniedziałki przy radiu. Szukają muzyki w sieci. Nie mają takich przewodników jak Ty po tym, co dobre. Często włączają coś z Youtube i od razu wyłączają. Na pewno jednak kochają fajną muzykę, ale pomimo wielkiego jej wyboru, wybierać nie bardzo umieją. Nie Tomek, co Ty, to wcale nie wina komputera, to globalna wioska, w której trzeba umieć się poruszać i samemu bywa trudno. Tak, wiem, że uważasz komputery za parszywe, ale to właśnie z ich pomocą możesz kupić płyty z całego świata, kontaktować się z ludźmi myślącymi i czującymi podobnie. Może nie byłbyś aż taki samotny dzięki komputerom, gdybyś jeszcze chwilę zaczekał?

Twoje przyjaciółki mówią, że to, co Ci się przydarzyło, przydarza się wielu ludziom – nieszczęśliwe miłości, depresje, lęki. Chyba się z nimi zgadzam, wiedząc już teraz coś więcej o osobach mających kryzysy psychiczne. W tamtych czasach, nie miałem o tym żadnego pojęcia. Żałuję, bo może mógłbym Ci jakoś pomóc?

Odczuwałem od czasu do czasu, że nie lubisz ludzi, jak to powiedział Twój „Stary” na tym filmie. Może pamiętasz taki moment przed koncertem Cocteau Twins w Katowicach, kiedy poczułem, że nie chcesz w ogóle ze mną gadać, gdy poprosiłem w drzwiach o kontakt z Tobą. Kilka zdawkowych formułek i drzwi się zatrzasnęły. Olewam to jednak, bo pamiętam też takie momenty jak pierwszy koncert Sisters we Wrocławiu. Jechałem tam bez biletów w nadziei, że jakoś je skombinuję. Jednak takich jak ja i mój brat były tam tłumy. Przedarliśmy się przez nie do tylnych drzwi i poprosiłem o kontakt z Tobą. Przyszedłeś, przywitaliśmy się, dałeś mi dwie, dziennikarskie wejściówki na ten historyczny występ „Siostrzyczek”, nie oczekując niczego w zamian. To były moje pierwsze, dziennikarskie wejściówki na cokolwiek. Długo trzymałem je na pamiątkę. Inni ludzie z tego tłumu zaczęli wołać, że Cię poznają i też proszą, a Ty powiedziałeś: „Tylko tyle miałem, nic już nie mogę zrobić”. Gdybyś miał więcej, pewnie byś im rozdał. Tak naprawdę Lubiłeś ludzi, ale nie zawsze im to okazywałeś, bo ludzie byli, jacy byli i są, jacy są.

Nie wiem, czy Ci wspominałem, że czarny strój na ten występ, taki jak Ty, miałem kombinowany. Koszulę pożyczył mi ksiądz z liceum, choć nie chodziłem na jego zajęcia, a buty kolega, którego ojciec zarabiał na dobre buty w Niemczech. Tak, to ten kraj, z którego pochodzi Lacrimosa, ale rozmawiać po niemiecku w Polsce to teraz ryzyko. W każdym razie jestem wdzięczny temu księdzu za koszulę. On lub jakiś jego kumpel mógłby obecnie pomyśleć, że jadę na obrzędy satanistyczne, nie na koncert ukochanego bandu i mogłaby do moich drzwi zapukać policja. Nie, nic nie pieprzę, tak właśnie jest.

Wiesz co, ostatnio Sistersi koncertowali w Czyżynach, całkiem niedaleko miejsca, gdzie mieszkam. To był występ na otwartym powietrzu i nurzanie się w błocie. Nie poszedłem tam, bo nie lubię już nurzać się w błocie. Wolę słuchać pięknie starzejących się rockmanów w filharmonii tak, jak wtedy w Bydgoszczy, gdy ze wzruszeniem zapowiadałeś Hammilla. Publikowałem niedawno na Facebooku bilet z tego występu. Odezwała się Joanna – ta sama, co opowiada o Tobie w moim reportażu. Też tam była i przysłała zdjęcie, na którym jesteś w tle. NO widzisz, Facebook nie jest tylko od tego, aby ktoś pisał drugiemu, że idzie się właśnie wysikać. Też mi się tak wydawało, ale zdziwiłbyś się, jak często pojawiają się tam linki do Twoich starych audycji, choćby do tej z poezją Edgara Allana Poe.

Kończę już Tomek. Chciałem pogadać, bo może nie wiedziałeś, że miałeś tu prawdziwych przyjaciół. Jedni znali Cię lepiej, jak Wiesław Weiss i zawdzięczasz im swój portret prawdziwy, a nie taki jak w nieszczęsnym filmie o Waszej rodzinie, a drudzy mieli z Tobą kontakt sporadyczny jak ja, albo Joanna, ale wystarczający, abyśmy wiedzieli, że nie byłeś wariatem i rodzinnym terrorystą, a po prostu miałeś problemy, które ma wielu ludzi, jak mówiły Twoje przyjaciółki i którym to problemom można było zaradzić.

Nie wiem, czy nie byłoby lepiej, abyście wcześniej zniszczyli ze „Starym” te wszystkie taśmy, bo jedni i drudzy przyjaciele nie dają teraz rady z tą nawałą sensacji związanej z prymitywnymi tezami o rodzinie Beksińskich. Z kim bym nie rozmawiał, wszyscy myślą o Tobie jako świrze i nawet stawiają diagnozy, którą to jednostkę chorobową należy Ci przypisać. Wiem z dzienników, że „Stary” spalił przynajmniej Twoje listy dźwiękowe wysyłane do Niego. To dobrze, bo powinniście mieć trochę prywatności, coś tylko dla siebie. Cieszę się jednak, że zachowały się także te Wasze taśmy, których nie sposób zmienić i dokonywać na nich większych manipulacji. To pozwoliło mnie i innym wziąć ponownie udział w swoistym tańcu duchów. Wzruszyły mnie utwory, które w tym filmie prezentujesz. Mam nadzieję, że bawisz się tam dobrze z Lukrecją i innymi pannami w czarnym makijażu. Puść im ode mnie oczko.

A i pozdrów proszę „Starego”. Powiedz Mu, że w „Dziennikach” trochę za dużo pisze o temperaturze za oknem, częstotliwości sikania i innych problemach gastrycznych. Uściskaj mocno matkę, wiesz dobrze, że była dobrym człowiekiem. Twój Sanok pięknieje i się rozwija, a w Bieszczady docierają ludzie mówiący po angielsku. O Warszawie lepiej nie mówmy.

Cześć, do usłyszenia.

Irek

 

Inspiracją do powstania tego felietonu, był film dokumentalny „Beksińscy. Album wideofoniczny”.

Nawiązania muzyczne w tekście

Peter Hammill „From the trees”:

The Sisters of Mercy “Lucretia my reflection”:

Reportaż radiowy z roku 2001 “Romantycy muzyki rockowej”:

Rys. Lech Kolasiński

 

Sztafeta pokoleń

Od wczoraj Polska znajduje się w innej rzeczywistości. Wartości europejskie, dziedzictwo Solidarności, równość i poszanowanie mniejszości – to wszystko zaczyna podwiewać zimny, wschodni wiatr. Unia Europejska, po raz pierwszy w historii, przywołuje artykuł 7 swoich traktatów. Czy to powstrzyma ludzi zadeptujących wszystko, co napotkają po drodze, a co ogromnym wysiłkiem wypracowały całe pokolenia? To pytanie zadają sobie od wczoraj ci, którzy mają szacunek dla rozumu, a nie tylko siły i którzy chcą jeszcze biec w sztafecie pokoleń, o której w swoich pracach pisał Jan Nowak-Jeziorański. Sztafeta ta od wieków biegła ku wartościom demokratycznym państwa prawnego, ku wolnej i zjednoczonej Europie. Czy ten konsekwentny bieg Polaków zostanie nagle przerwany?

To całkiem prawdopodobne, bo zaczyna brakować biegaczy, którzy chcą ofiarować tej sprawie swój pot, zmęczenie i wysiłek, swoje emocje, zaangażowanie. Widać to podczas zgromadzeń w obronie zasad państwa prawnego, trójpodziału władzy i równości szans. Tych , którzy decydują się wyrazić troskę o dobro wspólne jest garstka. Może jest zbyt zimno, jak twierdzi Adam Michnik, może większość nie rozumie, że znaleźliśmy się nad przepaścią, może, zaczadzeni propagandą mediów narodowych, mają inne zdanie. Nie czują w każdym razie potrzeby szukania informacji źródłowych, nie chcą przyjść i posłuchać wybitnych prawników, politologów, psychologów i socjologów, którzy marzną po to, aby im coś wytłumaczyć. Inni z kolei nie przychodzą i przeklinają jedynie przed telewizorami, bo się boją. Czego? Co jest w tej chwili ważniejszego od dobra wspólnego?

Liderzy społeczni, którzy zgadzali się na duże wyrzeczenia na rzecz wartości wyższych, dawno już nie żyją lub są w podeszłym wieku, nie wszyscy też, którzy pozostali, umieją rozpoznać obecne nastroje i trafnie wyrazić je w swoich wypowiedziach. Dlaczego jednak to od tej reszty bohaterów lat 80-tych cały czas oczekujemy pełnej aktywności? Sztafeta ma to do siebie, że nowi biegacze zastępują starszych, zmęczonych, kontuzjowanych, którzy swoje zadanie już wykonali i mają prawo do odpoczynku. Gdzie zatem jesteście, „Jej nowi wielbiciele młodzi, wielbiący ją jak starą gwiazdę, co zamiast spadać, nagle wschodzi”?

Każda zdrowa demokracja chroni mniejszości, a nawet można powiedzieć, że naddaje im jakby praw, aby ich głos był dobrze słyszalny i w miarę równy w stosunku do głosu rządzącej większości. Jeśli jest tak, jak zapewniają obecnie rządzący, iż nic polskiej demokracji nie dolega, spójrzmy na mniejszości, posłuchajmy tego, co mówią reprezentujące je organizacje i osoby indywidualne. Jak to zatem jest z największą mniejszością społeczną, ale za to najmniej słyszalną?

Na fali dyskusji o ustawach sądowych i ordynacji do wyborów samorządowych, rozgorzała sprawa głosowania korespondencyjnego, stanowiącego jedną z możliwości udziału w wyborach dla osób ze znacznymi niepełnosprawnościami. Kiedy nie zadziałały argumenty o możliwym oszustwie wyborczym, która to wizja od pewnego czasu prześladuje rządzących, ich przedstawiciele zdecydowali się dziś na przyjęcie poprawki do swojego projektu ordynacji, która ten sposób głosowania przywraca. PR-owcy zorientowali się zapewne, że w tej sprawie warto złagodzić wysuwane wcześniej, nikczemne argumenty o potencjalnych oszustwach. Liczą na to, że środowiska osób z niepełnosprawnościami się uciszą, a jeśli nie, to potrząśnie się trochę finansami PFRON, z których żyje większość organizacji je reprezentujących i będzie po problemie.

Nie bójcie się tego i nie dajcie się zadowolić powrotem do stanu prawnego, który przecież nie był idealny. Formą głosowania, która w dzisiejszych czasach byłaby w pełni dostępna, nowoczesna i przyjazna wszystkim obywatelom, nie tylko tym z niepełnosprawnościami, jest głosowanie przez Internet. To powinien być postulat tego środowiska i wszystkich świadomych obywateli. Dzięki tej formie liczba głosujących w wyborach Polaków mogłaby wzrosnąć z przerażająco niskiego poziomu do być może nieco większego. Zacznijcie stawiać ten postulat gdzie to tylko możliwe – w dialogu społecznym, dyskusjach prywatnych i debatach publicznych, na demonstracjach w obronie trójpodziału władzy.

A propos tych demonstracji, pogódźcie się z tym, że forma głosowania nie jest w tej chwili najważniejsza w świetle tego, co dzieje się z całą ordynacją wyborczą oraz przyjęciem ustaw sądowych. Problemy wynikające z zachwiania proporcji pomiędzy władzą wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą uderzą w Was jako pierwszą grupę społeczną. Jest to bowiem grupa najsłabsza, której nie zaprasza się nawet do dialogu o niej samej, a bez takiego dialogu politycy, którzy nowoczesnego spojrzenia na niepełnosprawność nie znają, zrobią z Wami wszystko, co zechcą.

Nie wierzcie w to, że ci politycy coś Wam dadzą, jakieś 500, czy 1000+ albo jeszcze więcej z tytułu niepełnosprawności. Oni mogą rozdawać tylko to, co wpływa do kasy państwa z podatków, które z kolei pochodzą z ludzkiej pracy lub mogą to państwo zadłużać. Jeśli cofał się będzie zachodni kapitał, tak w tej chwili zohydzany przez rządzących, nie będą powstawać nowe miejsca pracy i skurczy się liczba tych, które obecnie są na rynku dostępne. Doskonale wiecie, że i bez tego zjawiska macie z pracą problem. Bez nowych i stabilnych miejsc pracy, zacznie brakować w budżecie pieniędzy, którymi dysponują politycy. Zacznie ich także brakować w budżecie PFRON, który żyje głównie z pieniędzy pracodawców i zasila wiele Waszych organizacji. Przestanie je zasilać zaraz po pierwszych problemach z gospodarką. Te mogą się pojawić w wyniku utraty wiarygodności Polski na arenie międzynarodowej jako stabilnej demokracji parlamentarnej.

Włączcie się więc także w sztafetę pokoleń, bo musicie być widoczni teraz i w wyborach, jeśli oczywiście odbędą się one zgodnie z obowiązującymi w demokracji regułami. Wybory muszą być dostępne, z wielością form umożliwiających realizację Waszych praw obywatelskich, zgodnie z zasadą równości i tajności. Co jednak z wykonaniem tych zasad, jeśli słyszymy dziś, iż głosowanie korespondencyjne będzie możliwością tylko dla osób niepełnosprawnych? Jak to będzie weryfikowane, poprzez orzeczenia o niepełnosprawności? Co z osobami, które zgodnie z obowiązującą w Polsce Konwencją o prawach osób niepełnosprawnych są niepełnosprawne, ale nie mają orzeczeń? Jak zachować tajność w przypadku takiego ograniczenia w projekcie ordynacji?

Utoną w tych problemach sami pomysłodawcy, jednak nie pozwólmy, aby pociągnęli nas wszystkich za sobą na dno. Zadbajmy sami o osoby z niepełnosprawnościami, aby mogły głosować w sposób tajny, równy i dostępny, ale pamiętajmy też na co dzień o innych mniejszościach społecznych. Różnorodność jest pięknem, a nie zagrożeniem, jest szansą dla gospodarki, a nie problemem.

Tym, którzy chcą się włączyć w sztafetę pokoleń, dedykuję dziś „Sentymentalną pannę S” Jacka Kaczmarskiego, a dla rządzących zaśpiewają nomen omen Róże Europy. Tu jednak drobne wyjaśnienie, zwłaszcza dla władających resortami siłowymi, aby niepotrzebnie nie wysyłali przeciwko sztafecie kordonów policji – słowa o kamieniach i rewolucji z tego utworu mają charakter symboliczny. Naszą jedyną bronią jest solidarność.

Sztandar, dymu chmury

To było trzy lata temu. Leżałem na plaży w Portugalii. Moja żona brodziła sobie gdzieś po morzu, ale przebywała w pewnym oddaleniu. Miałem zamknięte oczy, słuchałem szumu oceanu i śpiewu ptaków. Nagle poczułem na policzku pocałunek, ale jakiś taki zimny. Co się dzieje! Ona jest raczej daleko, więc to musi być ktoś inny – przemknęło mi przez myśl. Otworzyłem oczy, ale niczego to nie rozwiązało, bo nikogo nie mogłem zobaczyć. Nikt się też do mnie nie odezwał. Chwilę później podeszła do mnie obca kobieta, przepraszając za swoją labradorkę, która trąciła mnie zimnym noskiem – „sorry, that is my dog, my lab” – powiedziała.

Psiarze wiedzą doskonale, że psi pocałunek jest czymś przyjemnym, zachęca do przygody, gry lub zabawy, jednak dany z zaskoczenia wydaje się jedynie mokry i zimny i nie wiadomo co się dzieje. Jeśli się jest osobą niewidomą, to efekt ten się wzmaga i może być bardzo zaskakujący, w pierwszej chwili niekoniecznie przyjemny. Radość, ciepło i chęć do zabawy przychodzą nieco później.

To dobra metafora dla następujących po sobie, silnych, życiowych doświadczeń. Utrata wzroku była dla mnie zaskakująca, chłodna jak ten zimny pocałunek, który pogłębiały rozliczne porażki i upokorzenia wynikające z nierównego traktowania ze względu na niepełnosprawność. Zdarzało się to i wciąż zdarza we wszystkich wymiarach życia. Jednak miejsce, w którym teraz się znajduję, sukces edukacji włączającej na Uniwersytecie Jagiellońskim, rozwój idei Menedżera Jutra i wpływ na innowacje społeczne w ramach Ashoki, to już ta druga strona – ciepło, radość i wielka przygoda. Ludzie pytają mnie jednak często o doświadczenie niepełnosprawności jako coś absolutnie krytycznego, coś co mnie ukształtowało i w zasadniczy sposób wpłynęło na moje życie. Oczywiście, to był duży wpływ, ale znaczna nawet niepełnosprawność nigdy nie jest jedynym czynnikiem kształtującym człowieka. Co to zatem jeszcze było?

Urodziłem się i wychowałem w robotniczej dzielnicy Krakowa – Nowej Hucie. Nie wszyscy mieszkańcy miasta ją lubili i tak jest chyba do dzisiaj. To jednak właśnie w tej dzielnicy bardzo silnie zakorzenił się ruch Solidarności. Ten wielomilionowy ruch zwykłych ludzi, którym Jon Anderson dedykował niezapomniany utwór – Polonaise. Moje dzieciństwo przypadło na tzw. karnawał Solidarności, a także niestety na Stan Wojenny, który nastał chwilę później. Z jednej strony widziałem autentyczną solidarność, pomoc innym, współdziałanie w bardzo trudnych, często skrajnych sytuacjach, a z drugiej przemoc na ulicach, niszczenie przez totalitarne państwo wszystkiego tego, co dobre i co ten ruch między ludzi wprowadził. „Kadr jak z Wajdy – sztandar, dymu chmury” – śpiewał Jacek Kaczmarski i takie właśnie obrazy były codziennością mojego życia w tamtym czasie. Gryzący w oczy gaz łzawiący stanowił nieodłączny jego element. Kiedy to wspominam, od razu pojawia mi się przed oczyma wielki tłum ludzi trzymających biało-czerwony sztandar rozciągnięty przez całą szerokość ulicy z wypisanym solidarycą hasłem – Solidarność. Tłum rusza spod kościoła, a na horyzoncie widać szpaler po zęby uzbrojonych zomowców z długimi, białymi pałami. Po lewej i po prawej, jak okiem sięgnąć, stoją suki, armatki wodne i samochody opancerzone. Tłum rusza w tym kierunku. Idziemy z mamą poboczem, jednak umysł dziecka pracuje intensywnie – co będzie? W momencie, gdy wydawało się, że konfrontacja jest już nieunikniona, zomowcy dostają rozkaz odwrotu, biegną i wsiadają do samochodów. Konfrontacja nastąpiła później i to po wielokroć, ale na tym skrzyżowaniu przemoc akurat przegrała. Ten piękny obrazek pozostał mi w pamięci do dzisiaj, bo martwiłem się wtedy o tych ludzi i o ten sztandar.

Potem był rok 1986, kiedy odkleiła mi się siatkówka na lewym oku, a rok później na prawym. Po operacji obudziłem się z opatrunkami na oczach i przewiązaną bandażem głową. W słynnej katowickiej klinice leżał obok mnie chłopak po tym samym zabiegu. I jemu, i mnie mówiono, że powrócimy do jako takiego widzenia, bo dobry szpital, bo najlepszy sprzęt w Polsce, bo talenty lekarzy.

Wkrótce po przebudzeniu, usłyszałem jednak rozmowę pielęgniarek:

– Świetna operacja u Bartka. Docentka bardzo zadowolona. Będzie widział.

– A Irek? – pyta druga.

Cisza.

Zrozumiałem wówczas w kilka sekund, że moje życie bardzo się zmienia. Poczułem też bezsilność ludzi, którzy chcieli mi pomóc, ale medycyna okazała się być bezradna. Te pielęgniarki były jednak pierwszymi, które jakoś intuicyjnie zaoferowały mi ogromne wsparcie. Wielogodzinne z nimi rozmowy odbywałem na dyżurce, a po powrocie ze szpitala, przez telefon. Trudno dziś doprawdy uwierzyć w to, że nie było wtedy żadnego psychologa klinicznego, który mógłby ze mną o tej gigantycznej dla mnie zmianie porozmawiać. Tę rolę pełniły dla mnie siostra Ola, Renata i inne.
Od tego czasu spotykałem w swoim życiu przynajmniej jedną taką Olę, Renatę, Agnieszkę, Gosię. Jestem doprawdy szczęściarzem, że mogłem je wszystkie poznać.

Od czasu tych pogaduszek na dyżurkach, darzę też pewnym sentymentem nurt muzyczny lat 80-tych zwany Italo disco, o co prawdziwi koneserzy mają do mnie nieustanne żale. Jednak to te rytmy towarzyszyły moim wielogodzinnym rozmowom z pielęgniarkami, roześmianymi dziewczynami, z którymi opowiadaliśmy sobie kawały, ale z którymi snułem też chyba pierwsze plany na zmienione życie. Jednym z moich marzeń była ogromna chęć do nauki. Nie było to proste na rok przed upadkiem systemu komunistycznego w Polsce. Biedne państwo borykało się z wieloma problemami, które trzeba było rozwiązać. Trafiłem na indywidualne nauczanie, a potem do szkoły specjalnej dla osób niewidomych i słabowidzących w Krakowie. Nie było to jednak miejsce moich marzeń. Chciałem pójść do zwykłej szkoły, wrócić do normalnego życia. Miałem też kolejne marzenie – o pracy w radiu. Wszyscy się z tego śmiali.

– Będziesz stroicielem fortepianów – mówili mi. Kiedy ja kocham muzykę, ale nie czuję żadnego powołania do strojenia instrumentów.

– Będziesz masażystą. To opłacalny zawód. ludzie chętnie biorą niewidomych masażystów. Ja lubię być masowany, ale nie mam ochoty nikogo masować. Chcę pracować w radiu. Interesuje mnie muzyka i przemiany społeczne.

W 1989 r. zostaje powołany nowy rząd, na którego czele staje pierwszy, niekomunistyczny premier w Europie Środkowo-Wschodniej po II Wojnie Światowej – Tadeusz Mazowiecki. To rok, w którym postanowiłem wrócić do zwykłej szkoły i zacząłem edukację w XI Liceum Ogólnokształcącym w Nowej Hucie, tuż obok skrzyżowania, na którym zomowcy próbowali kilka lat wcześniej zagrodzić drogę pochodowi niosącemu sztandar z napisem „Solidarność”. Szybko nadeszły też kolejne zmiany ustrojowe, społeczne, gospodarcze.

W czasie nauki w Jedenastce, zaczepiłem się w lokalnym radiu i zacząłem prezentować muzykę. Było to młodzieńcze i nieopierzone dziennikarstwo, ale jednak niektórzy przestali się śmiać. Później zmieniłem radio na nieistniejącą już stację prywatną i graliśmy tam dużo pięknych przebojów dziś zwanych złotymi, a od czasu do czasu – także nieśmiertelne Italo disco.

Po zakończeniu szkoły średniej rozpocząłem wymarzone studia dziennikarskie. Spotykałem się z ludźmi z grup dotkniętych transformacją ustrojową. Było ich zbyt wiele. Cały czas wierzyłem jednak w słuszność reform, wdrażania zasad gospodarki wolnorynkowej. Starałem się zbierać materiały o tych, którzy są wykluczeni z udziału w rozwoju, słabsi, marginalizowani. Radio, to pierwszy moment, gdy poczułem, że to możliwe, abym tym razem ja mógł okazywać solidarność innym, poprzez nagłaśnianie ich problemów. Po studiach nawiązałem współpracę ze Studiem reportażu i dokumentu Polskiego Radia i zrealizowałem wiele reportaży dotyczących spraw społecznych.

Osobiste doświadczenia z czasów studiów i nowo zdobytą wiedzę wykorzystałem przy tworzeniu innowacyjnej jednostki uczelni, zajmującej się wsparciem edukacyjnym dla osób wykluczanych z edukacji w ogóle, a w tym z edukacji uniwersyteckiej. To było bardzo trudne zadanie. Dość może powiedzieć, iż przed laty jeden z moich szefów na uczelni określił tę jednostkę jako inwazyjną, bo burzącą dotychczasowe myślenie o tym, czym powinien być Uniwersytet. To dobre miejsce, aby zacytować mojego przyjaciela, który w tym samym czasie robił to samo w Danii. Willy mówił zawsze: „Uniwersytet wprawdzie nie jest dla wszystkich, jest dla ludzi najlepszych, ale kiedy jesteś osobą z niepełnosprawnością i pomimo tej niepełnosprawności jesteś dobry, Uniwersytet jest także dla ciebie i musi dostosować się do twoich specyficznych potrzeb”. Taki właśnie Uniwersytet chciałem budować z tymi, którzy myślą podobnie. Z czasem przywykli do tej wizji także chyba i ci, co nie chcieli tej „inwazji”.

Cieszę się, że po niemal dwudziestu latach, możemy zaoferować wsparcie nawet w najtrudniejszych sytuacjach, bo do takich należą studenci leżący w domu, zależni od urządzeń podtrzymujących życie. Studiują oni wówczas w sposób zdalny.

Taka właśnie była sytuacja Jacka i to było powodem, że inne uczelnie nie chciały go przyjąć na studia. Jego najważniejszym marzeniem było, aby móc się uczyć. Pomyślałem wówczas, że to dla mnie jak powrót do przeszłości.

Należało zorganizować egzaminy w domu u studenta, sposoby na robienie dla niego notatek z wykładów i stworzyć możliwości ich przekazywania. Trzeba mu było też pomóc w nawiązaniu kontaktu z osobami decydującymi o jego sprawach na uczelni. Wszystko to zakończyło się sukcesem Jacka, instytutu, w którym studiował i całego Uniwersytetu. Byliśmy dumni z tego osiągnięcia studenta, a także z solidarnej współpracy, jaką jego osoba wywołała wśród wykładowców i rozmaitych jednostek uczelni. Teraz osoby nie mogące wychodzić z domu studiują w oparciu o ten sam model postępowania i można tę ścieżkę uznać za standardową. Cieszę się, że wraz z moim zespołem, mogłem przyczynić się do realizacji marzenia Jacka, ograniczając ilość zimnych pocałunków od życia, jakie bezustannie musiał odbierać i on, i inni, którzy przedzierali się i przedzierają przez zasieki polskiej edukacji, aby móc w pełni w niej uczestniczyć.

Doświadczenia z wdrażania edukacji włączającej na najstarszej polskiej uczelni, były niewątpliwie bardzo istotną przesłanką, gdy przechodziłem długi i trudny proces weryfikacji, aby w 2017 r. zostać wybranym jako polski Ashoka Fellow. Wspierali mnie na tej drodze bliscy współpracownicy i ludzie, których poznałem stosunkowo niedawno, starając się rozwijać z nimi ideę Menedżera Jutra. Ponownie odczułem solidarność ze strony innych. Z sentymentem wspominałem więc przy tej okazji ów sztandar z początku lat 80-tych. Hasło, które było na nim wypisane nie jest dla mnie zawołaniem politycznym, ani tym bardziej nazwą związku zawodowego, ale stanowi imperatyw wewnętrzny, zawołanie do działania z innymi i na rzecz innych. Jest to także, według mnie, jedna z wartości, na których powinien się opierać zrównoważony rozwój społeczny. Gdziekolwiek jadę za granicę i rozmawiam o Polsce, niemal wszystkim kojarzy się ona właśnie z solidarnością oraz nazwiskiem jej legendarnego przywódcy. To nasz znak firmowy. Co więcej, na wielu konferencjach  międzynarodowych słyszę o solidarności jako spoiwie niezbędnym dla współczesnego kapitalizmu, dla łagodzenia różnic jakie ten system wywołuje. Dyskutują tam albo poważni profesorowie ze znamienitych uczelni, albo ważni menedżerowie udowadniający, że kierowane przez nich korporacje muszą działać w oparciu o autentyczne wartości.

Gdy szedłem jako dziecko z mamą po ulicach Nowej Huty, gdy powiewał sztandar w dymu chmurach, gdy gaz łzawiący mocno gryzł w oczy, a na ulicach roiło się od milicji, nie przypuszczałbym wtedy, że pewnego dnia będzie mi dane stanąć twarzą w twarz z liderami tego wielkiego ruchu społecznego i ściskać ich dłonie. Kiedy o tym myślę, to przypominają mi się słowa innej piosenki Jacka Kaczmarskiego o sentymentalnej Pannie S: „I na ramionach ją ponieśli, jej nowi przyjaciele młodzi, wielbiący ją jak starą gwiazdę, co zamiast spadać nagle wschodzi”.

 

Tekst zawiera fragmenty mojego wystąpienia z okazji przyjęcia do międzynarodowej sieci innowatorów społecznych Ashoki. Wystąpienie to miało miejsce na Uniwersytecie SWPS w Warszawie 20 października 2017 r.

Dla zainteresowanych, utwory wymienione w tekście:

John Anderson „Polonaise”:

Jacek Kaczmarski „Świadectwo”: