Miłosierdzia czar

Czym jest ten zakon dla miłośników rocka gotyckiego w Polsce, jak zrodził się kult talentu ojca przełożonego i co znaczy nazwa The Sisters of Mercy dla pokolenia lat osiemdziesiątych, nie będę tutaj opisywał. Ci, którzy chcą swoją wiedzę na ten temat pogłębić, znajdą w sieci niezliczone artykuły o charakterze popularno-naukowym, jeśli się tak mogę wyrazić. Literatura miłosierdzia jest nader obszerna.
W związku z wczorajszym występem Siostrzyczek w krakowskim klubie Studio, chciałbym natomiast skreślić kilka słów związanych z niesłabnącą mocą przekazu, jaki Andrew Eldritch ma nam wciąż do zaoferowania, bo to, że jest w stanie rozpalić emocje do czerwoności, udowodnił po raz kolejny.
Obiektywnie rzecz biorąc, nie był to wybitny koncert, ani w porównaniu do innych artystów, ani nawet w ramach tych występów The Sisters, w których dane było mi uczestniczyć, a zaliczają się do nich historyczny koncert we wrocławskiej Hali Ludowej – pierwszy w Polsce, a potem w Warszawie. Oba były od tego krakowskiego lepsze pod każdym względem – warstwie artystycznej, możliwościach wokalnych ojca przełożonego, nagłośnieniu. O efektach specjalnych ja akurat rozpisywać się nie chcę, ale dymy we Wrocławiu pamięta pewnie każdy, a ja wyobrażałem je sobie na podstawie sugestywnej audiodeskrypcji, choć słowo audiodeskrypcja wówczas nie istniało.
Wczoraj w Krakowie staliśmy – tak, trzeba było niestety stać, na zalanej piwem podłodze, oklaskując gitarowe riffy, których brzmienie było wyostrzone, kto wie, czy jednak nie nadmiernie, a w ogóle to kolega poddał w wątpliwość fakt, czy ktokolwiek na nich realnie grał. Gdy jednak zabrzmiały pierwsze takty „More”, oblegający scenę tłumek złożony w dużej mierze z czterdziestolatków po prostu oszalał. Koncert musi się dopiero rozkręcić, nabrać ciała, wyrazu, a tu od razu ryk zachwytu przeleciał przez całą tę dość marnie nagłośnioną salę, w której rzesze przepoconych ludzi tupały i ekstatycznie powtarzały frazy utworów, które towarzyszyły im w młodości i idą dalej z nimi przez życie.
Przeszło „More” i „Dr Jeep”, a ja wiedziałem, że cofnął się czas i wszelkie troski dnia dzisiejszego nie istnieją, gdy miłosierdzia czar rozwijał swoje skrzydła, a jazgot gitar ciął uszy w sposób taki, że w przypadku każdego innego wykonawcy dawno bym już wyszedł, aby na siedząco spokojnie wypić piwo, niezbyt zresztą dobre. Tymczasem tu i teraz czerpałem z tej ściany dźwięku perwersyjną przyjemność, tak jak gdybym miał dalej te piętnaście lat, gdy usłyszałem Siostrzyczki po raz pierwszy i żadne wygody życia wówczas się nie liczyły ponad ich muzykę. Dodatkowo, małżonka utwierdziła mnie w przekonaniu, że obiektywnie rzecz biorąc, znajdowaliśmy się w wiadrze stojącym na podłodze, w które ktoś bezwzględnie walił z góry i z boku, a pulsację tę odczuwaliśmy w każdym centymetrze naszego ciała. Nawet jednak ona, nie zaczadzona w tym stopniu jak ja miłosierdziem przyznawała, że urok rockowego szału był bezdyskusyjny. Nieco niej subtelnie wyraził to jeden z fanów, gdy bisy dobiegły już końca: „Bo to…, to jest ten k..wa. czar, to jest ta k…wa magia” – ryczał zdartym od śpiewu głosem, bo wszyscy zużyliśmy struny na okrzykach wraz z ojcem przełożonym: „Flood!, floood!”, vision thing!, vision thing!…”.
Uśmiechając się więc do fana, który wystawił celebrze Eldritcha najkrótszą z możliwych recenzji, a jednak taką, z którą się zgadzam, rozmawialiśmy z dawno niewidzianymi znajomymi. Dyskutowaliśmy, gdzie ów czar jest skumulowany, aby w tak dużej dawce się uwolnić i zawładnąć bez reszty publicznością, niezależnie od obiektywnych okoliczności towarzyszących wydarzeniu.
Czy biorąc pod uwagę czyste emocje, chodzi tu o nieskończone pokłady charyzmy zdziwaczałego nieco sześćdziesięciolatka z Leeds, czy też używając szkiełka i oka, kluczem do tej zagadki jest znakomita jego twórczość, której ukoronowaniem był i pozostaje „Floodland”, spoczywający wczoraj na dnie mojego plecaka? A może z braku laku pod koniec lat osiemdziesiątych, udało się prezenterowi wszechczasów wylansować bardzo dobrą, ale jedną z wielu gotyckich kapel, czy też Eldritch był jednak protoplastą gatunku i zamienił się w żywą jego legendę, co nadal przyciąga tłumy, choć już nie takie, jak onegdaj?
Gdy podszedł do mnie Piotr, a nie widzieliśmy się lat dwadzieścia i wymieniliśmy uwagi o czarze miłosierdzia, a oprócz tego o wszystkim, co w krótkiej chwili wydało się nam ważne pomyślałem, że nie jest zbyt istotne, jakie wynajdziemy odpowiedzi na powyższe pytania. Istotne jest tylko spotkanie, które wydobyła muzyka, muzyka otoczona zasłużonym kultem, skoro takich i innych powrotów do przeszłości było wczoraj aż tak wiele i były tak miłe, sentymentalne, wzruszające. „Krętymi drogami chodzi sztuka” – powiedział człowiek z zupełnie odrębnego muzycznego kręgu, czyli Tomasz Stańko, a jednak tak bardzo ten opis pasuje do roztoczonego wczoraj czaru miłosierdzia. Tomasz Stańko jest historią muzycznego kręgu, z którego się wywodzi, a Andrew Eldritch też nią już zapewne w swoim kręgu jest, ale liczymy na to, że wielokrotnie jeszcze powróci i wywoła duchy przeszłości, z którymi Lukrecja będzie odbywać swój nieskończony, szalony taniec w rytmie przejeżdżającego pociągu.

Ilustracja muzyczna:
The Sisters of Mercy – Lucretia my reflection.

W baśniowym świecie Loreeny

Gdy rano w autobusie do pracy, z kabiny kierowcy dobiegały mnie skoczne rytmy disco polo, z których zapamiętałem słowa: „zostań u mnie do rana, a wypijemy szampana”, przeżywałem jeszcze dogłębnie jej wczorajszy koncert i wrażenie, jakie zrobił on na publiczności, która po brzegi wypełniła salę w ICE Kraków, nagradzając artystkę dwukrotnie owacją na stojąco.
Skojarzenie tej muzyki z ludowymi rytmami nie jest zresztą takie całkiem od rzeczy, choć sposób jej podania skrajnie różni się od tego, co możemy usłyszeć w ramach oferty rodzimego gatunku na użytek mas. Loreena McKennitt, bo o niej mowa, znalazła uniwersalny język dla przekazania i ożywienia pradawnych historii, wartości i związanych z nimi postaci. Absorbuje i kumuluje w sobie to wszystko w czasie swoich podróży po świecie. Powstaje na bazie tych emocji muzyka jedyna w swoim rodzaju, o niespotykanej głębi i pięknie. Jest przy tym niezmiernie różnorodna, bo odczucia, które artystka chce nam przekazać są bardziej radosne lub smutne i mają różne natężenie. Uniwersalny język, który Loreena wynalazła, stawia na swoisty i jakże dla niej charakterystyczny eklektyzm i ten styl znajdziemy na każdej jej płycie.
Wczoraj w ICE Kraków było jednak przede wszystkim słychać niebywałą energię tego przekazu i wydawać by się mogło, że to jest sprzeczność – eklektyzm i energia jednocześnie, a jednak mają to w sobie najwybitniejsi artyści, że odwołam się do Petera Hammilla, którego wprawdzie trudno nazwać wyłącznie eklektycznym, ale w czasie jego koncertu poczułem właśnie tego ducha muzyki, który pojawia się zawsze, gdy artysta zatapia się całkowicie w tym, co chce przekazać i ten nastrój udziela się publiczności. Mój kolega nazwał to komunią z instrumentami i określenie to oddaje w dużej mierze istotę rzeczy. Tego właśnie ducha wywołała wczoraj także Loreena McKennitt. Sama grała na harfie, akordeonie i fortepianie, jakże zresztą głęboka komunia to była, to miała również na scenie niesamowitych muzyków, którzy współistnieli ze sobą w rzadko spotykany sposób, czyli w kompletnej harmonii dochodzącej do tego stopnia, że momentami wydawało się, że to, co razem wytwarzają jest pięknem absolutnym. Obrazowo można powiedzieć, że było to tak piękne, że aż mogło się wydawać kiczowate, a przecież wiemy, że w rzeczywistości tak nie jest. Nie dało się więc już chyba zagrać lepiej, a z pewnością nie dało się lepiej zaśpiewać i wyciągnąć jeszcze bardziej tych partii wokalnych, które są dla tej twórczości tak bardzo charakterystyczne.
Podobne odczucia miałem podczas występu Hammilla – artysta dochodzi do granicy doskonałości, za którą niczego poprawić już nie może, a jedynie coś zepsuć. Jesteśmy wielkimi szczęściarzami, że żyjemy w czasach, gdy muzycy tego formatu do nas przyjeżdżają i koncertują na żywo. Od momentu, gdy Hamilla czy Loreeny mogliśmy słuchać wyłącznie z radiowych audycji, minęły zaledwie trzy dekady i o takiej kontemplacji można było wówczas jedynie pomarzyć, że może gdzieś, coś, kiedyś, za coś…
Jestem więc wdzięczny losowi oraz prezenterom wszechczasów z tamtych lat, że to możliwe, aby brać udział w misteriach, gdy duchy tych, którzy odeszli, ożywają w muzyce, a wokół ich postaci roztacza się aureola nieskończonego piękna przyrody, zapachów i smaków pochodzących z czasów, w których żyli. Tak to było słychać, a duchy na pewno jeszcze do tego wszystkiego zatańczą, bo już w czerwcu w Warszawie wystąpi Dead Can Dance.
Będąc wdzięcznym Loreenie wiem też, że to, co powiedziała ze sceny jest prawdą – los i przyszłość nie zawsze są w naszych rękach. Ja poczułem wczoraj, że gdyby los zadecydował w sposób inny niż bym tego sobie życzył, to jednak jej koncert był tą chwilą na nie tak w końcu długiej liście rzeczy, dla których warto było istnieć na tym świecie, bo świat malowany kreską Loreeny jest baśnią. W baśniowym świecie żyje się natomiast o wiele łatwiej i przyjemniej niż w tym, który mamy w rzeczywistości. I coś mi jednak mówi, że w tej baśni pisany jest scenariusz ponownego naszego spotkania w mieście, które aż się prosi, aby podyktowało artystce kolejną baśń, którą zachwyci się jej wierna publiczność.

Ilustracja muzyczna:
Loreena McKennitt z płyty „Nights in Alhambra”.

McCartney – któż to taki?

Miło jest mieć świadomość, że w moim mieście, prawdopodobnie całkiem blisko miejsca, w którym się teraz znajduję, przebywa dziś Paul McCartney. Jego show w Tauron Arenie będzie z pewnością niezapomniany. To przyjemne odczucie obcowania z wielkim artystą we wspólnej przestrzeni  miejskiej, jest jednak silnie zmącone poprzez fakt, że mnie ten koncert omija, bo wyprzedał się w mgnieniu oka i nie zdążyłem nań kupić biletów . Poczucie przygnębienia wzmogło się jeszcze bardziej wczoraj, gdy podczas innego koncertu w ICE Kraków, rozmawialiśmy sobie z kolegą o Paulu i jego muzyce. Dziś od rana natomiast widać w mieście wzmożony ruch.

Właśnie ów wzmożony ruch doprowadził do rozmowy, która zmieniła całkowicie moją optykę patrzenia na ten koncert i zagnębiania się myślą, że być może nigdy już nie posłucham McCartney’a na żywo. Otóż prowadziłem senną rozmowę z bardzo młodym taksówkarzem o korkach w Krakowie i przyczynach ich powstawania w godzinach, gdy wedle wszelkich prawideł, nie powinno w ogóle ich być. Wypowiedział on pogląd, że to z powodu gości, którzy przemieszczają się do Katowic na szczyt klimatyczny, a poza tym „w Krakowie o 19.30 będzie jakiś koncert”.

– Jakiś koncert? – przebudziłem się natychmiast – McCartney proszę pana!

– A co, on jest jakiś znany? – usłyszałem w odpowiedzi.

To pytanie młodego człowieka, dość paradoksalnie, było dla mnie pewnym ukojeniem. Zrozumiałem bowiem, że można żyć na świecie bez znajomości nazwiska McCartney i martwić się dziś korkami, a nie tym, że się nie ma biletów na koncert. All my troubles seemed so far away – chciałoby się zanucić.

Dalsza część rozmowy była już postawieniem kropki nad „i”, a mianowicie młody kierowca narzekał, że duże koncerty gwiazd to komplikacja dla ruchu, że gdzieś ma wkrótce wystąpić Sławomir oraz Zenek i z pewnością będzie podobnie. Mało brakowało, abym z kolei ja nie wiedział kim są Sławomir i Zenek, ale przypadkiem zdradziła mi to kiedyś koleżanka z pracy.

Tę historię z taksówki opowiadałem dziś paru młodym osobom i mało kogo szokowało zestawienie Sławomira i Zenka z McCartney’em, więc przyjmuję zmieniającą się wokół mnie rzeczywistość jako znak czasu, tudzież piękno różnorodności, które muszę zaakceptować, nawet gdybym chciał dalej nucić sobie – Oh I believe in yesterday…

 

Ilustracja muzyczna:

„Yesterday: Paula McCartney’a z koncertu w Glastonbury.

Fish

Są jakieś kłopoty z biletami na koncert Fisha w Krakowie. Komunikat, który pojawia się w sieci jest taki, że sprzedaż wkrótce ,a koncert wydaje się być wyprzedany. Postanowiłem sprawę wyjaśnić u źródła, bo chciałem wejść w tę atmosferę sprzed lat, zwłaszcza, że zapowiedzi są takie, iż Fish wyśpiewa w całości lub niemal w całości płytę „Clutching at Straws”. I tu zaczynają się schody – jaką płytę? Jaki Fish?
– Dzień dobry, interesuje mnie koncert Fisha.
Cisza.
– Fisha i słysząc głos miłej i młodej interlokutorki uświadamiam sobie, że powinienem może coś dodać.
– Fish, nie emade coś tam, ale taki Fish, no z Marillionu.
Cisza i po chwili otrzymuję potwierdzenie tego, co już zdążyłem przeczytać w Internecie, – koncert jest wyprzedany lub sprzedaż będzie wkrótce. Który to ten Fish jest Fishem i o co w tym chodzi, nie miałem poczucia, aby się wyjaśniło.
Z pokorą przyjmuję upływ czasu i nawet byłbym chyba zadowolony, gdyby koncert w Krakowie całkiem się sprzedał. Świadczyłoby to przecież o tym, że jest nas tu więcej tych, którzy wiedzą, co to „Clutching at straws”. Może bilety kupili wszyscy ci, którzy przy premierze „Suits” wystawali we wszystkich miejscach miasta, gdzie Fish miał się pojawić. Może ci, a może inni, może nawet jacyś nowi fani, oby. W takim wypadku chętnie nawet wybiorę się do Warszawy, albo Gdańska, gdzie są jeszcze bilety. Wybiorę się, bo tonący brzytwy się chwyta, chce zatrzymać czas, zwłaszcza o pewnej porze nocy.

Ilustracja muzyczna – Fish w najlepszej formie i z winylu.

Dzwony w petardach i Zenek

W felietonie o Julku pisałem o tym, że bardzo lubił „Dzwony rurowe”. Ja też bardzo je lubię. Jednak czas leci i kiedy się teraz pyta młodych ludzi o „Dzwony rurowe” Mike’a Oldfielda, z reguły nie wiedzą o co i o kogo chodzi. Jest to zapewne proces naturalny, pojawiają się nowe fascynacje, inni artyści, zmienia się moda. Toteż przyzwyczaiłem się do tego, iż o czymś takim jak „Dzwony rurowe” mogę sobie porozmawiać na imprezie starych zgredów z mojego pokolenia, albo jeszcze starszych.
Osiedle, na którym mieszkam, jest jednak relatywnie młode, biorąc pod uwagę wiek ludzi żyjących w pobliskich blokach. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy w sylwestrową noc, wracając z niesamowitego koncertu Agi Zaryan, której na scenie towarzyszyła wspaniała orkiestra, nagle usłyszeliśmy z jednego okna rytmy zupełnie inne, niż z pozostałych. Były to właśnie „Dzwony rurowe”. Brzmiały pięknie i dostojnie wśród przerażającego, nie tylko dla zwierząt, okropnego dźwięku petard wybuchających to tu to tam, jednostajnie tępo i przez cały czas. Czy macie czasem Państwo wrażenie, że wśród ogólnej beznadziei i frustracji, wśród mało interesujących spraw i ludzi, spotykacie nagle bratnią duszę? To niezwykle miłe uczucie. Od razu pomyślałem, że w tym mieszkaniu jest ktoś, kogo chciałbym poznać.
W tym czasie TVP prezentowała ponoć niejakiego Zenka Martyniuka, a jeśli nawet nie tego wieczoru, to często to robi i jest on podobno jedną z największych gwiazd muzycznych w Polsce. Jeszcze nie tak dawno zupełnie nie wiedziałem o kogo chodzi, ale ponieważ tu i tam słyszałem nazwisko, zapytałem w końcu moich niezawodnych koleżanek z pracy, kto to jest ten Zdenek. One poprawiły mnie, że Zenek i wszystko wyjaśniły. Potem rozmawiałem z wybitnym artystą, którego nazwisko w żaden sposób nie może równać się popularnością z zenkowym i on mi ten portret uzupełnił.
Na blogu o pięknie różnorodności przyjmuję ze spokojem informację, że istnieje ktoś taki jak Zenek i uwielbiają go miliony moich rodaków. Nie po raz pierwszy znalazłem się w klubie mniejszości i zdążyłem do tego przywyknąć, a nawet nie czuć się z tego powodu gorzej. Popularny Zenek wybaczy mi z całą pewnością, że tu polecę coś niszowego w stosunku do jego twórczości. Będą to właśnie „Dzwony rurowe” Oldfielda. To album ponadczasowy, więc wierzę, że mogą go dla siebie odkryć młodzi ludzie i jeśli tak się stanie, muzyka ta zostanie z nimi na zawsze. Gdyby zdarzyło się to dzięki temu wpisowi, następnym razem, gdy będziecie słuchać tych szlachetnych dźwięków wśród zgiełku petard, w jakąś noc sylwestrową, wyjrzyjcie przez okno. Jeśli zobaczycie starszego człowieka wsłuchującego się w to, co puszczacie, pomachajcie mu przyjaźnie, bo to Wasza bratnia dusza.