Stara bida

Każdy, komu zdarzało się wyjaśniać obcokrajowcom jedną z możliwych, polskich odpowiedzi na angielskie pozdrowienie „how are you” i jego odpowiedniki w rozmaitych językach świata, dobrze mnie dziś zrozumie.

Przyszło mi bowiem opowiedzieć po portugalsku nie tylko o tym, jakie mniej więcej jest znaczenie tego swojskiego wyrażenia, ale i o całym kontekście kulturowym mu towarzyszącym. Nie jest łatwe, nawet w pospolitym angielskim wyjaśnić komuś, że przebywa w kraju, w którym do niemal dobrego tonu należy nie tylko zaprzeczyć, że nie jest się tego dnia fine, tudzież bem po portugalsku, ale nawet dorzucić wyjaśnienie, dlaczego się tak stało lub co częste, dlaczego stan ten jest właściwie permamentny.

Anglosasi nie bardzo rozumieją, zwłaszcza przy pierwszym pobycie w kraju nad Wisłą, że to w ogóle możliwe, aby nie być fine, a co dopiero uzasadniać, jak bardzo jest z nami źle, a będzie przecież jeszcze gorzej.

Dość dobrze ilustruje to pewien dowcip, opowiadający o rozmowie pomiędzy polskim optymistą, a polskim pesymistą. Ten pierwszy miał powiedzieć, że jest bida, bo za to, co wypowiedzieli, na pewno pojadą na Syberię, na co ten drugi odpowiedział, że będzie jeszcze gorzej, bo na pewno ich tam popędzą pieszo.

Okazuje się, że także dla południowców cały ten kod kulturowy nie jest łatwy do przyjęcia i chyba jedynie argument o braku słońca w listopadzie na tyle ich przekonuje, że w końcu uznają odpowiedź w stylu „stara bida” za akceptowalną. Dlaczego jednak bida i w dodatku stara?

W ten sposób zagłębiamy się w niekończącą się opowieść o specyfice miejsca, w którym się znajdujemy, obecnego tu napięcia, ale także swoistej melancholii, którą wszakże można jakoś porównać do saudade – o właśnie, czy owo saudade nie jest aby ichniejszym rodzajem „starej bidy”?

Tak, czy inaczej, polecam uczącym się języków próbę pozdrowienia człowieka z Zachodu lub też Południa w typowo polski sposób, czyli zaprzeczeniem dobrego samopoczucia, choćby po to, aby zobaczyć jego/jej reakcję, a potem podjęcie się próby wyjaśnienia naszej, narodowej postawy. Zapewniam Was, że słownictwo, które z tej okazji się pojawi, utrwali się już na zawsze, a i lekcja, czy też spotkanie, pozostanie w pamięci jako niezapomniane dla obu stron.

O tempo

Nastał wreszcie ten czas, gdy nie musimy zazdrościć pogody mieszkańcom

łodzie z turystami w pobliżu jaskiń w Lagos

krainy morza i słońca – pogoda w Krakowie i Lizbonie jest mniej więcej podobna. W Gdańsku to nawet nie muszą zazdrościć Lizbończykom bryzy, a my w „królewskim, stołecznym”, no cóż, wdychamy, co wdychamy.
Ja chciałem dziś trochę właśnie o pogodzie. Słowo to brzmi po portugalsku następująco – o tempo i oznacza pogodę, ale nie tylko. Oznacza też czas i jednego ze znaczeń domyślamy się z kontekstu. Pomyślałem, że obok saudade, tempo jest kolejnym, ważnym słowem kluczem do zrozumienia krainy morza i słońca. Gdy byliście lub będziecie kiedyś w Portugalii, odczujecie dogłębnie, jak płynie tam czas tak mocno związany z pogodą, że połączył się z nią na zawsze w jednym słowie. Odczujecie to zapewne najbardziej akurat nie w mieście takim jak Lizbona, ale w niezliczonych miastach, miasteczkach i miejscowościach, czyli vilas i aldeias.
Swój dzisiejszy czas też związałem z pogodą. Założyłem koszulkę z rybakami łowiącymi ryby w oceanie i wprawdzie bez bryzy, ale nad jeziorem, poczułem się przez chwilę, jak w takiej małej miejscowości, których wiele na portugalskim wybrzeżu, choć i te w głębi kraju niczym nie ustępują i m urokiem. Uroku mojego wieczoru dopełni natomiast płyta À Capella Casadefado, kupiona w Coimbrze i odczucie polskiego saudade mam już dziś zapewnione.

 

Zawsze na pierwszym miejscu

Zawsze na pierwszym miejscu

Na spacerze. Na zdjęciu Willy Aastrup, Anna Wandzel, Małgorzata Perdeus i Ireneusz Białek

Fot. Archiwum prywatne.

Student is a student

Mały samolot skandynawskich linii lotniczych SAS wylądował na krakowskim lotnisku. Samoloty nie lądowały wtedy często. Podróżnych też nie było wielu. Gdy pojawiłeś się w terminalu ze swoim legendarnym płaszczem, przewieszonym przez ramię, nie miałeś trudności z rozpoznaniem nas. Dwoje młodziaków i pies Ajzik, z którym od razu się przywitałeś. Ile to razy śmialiśmy się później, że na lotnisku byliśmy, my, ty, pies i kilku żołnierzy.

Taka była rzeczywistość w tym 1999 roku. Rozpierała nas duma z polskich osiągnięć w ciągu dekady odzyskanej wolności, ale wiedzieliśmy też, ile jest jeszcze do zrobienia. My, świeżo po studiach, bez pieniędzy, chcieliśmy zmniejszać nierówności, wykluczenie, młodzieńczo naiwni i pragnący przestawiać góry. Ty, w sile wieku, z ogromnym doświadczeniem, błyskotliwym intelektem, wysoką pozycją i kontaktami, postanowiłeś nam w tym pomóc.

Tego wieczoru, a może następnego, zaprosiłeś nas do restauracji korsykańskiej. Nigdy wcześniej w takiej knajpie nie byliśmy. Pamiętam, że jedliśmy frytki z czosnkiem, jakieś wysublimowane mięso i tę dziwną szarlotkę na ciepło, której francuską nazwę usłyszałem wówczas po raz pierwszy. Do tego piliśmy bardzo dobre wino.

Doradzałeś wtedy duńskiemu rządowi, a my mieliśmy tylko swoje romantyczne wizje. Powiedziałeś nam, że posiadać wizję, to bardzo dużo. Myślałem, że żartujesz. Teraz oczywiście wiem, że miałeś rację.

Te słowa musiały paść właśnie podczas naszego pierwszego spotkania. Zapytałeś, co jest obowiązkiem studentów, a my głowiliśmy się, jak na to ładnie odpowiedzieć. Ty podpowiadałeś, wpuszczając nas w maliny, że być miłym dla nauczycieli, na pewno tak, że dobrze się bawić, z całą pewnością, że poznać kogoś fajnego, oczywiście, ale najważniejszym obowiązkiem każdego studenta, w tym tego z niepełnosprawnością, jest osiągać dobre rezultaty i zdawać egzaminy. A potem padała druga część pytania – co jest obowiązkiem uniwersytetu – umożliwić tym studentom zdawanie egzaminów na równi z innymi, sprawiedliwie ich ocenić, nie dopuścić do dyskryminacji negatywnej, ale także pozytywnej oraz zrobić wszystko, aby mogli osiągać coraz lepsze rezultaty, które na rynku pracy nie będą ich odróżniać od pozostałych absolwentów – odpowiadałeś.

Ileż to razy, przez te dwadzieścia lat, w różnych miejscach Polski i Europy, przytaczaliśmy tę historię – „student is a student” i cytowaliśmy twoje pytania. Ileż to razy naszych słuchaczy dziwiło, że ów student także zasługuje na równe traktowanie. Niby proste, a pamiętasz moje frustracje, jak to wszystko opornie szło. Gdy osiemnaście lat później płynęliśmy razem Dunajcem, uznaliśmy jednak, że zarysowany w korsykańskiej restauracji plan, oparty na młodzieńczej, romantycznej wizji, został zrealizowany.

Za jednego dolara

Może to pytanie zadałem ci wtedy w Aarhus, gdy siedzieliśmy z twoimi ludźmi i zebraną przeze mnie grupą pracowników z różnych uczelni, którzy chcieli się od was czegoś nauczyć? Może wtedy, a może kiedy indziej, ale historia o dolarze na pewno rozbawiła do łez całą polską delegację. Oni słyszeli ją po raz pierwszy, a ja po raz któryś z rzędu, ale niezmiennie ją uwielbiałem.

Lata sześćdziesiąte. Duńscy studenci wyruszają na wakacje i zastanawiają się, gdzie jechać. We Francji byliśmy, w Hiszpanii też, w Niemczech jesteśmy często – dyskutują – a w Polsce jeszcze nie byliśmy. No tak, ale Polska to kraj za żelazną kurtyną- niektórzy w ten sposób wyrażali swoje lęki. Najodważniejsi, a wśród nich oczywiście Willy Aastrup, byli jednak podekscytowani tym pomysłem i przeforsowali wyjazd. Pomimo trudności w podróżowaniu, nieznajomości języka, wakacje w Polsce okazały się jednymi z najciekawszych dla grupy przyjaciół.

„Nie mieliśmy bardzo dużo pieniędzy, ale wystarczająco, aby w Polsce dobrze się bawić. Wszyscy przyjmowali nas życzliwie i z wielką gościnnością. Pamiętam fantastyczne kolacje. Te rzeczy były bardzo smaczne i robione w domu. Gdzieś nam podali rosyjskiego szampana, a gdzieś indziej polski bimber. Wyciągałem wtedy jednego dolara i pytałem, czy to jest dobra zapłata. Zawsze wystarczało i gospodarze byli zachwyceni.”

Na końcu dodawałeś zwykle – „czy wy to sobie wyobrażacie, dostać to wszystko za jednego dolara?” i polskie audytorium wybuchało śmiechem. Gdy już się nauczyliśmy opowiadać to na głosy, ja wypowiadałem sakramentalną formułkę – zapomnij Willy. Nic już za jednego dolara w tym kraju nie załatwisz, bez grubego portfela się lepiej w ogóle w nim nie pojawiaj.

W 1999 roku, chciałeś więc sobie przypomnieć, jak po przemianach ustrojowych wygląda ten dziwny kraj nad Wisłą, który życzliwie zapamiętałeś ze studenckich lat. Zawsze Ci powtarzałem, że Twoje doradztwo dla mnie kosztowało jednego dolara. Dziękuję więc rodakom z lat sześćdziesiątych, że na to zapracowali.

Pergamin z embrionów

Wisła, San, Jura, Karkonosze, Bieszczady i Dunajec. Spodobała ci się ta polska przyroda, choć nie zawsze wyrażałeś to w gorących emocjach. Taka to już uroda Skandynawów. Gdy jednak siedzieliśmy przy ognisku w Wetlinie, smakując lokalne sery i patrząc na drogę mleczną, którą mi opisywałeś, czułem wyraźnie tę fascynację. To chyba wtedy dyskutowaliśmy, jak opowiadać osobom niewidomym o gwiazdach, horyzoncie i drodze mlecznej. Pamiętasz, jak zahaczyliśmy o schronisko Pod małą Rawką, skąd spoglądaliśmy na szczyty gór i zachwycaliśmy się nimi? Zabawne było Twoje jakby lękliwe pytanie – czy to właśnie tam jest ta Ukraina? Bieszczadzkie klimaty powracały w naszych wspomnieniach przez wiele lat.

Gdy w Bibliotece Jagiellońskiej przywieziono nam do oglądania bardzo stare książki, powiedziałeś mi, że byłem zapewne pierwszą osobą, która od dwustu lat dotykała ich własnymi rękami. Nieważne, że ręce te obleczone były w bawełniane rękawiczki. Atmosfera stała się nader poważna, jak to bywa w Jagiellonce. Wszyscy się jednak na Twoje słowa roześmiali. To były rzeczywiście niezwykłe książki. Ich pergaminowe stronice wykonano przed wiekami z embrionów owiec, może takich samych, z jakich wyrosły ich bieszczadzkie siostry. Dzięki ich mleku mogliśmy delektować się w Wetlinie oscypkami. O tych serach, książkach i wielu innych sprawach, dyskutowaliśmy wieczorem przy Twojej ulubionej kawie na rynku w Krakowie. Odpalałeś fajkę z wabiąco pachnącym zapachem, otwieraliśmy dobre wino i rozmowy trwały długo w noc. Potem spacerowaliśmy po uliczkach Starego Miasta i kończyliśmy na Poselskiej, gdzie lubiłeś mieszkać.

Niewidomy chirurg

Jedno, drugie, trzecie seminarium. Pytasz poważnych ludzi uniwersytetu, czy siedzący tu Mr. Białek mógłby być chirurgiem? Konsternacja, choć wszyscy wiedzą, że nie mógłby nim być, ale nie chcą tego na głos wypowiedzieć. Mówisz, że przy tym zawodzie i z tą niepełnosprawnością, to niemożliwe, ale z inną niepełnosprawnością ludzie mogliby zostawać chirurgami i nie można ich dyskryminować. Podajesz inny przykład – że medycynę studiują obecnie kobiety, a sto lat temu nikt sobie tego nawet nie wyobrażał, co najwyżej zgłębiały sztuki piękne. Musimy więc zaakceptować, że to, co nie było kiedyś możliwe z powodu rozwoju cywilizacyjnego, mentalności, dziś jest społeczną normą i nikogo nie dziwi. Racjonalny przykład, ale jesteś odbierany jako radykał, bo publicznie twierdzisz to, co każdy uznaje w duchu za oczywiste – niewidomy Mr. Białek nie może być lekarzem chirurgiem. Ludzie, którzy na co dzień niekoniecznie Mr. Białkowi ułatwiają życie, oburzają się na Twoje słowa – chyba ten Aastrup trochę przesadza – mówią, a ja im odpowiadam, że jako bezpośrednio zainteresowany uważam dokładnie to samo, co radykał z Danii.

– Nie pozwalasz mi być chirurgiem Willy – śmiejemy się wieczorem przy Ripasso. To dzięki Tobie znam dobre Ripasso. Biedny Willy, dla romantyków chłodny racjonalista, dla racjonalistów niepoprawny romantyk.

– Dajmy sobie z tym wszystkim spokój – powiedziałem ci wtedy – nikt nas nie rozumie. Byłeś w biznesie, może coś byśmy razem wymyślili?

– Znajdujesz się w takiej sinusoidzie Irek. Raz na dole, raz na górze, ale pewnego dnia poszybujesz wysoko – odpowiadałeś, pykając fajeczkę.

Tak wiem

Gdy biorę do ręki mojego Iphone’a i patrzę w kontakty, znajdujesz się w nich na pierwszym miejscu. No cóż, Twoje nazwisko zaczyna się od dwóch literek „Aa”, więc dzieje się tak w sposób naturalny. Gdyby jednak zaczynało się na literę z – tak wiem, też byłbyś zawsze na pierwszym miejscu.

Bardzo się już do tego przyzwyczaiłem, że te dwa „Aa” wywołuję głosowo i dowiaduję się, jak oceniasz moje miejsce na sinusoidzie, a potem rozmawiamy o wszystkim, ostatnio dużo o muzyce.

Penderecki, Lutosławski – podkreślasz, jak bardzo są cenieni w Skandynawii i oczywiście polscy jazzmani. A ja czasem chciałbym sięgnąć po coś innego, ale tam jest więcej gry słów w obcym dla Ciebie języku, a ty zawsze lubiłeś wszystko do końca rozumieć. Teraz może jednak nie ma to większego znaczenia?

Tak wiem, że nie zrobimy więcej zdjęć.

Tak wiem, że na Gołębiej twój legendarny płaszcz nie zaczepi mnie.

Tak wiem, że dwadzieścia lat po studiach to wystarczająco dużo, aby młodziak stał się dojrzałym człowiekiem, który nie musi trzymać cię pod ramię.

Tak wiem, że to ja powinienem teraz podtrzymywać ramiona innych.

Tak, wszystko to wiem. Mimo to, chciałbym jednak stuknąć dwa razy w tę ikonkę z dwoma literkami „Aa” i usłyszeć w słuchawce pykającą fajeczkę oraz słowa: „Hello Irek, this is Willy. How things going on?”

Ilustracja muzyczna Myslovitz & Marek Grechuta „Kraków”:

Najlepsze komnaty

Przepraszam, że w sobotni wieczór, zabrzmi to być może nie po linii i nie po bazie. Może jednak są to nie tylko moje odczucia?
Podczas uroczystości żałobnej jednego z ministrów, z którym współpracowałem i z którego działaniami za życia sympatyzowałem, ksiądz prowadzący uroczystość ozwał się nad jego trumną w te oto słowy: „I obyś Panie dał mu jedną z najlepszych komnat, które posiadasz”.
Pomyślałem wtedy, że mało atrakcyjne jest niebo, w którym szczebel funkcji pełnionej za życia lub takie, czy inne zasługi powodują, że przydzielana na „górze” komnata może być lepsza lub gorsza. Często bowiem jest tak, że na ziemi przypadek decyduje o tym co robimy i jak z tego świata schodzimy.
Wielką tragedią jest śmierć pięciu nastolatek w Koszalinie, z których żadna nie miała szans, aby zostać ministrem. Równie przykrym dramatem było to, co wydarzyło się w czeskiej kopalni, gdzie zginęło kilkunastu polskich górników. W ich przypadku mieliśmy żałobę narodową, a w związku ze śmiercią nastolatek jest już ogłoszona żałoba w Koszalinie. Rodziny jednych i drugich otrzymają pomoc psychologiczną i materialną. Na pewno jest to słuszne.
Do dziś natomiast zastanawiam się nad śmiercią sześciu osób bezdomnych, które spłonęły w jakimś warszawskim pustostanie w Święta. Nikt nie ogłosił za nimi żałoby, ani lokalnej, ani tym bardziej narodowej. Kim byli? Jak wyglądało ich życie? Czy chcieli jakiejś zmiany, czy szukali po prostu ciepła i złudnie schronili się w opuszczonych pomieszczeniach?
Zastanawiam się nad tym, tym bardziej, że sporo czasu spędziłem na berzie. Wiecie, co to jest berza? To dworzec, mieszkanie wielu z nich. To było tak dawno, że większość z moich rozmówców pewnie już nie żyje i nie ma o tym informacji w żadnym serwisie. Przyszła mi w Święta do głowy jednak myśl, że ktoś z nich mógł dokonać żywota właśnie gdzieś tam w pustostanie i przez to na chwilę przypomniał mi o swoim losie, o tamtych rozmowach, na chwilę zaistniał też w ogólnej, społecznej świadomości. Nie była to może chwila uświęcona lokalną, czy narodową żałobą, ale wystarczająca, aby się nad człowieczym losem zastanowić i zadać sobie pytanie – za którą z tych tragedii ponosimy jako społeczeństwo największą odpowiedzialność.

Poetyka wieczoru

Kiedy to piszę, pada deszcz, a wcześniej była burza. Gdy dotarła do mnie wiadomość o odejściu artysty, padał deszcz, a wcześniej była burza. Moment, o którym chcę opowiedzieć zaczął się od burzy, a potem padał deszcz.
Dotknij kultury to kameralne koncerty, w których każdy kto chce, może mieć choćby przelotny kontakt z artystą, występującym danego roku na dziedzińcu Collegium Maius. To szczególna sceneria i gdy brzmi w jej otoczeniu dobra muzyka, można łatwo wznieść się w przestworza. Wtedy, w 2013 roku, wielu twierdziło, że tam właśnie byli.
Koncert zaczynał się o 20.00. Dziedziniec jest nieosłonięty od działania warunków atmosferycznych i wprawdzie w czerwcu z reguły pogoda jest dobra, to czasem następuje jej załamanie. Oto urok klimatu, w którym żyjemy. Na dziesięć minut przed 20.00 ciężkie chmury zebrały się nad Krakowem. Kilka minut później byłem w garderobie artysty. Zapytałem, czy nie opóźnić rozpoczęcia koncertu, aby deszcz się wypadał.
– Cały dzień taka piękna pogoda, a teraz deszcz. Widać musi być to poetyka tego wieczoru. Chodźmy – rzucił Tomasz Stańko i podniósł swoją legendarną trąbkę.
Pierwsze takty z płyty „Wisława” były grane jeszcze z piorunami w tle. Potem już w zwykłym deszczu niosły się one daleko, daleko przy akompaniamencie fortepianu Dominika Wani, który towarzyszył Panu Tomaszowi tego wieczoru.
Gdy biły pioruny, nie byłem jeszcze pewien, czy wszystko się nie rozsypie, ale już chwilę później zdałem sobie sprawę, że przyroda zapewniła nam coś dodatkowego, niezwykłego, co nie zdarza się na co dzień. Zrozumiałem, że to właśnie jest poetyka tego wieczoru. Dziś chciałbym ten moment wspomnieć, będąc wdzięczny losowi, że dane mi było przyczynić się do tego, aby mógł on zaistnieć w chwili i czasie. Wiem, że emocje wywołane przez tę muzykę, pozostaną ze mną na zawsze i pewnie z wieloma innymi słuchaczami, którzy w tym pamiętnym koncercie uczestniczyli.

Fragmenty koncertu Tomasza Stańki i Dominika Wani na dziedzińcu Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego w ramach wydarzenia Dotknij kultury w reportażu „Nieuchwytny cel”. Czerwiec 2013 r.

Przybrana siostra Krakowa

Lodowa Huta, zdjęcia na ścianie lodziarni.

Lodowa Huta, zdjęcia na ścianie przemiłej lodziarni

Tę podróż sentymentalną wywołały lody, których jeszcze nie próbowaliśmy, a dziś była ku temu okazja. Ich promocja na Facebooku naprawdę nas zachęciła, bo wyglądały na prawdziwe. Przy okazji jednak, warto było odbyć spacer po starych śmieciach.
Wysiedliśmy pod Arką, przy ohydnym pomniku Jana Pawła II. Brzydszy jest już może tylko ten w Rzymie, a może wcale nie, może paskudnych i nieprzypominających naszego rodaka monumentów istnieje o wiele więcej, powstają przecież jak grzyby po deszczu i nie możemy wszystkich znać. Potem jedenastka – szkoła z klasą, przeczytaliśmy. Mam nadzieję, że chodzą tam teraz równie fajni ludzie jak kiedyś. Kadra się zapewne nieco zmieniła. Zmarł rok temu jeden z naszych profesorów z tamtych lat.
Na szlaku wielu dawnych wędrówek puste lokale, byle jakie sklepy, ciucholandy, wszystko dziś pozamykane. O, jeden sklep był od zawsze, od lat 80-tych i wciąż jest – ten z lampami. Jeśli mowa o latach 80-tych, to Gwiezdne wojny, Imperium kontratakuje, ale także Jak rozpętałem II Wojnę Światową oglądało się tu w kilku kinach – Sfinks, Świt i Światowid. Istnieje tylko to pierwsze, a w Świcie znajduje się Tesco. Kto był wie, kto nie był, może łatwo sprawdzić, że architektura tych kin jest wyjątkowa. Ulokował się w jednym z nich supermarket. Może tylko Tesco chciało o to miejsce zadbać, choćby w taki sposób, że zrobią tam swój sklep, bo inaczej też stałoby puste?
Na pętli autobusowej, skąd jeździłem do jedenastki, były zapiekanki. Całe osiedle na nie chodziło. W latach 80-tych nie było mnie na nie stać, ale potem zostałem ministrantem i zarabiałem sporo pieniędzy na kolędach. Kupowałem wtedy mnóstwo tych zapiekanek. Czasem stawiałem je dzieciom, które nie miały kasy. Teraz w miejscu zapiekanek są alkohole, ale dziś były zamknięte.
Mało ludzi, nikt prawie nie chodzi, ale pod Lodową Hutą kolejka całkiem spora. Warto było stać. Śmietanka, kawa z rumem i beza z malinami – to był mój wybór. Takich lodów nie było ani w latach 80-tych, ani 90-tych, ani później. Ktoś po prostu umie je kręcić. Przy lodach są dzieci, całe rodziny, biznes się udał. To naprawdę fajnie, że coś takiego tu prosperuje. Pamiętam tak zwane lody włoskie przy Stylowej, jeszcze z lat 80-tych i jakkolwiek mam do nich ogromny sentyment, to jednak nie smakowały one tak dobrze. To dziwne, bo większość smaków z tamtych czasów nieźle się kojarzy i chętnie się do nich wraca, a lody, te akurat są lepsze dziś. Te Huta mają czarne rożki, ciekawe, czym zabarwione. A lokal ozdabia zdjęcie niezapomnianego pomnika, którego wtedy bardzo nie chcieliśmy, a teraz byłby atrakcją turystyczną i może ożywiał ruch turystyczny w tej dzielnicy.
Z lodami w dłoniach przeszliśmy Placem Centralnym, dziś Ronalda Reagana. Pustek i byle jakich sklepów, w większości zamkniętych ciąg dalszy. Trochę ludzi na łąkach i bardzo dużo przy jednym z nielicznych, ale otwartych monopolowych. Boże Ciało, jak każde polskie święto, warto solidnie opić.
Komuniści zaplanowali ją jako osobne miasto, konkurencyjne dla Krakowa. Zapełniła ją wtedy ludność napływowa. W moim przypadku z okolic Rzeszowa i Radomia. Usiana jest socrealistyczną, ale ciekawą architekturą. ma szerokie przejezdne ulice i dużo zieleni. Tętniła życiem, gdy pojawiały się kolejne pokolenia, choć wiele z nich przenosiło się do innych, nowszych dzielnic Krakowa. Spory rozkwit, także gospodarczy, pojawił się po przemianach, z początkiem lat 90-tych. Później, stopniowo ten rozwój oklapł, aby dojść do takiego stanu jak dziś. Napływowa ludność wymiera, nowi się tu nie osiedlają aż w takich liczbach, aby nadać jej życia, miasto ucina fundusze. Nigdy niechciana siostra Krakowa pozostaje nadal odrzucona i nie wiadomo, czy to się kiedyś zmieni, tak jak się to stało na Kazimierzu.
Pachnąca bzem i małymi, żółtymi kwiatuszkami, których nazwy nie pamiętam, ale które kradliśmy w podstawówce dla naszych pierwszych miłości. Usłana różami, które zrywało się w prezencie dla odwiedzających nas Rosjanek. Tętniąca życiem kin z pięknymi neonami, w których wyświetlane były zachodnie filmy. Szczypiąca w oczy gazem łzawiącym podczas solidarnościowych demonstracji. Bywała niebezpieczna, ale częściej swojska i kojarząca się z lokalnym kolorytem, przyjaznymi żulami i pierwszymi miłościami.
Taką wolę ją pozostawić w pamięci, mając wszelako nadzieję, że wielki jej brat Kraków da jej w którymś momencie zasłużony, nowy impuls do rozwoju.

Jaki dla niej prezent na stulecie?

„Ileż radości i optymizmu jest w tej pieśni – słodki maj, piękny maj, dla Polaków błogi raj” – zaczął prezydent swoje przemówienie z okazji święta narodowego. W istocie, maj ten jest szczególnie słodki i błogi dla kobiet, o których ten sam człowiek wspominał dwa lata temu na tym samym placu, nazywając je bohaterkami. Dwa lata to dużo czasu, aby od słów przejść do czynów i spróbować im skutecznie pomóc, aby nie musiały być już dłużej bohaterkami, tylko mogły normalnie żyć i świętować wraz z innymi, w dniu takim jak ten. W ich przypadku i nie tylko ich, ale szerszej grupie Polek i Polaków z niepełnosprawnościami, skuteczna pomoc polegałaby na budowie trwałego, stabilnego i odciążającego systemu wsparcia, włącznie z asystentami osobistymi. Nic takiego się jednak nie wydarzyło i dlatego kobiety te podjęły protest, kto wie, czy nie jeden z najskuteczniejszych z tych, które swoim dwuletnim i jakże „sprawiedliwym” rządzeniem wywołała „dobra zmiana”.
Już miało się udać, ,już czołowi jej reprezentanci, w tym prezydent, obiecali rozwiązanie ich problemów, ale one tym razem nie uwierzyły. Już się udało przekonać rozmaite organizacje, aby podpisały jakieś porozumienie z rządem, ale one nie uznały tych organizacji za swoją reprezentację. Już może by nawet uległy, bo ich postulat finansowy niemal został spełniony, ale nie mogły zrozumieć, dlaczego rozdawnictwo pieniędzy na dzieci i ich wyprawki jest niczym nieobwarowane, a one mają przeznaczać pieniądze jedynie na rehabilitację.
Świętują” więc z utrudnionym dostępem do wody, toalety. Wkurzone infantylnym lub cynicznym, w zależności od doraźnych potrzeb władzy, traktowaniem, walczą o rzeczywiste równe prawa. Nie nadawały się więc dziś do przemówienia o wielkiej, szczęśliwej Polsce, które rozbrzmiewało w stolicy, okraszone Majową jutrzenką, Warszawianką, hymnem narodowym i armatnimi salwami.
Jednak ta wielka i szczęśliwa Polska ma dziś zupełnie inną twarz, w którą całe nasze społeczeństwo powinno z odwagą spojrzeć, a zwłaszcza sprawujący władzę. To spojrzenie nie powinno być przelotne i zasługuje na równie głęboką refleksję, jak twarz, w którą rządzący spoglądali dziś podczas porannej mszy. Nieco trudniej jest im jednak tę polską twarz zaakceptować, bo to właśnie ona wyraża całą prawdę o słodkim, błogim raju.
Gdybyście panie i panowie jednak się przełamali, wykazując się tym samym polityczną przenikliwością oraz jakimś stopniem wrażliwości społecznej, bez większego trudu odczytacie w tych rysach, jaki prezent należałoby zrobić Polsce z okazji stulecia niepodległości. Udowodnilibyście wówczas, że słowa, które zakończyły to dzisiejsze przemówienie – „Niech żyje silna, niepodległa, sprawiedliwa Polska”, mogą stać się ciałem, a nie być jedynie pustym frazesem, wypowiadanym przez Was zbyt często na co dzień i od święta, takiego jak to dzisiejsze.

Hawkingowie i Wonderzy

Stephen Hawking

rys. Lech Kolasiński

Dziś odszedł od nas Stephen Hawking, genialny brytyjski astrofizyk. Mógłbym żartobliwie powiedzieć, że właściwie to się o niego otarłem, bo gdy byłem w Cambridge na wizycie studyjnej w tamtejszej jednostce zajmującej się wsparciem edukacyjnym, otrzymaliśmy w prezencie przewodnik opowiadający o dostępności uniwersytetu do potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Sam Hawking go polecał i autoryzował. Wielokrotnie więc, podczas rozmaitych debat już w Polsce, oponentom edukacji włączającej i dostosowywania przestrzeni fizycznych i wirtualnych do potrzeb osób niepełnosprawnych, zadawałem pytanie, czy u nich Hawking mógłby spokojnie funkcjonować i pracować. To z reguły kończyło dyskusję.
Teraz chciałbym jednak powiedzieć o jeszcze innym aspekcie związanym z jego osobą i nie tylko, a mianowicie, że można być geniuszem i osiągnąć tak wiele, a jednak stygmat niepełnosprawności wciąż nad człowiekiem ciąży. Nie udało mi się dziś znaleźć żadnego wspomnienia, w który mnie ma choćby jednego zdania na temat jego niepełnosprawności – jakim ten Hawking był geniuszem, że pomimo niepełnosprawności odkrył to i tamto, że niepełnosprawność dawała mu do tego i tamtego tyle siły, że gdyby nie niepełnosprawność, to może nie postąpiłby tak lub tak, że jako osoba z niepełnosprawnością doświadczył w kosmosie możliwości poruszania się bez wózka i tak dalej i tak dalej.
Powiecie Państwo – cóż w tym złego? Nic wydawałoby się, zwłaszcza przy tak wspaniałej postaci. Jednak obserwuję to na innym geniuszu, szczęśliwie wciąż żyjącym, a mianowicie Stevie’m Wonderze. Też zawsze się mu dokłada, iż jest genialnym niewidomym muzykiem, nie widzi od dziecka a mimo to tak wspaniale komponuje i śpiewa, jaki to ma cudowny talent, choć jest niewidomy, zaraża innych swoim optymizmem, a sam ma prawo nie być optymistą, bo nie widzi, ile radości życia mogą od niego czerpać osoby sprawne i tak dalej i tak dalej.
W tych dwóch przypadkach niepełnosprawność, uświęca, służy do gloryfikowania cech, które nie mają z nią nic wspólnego – talentu, inteligencji i ciężkiej pracy. Jest jednak o wiele więcej przypadków, w których niepełnosprawność ściąga w dół drabiny społecznej, poniża, stanowi powód do wstydu. To są tysiące, dziesiątki tysięcy, miliony przypadków, gdzie tłumaczymy, że ktoś czegoś nie może zrobić, bo jest taki biedny, nieszczęśliwy, niepełnosprawny, albo, że robi, ale z takim wysiłkiem, że może byłoby bardziej humanitarne, aby tego w ogóle nie robił, że raczej należy mu lub jej współczuć niż czegoś w ogóle od takiej osoby oczekiwać.
Znajdujemy się więc w naszych dziejach na etapie wysoce ocennym, gdy mowa o zjawisku niepełnosprawności i skazuje to osoby z niepełnosprawnościami na bycie z góry zakwalifikowanymi, najczęściej nie jako Hawkingowie lub Wonderzy, bo taki jest etap rozwoju cywilizacyjnego. Stephen Hawking nie doczekał momentu, gdy mógłby być oceniony wyłącznie przez pryzmat swojego geniuszu. Zapewne jednak nie robiłoby mu to jakiejś wielkiej różnicy, wszak zwykł mawiać, że historia ludzkości to w dużej mierze historia głupoty.

Radiowe saudade

Dziś obchodzimy Światowy Dzień Radia i to, co mam do powiedzenia o współczesnym radiu, zwłaszcza polskim, bardzo pasuje do bloga zawierającego w sobie słowo saudade. Jak Państwo widzicie, już w pierwszym zdaniu pojawiają się dwa słowa stanowiące tytuł tego bloga – polskie i saudade.
Biorąc na warsztat to drugie wyrażenie, to pomimo, iż po portugalsku jest ono bardzo pojemne, a po polsku wymaga nawet być może stosownej zakładki, o czym pomyślę, to dla potrzeb dzisiejszego wpisu przyjmijmy jego tłumaczenie jako tęsknota. W dniu radia tęsknię więc za radiem, tęsknię za Polskim Radiem z czasów, kiedy myśleliśmy, że jest niedoskonałe i chcieliśmy, aby się unowocześniło, aby wolny rynek przyniósł też ze sobą do nas atrakcyjne, wciągające stacje komercyjne, grające muzykę z różnych zakątków świata, aby zapanowała w eterze piękna różnorodność i znowu pojawiają się słowa stanowiące rozwinięcie do tytułu bloga – piękno i różnorodność.
Czy tak się zatem stało, czy możemy korzystać obecnie z tego piękna różnorodności, wolności mediów i pewnego, jak to odpowiednio wyrazić – klasycznego stylu Polskiego Radia, zachowującego swój dawny czar i będącego teatrem wyobraźni, choć być może w nowoczesnej oprawie? Moim zdaniem marzenia te spełniły się tylko częściowo i raczej radio, jakie ja lubię, umieszczam po stronie tęsknoty niż otaczającej mnie rzeczywistości, a Państwo?
Mieliśmy kiedyś wspaniałe głosy, latami ćwiczone, przygotowywane do pracy przed mikrofonem. Mieliśmy przewodników po kulturze, muzyce, sztuce, którzy wiedzieli bardzo dużo i mniej lub bardziej, ale z reguły bardziej, potrafili nam tę wiedzę przekazać, zainspirować do własnych przemyśleń i poszukiwań. Czekało się w eterze na głos tych przewodników, na kolejną dawkę duchowej strawy w każdej z dziedzin, które wymieniłem. Kto dziś czeka na jakąś radiową audycję?
Może jednak tego wszystkiego już nam nie potrzeba. W dobie wujka Google, obciążanie sobie głowy informacjami, o które w każdej chwili możemy się do niego zwrócić, odtworzyć sobie z jego pomocą wiele rodzajów muzyki, obejrzeć sztukę, śledzić jakąś niezmiernie niszową dziedzinę wiedzy jest zbędne, a jednocześnie stanowi bogactwo, którego wprawdzie nie umiemy do końca zaabsorbować i przetworzyć, ale ono jest z nami, po prostu istnieje i każdego dnia nam towarzyszy? Może o to właśnie nam chodziło, gdy narzekaliśmy na media w czasie przemian ustrojowych?
Nawet jeśli coś w tym jest, pozostaje jakiś niedosyt z tego, co możemy usłyszeć obecnie w eterze, gdy często przypadkowi ludzie mówią do mikrofonu, co im ślina na język przyniesie, a my musimy tego wszystkiego słuchać. Jest to zjawisko, które Ryszard Kapuściński nazywał media workingiem, a nie dziennikarstwem, które miało za Jego życia schodzić do literatury. Może więc w końcu zeszło i zamiast objawiać saudade wobec nieistniejącego już radia, tudzież dziennikarstwa, czas zacząć tworzyć w nowych mediach to za czym tęsknimy, a czego nie dają nam już klasyczne media?
Pewnie nie jestem do końca sprawiedliwy i także nie do końca grzeczny, w dniu radia tak mówiąc o radiu i radiowcach. Łatwiej byłoby złożyć serdeczne życzenia i dostać wiele lajków lub zdawkowych komentarzy, że jest super lub wow. Jednak ten blog ma trochę hołdować starej szkole dziennikarstwa, czyli szczerej wymianie poglądów, choćby najostrzejszych, ale wyrażanych w sposób kulturalny. Życzenia jednak będą, ponieważ wciąż czuję się w jakimś stopniu częścią tej radiowej społeczności, którą współtworzyłem w czasach jakże fascynujących, bo kształtujących dojrzały rynek medialny w Polsce.
Życzę więc radiowcom, aby zawsze mocno przeżywali moment, gdy po raz pierwszy siądą przed mikrofonem i zapali się czerwona lampka oznaczająca, że mogą odezwać się do swoich słuchaczy.
Życzę im, aby zabierali głos w poczuciu, że słuchacze ci mogą czekać na coś ciekawego, wciągającego, pasjonującego, a nie chcą słuchać brzęczenia nieznośnej muchy i żeby w związku z tym zawsze odczuwali potrzebę powiedzenia im czegoś ważnego.
Życzę im, aby mieli przewodników ze starych, dobrych szkół dziennikarskich, kilku ich jeszcze pracuje i aby nasiąkali, w kontakcie z nimi tym, co w tym rzemiośle najlepsze.
Życzę im pogłębiania wiedzy w fascynującej ich dziedzinie, aby z pasją móc ją przekazywać słuchaczom.
Życzę im, aby żaden polityk niezależnie od rządzącej w danym czasie opcji politycznej, nie wymuszał od nich, co i jak mają mówić, a jedynym ich azymutem było dobro wspólne.
Nade wszystko życzę im jednak płaczu i wzruszeń, śmiechu i żartów, a także buntu i gniewu prawdziwych słuchaczy, którzy zawsze powinni być po drugiej stronie i bez których obecności, opinii i emocji, radio nie ma żadnego sensu.

Ilustracja muzyczna – The Carpenters „Yesterday once more”:

Dla dorosłych i dla dzieci

A dalej szło – zaczynamy program trzeci. Ten spokojny i zaspany głos Wojciecha Manna, oznajmiał nam kiedyś, o bardzo nieludzkich ZRESZTĄ porach, gdy jeszcze Trójka nie nadawała całą dobę, że właśnie to nadawanie się rozpoczyna. Były to piękne czasy, choć z dzisiejszego punktu widzenia mogą się jawić jako nieco siermiężne. Jednak to właśnie wtedy Trójka była w czołówce mediów kreujących w Polsce kulturę, tą tak zwaną wysoką. Do tego przyczyniał się niewątpliwie ten właśnie legendarny prezenter.
Trójki obecnie prawie nie słucham, ale kiedy wiem, że na antenie jest jego audycja, włączam radio. Łapię się wtedy na tym, że nawet gdy gra on coś, co raczej na pewno mi nie podejdzie, to i tak uważnie słucham, bo zawsze się czegoś nowego dowiem o muzyce lub przynajmniej usłyszę ten frapujący, nieco zaspany głos, przypominający mi o świetności radia PUBLICZNEGO, jego prymatu nad telewizją i czasach, W KTÓRYCH teatr wyobraźni odgrywał naprawdę dużą rolę. Dostojnemu jubilatowi chciałbym więc powiedzieć, że są wciąż tacy, którzy to właśnie pamiętają. Myślę, że pamięć ta jest ważna szczególnie teraz. Wszystkiego dobrego Panie Wojciechu.