Chłopiec patrzący na relikwię

Gdy mówię komuś, że byłem ministrantem, w reakcji spotyka mnie zawsze zdumienie. Jednak w Polsce niemal każdy młody chłopiec był ministrantem lub harcerzem, ja akurat łączyłem obie te aktywności, a miało to miejsce jeszcze za tak zwanej komuny.
Bycie ministrantem uważam z obecnej perspektywy za bardzo cenne. Pozwoliło mi to patrzeć od wewnątrz na sprawy organizacji, zwanej popularnie kościołem, choć mam świadomość, że kościół to pojęcie nieco szersze od duchowieństwa. Pomimo młodego wieku, w jakim się bywa ministrantem, poczyniłem pewne obserwacje, których skutki zaważyły na moim światopoglądzie już jako człowieka dorosłego, choć oczywiście do tych młodzieńczych wniosków dołączyła lektura i refleksja intelektualna, ale to dziś zostawiam, bo dla tego tekstu kluczowa jest właśnie sfera ówczesnych obserwacji.
Otóż, można w ostatnich dniach poczytać w sieci o kroplach krwi i włosach naszego świętego rodaka, a nawet zębie podarowanym przez byłego osobistego sekretarza papieża, wielu polskim parafiom. Zdaje się, że ich liczba sięgnęła stu. Czytałem ten artykuł, jak pewnie wielu internautów, z zaciekawieniem i obrzydzeniem zarazem, współczując przy tym zmarłemu. Obrzydzenie związane było z procederem pozyskiwania relikwii, potrzebnych ponoć niektórym, aby lepiej i silniej wierzyli. Zaciekawienie natomiast dotyczyło tego, Gdzie krew jest przechowywana? Jak i kto nalewa ją do ampułek? Wedle jakich kryteriów specyfiki te są przydzielane i wysyłane parafiom? – te i inne pytania aż same cisnęły mi się na usta i dziw bierze, że żaden dziennikarz jeszcze nie próbował ich zadawać, albo próbował, tylko nie uzyskał odpowiedzi, co w przypadku tej organizacji należy uznać za normalne.
Wracając do młodzieńczych obserwacji, pochodzą one z pięknego klasztoru, w którym Przechowywano relikwie błogosławionego Wincentego Kadłubka. Jego wspaniały portret wisiał również w naszym kościele. Relikwie te przyjeżdżały z klasztoru i na zapleczu zwanym zakrystią, oczekiwały na mające się odbyć uroczystości. To dawało mi okazję do obserwacji, którą jako krótkowidz, czyniłem wówczas z bardzo bliska. W jednej z monstrancji, umieszczona była kość błogosławionego. Do dziś pamiętam, że pokrywał ją zielonkawy nalot, choć barwę miała żółtawą. Posiadała nieregularne kształty i różnego rodzaju wybrzuszenia. Ulokowano ją w środku okazałej monstrancji, z której odchodziły na boki świetliste promienie.
Fascynowała mnie ta kość, bo wiedziałem, że wedle posiadanych w klasztorze przekazów, została pozyskana wprost z jego ciała, ale nie pamiętam, z której konkretnie części, o ile było to w ogóle wiadomo. Zadawałem sobie pytania, jak przetrwała w tak pięknej formie do czasów, w których przyszło mi żyć, wszak poczciwy kronikarz zmarł w XIII wieku,, dlaczego jest potrzebna do obrzędów religijnych autentyczna, ludzka kość, czemu tu, na zapleczu, wszyscy przechodzą koło niej dość obojętnie, podczas gdy publicznie klęka się przed monstrancją niemal krzyżem, czy nie boją się tej relikwii dzieci itd. Część z tych pytań zadawałem ludziom, którzy powinni umieć na nie odpowiedzieć, ale satysfakcjonującej odpowiedzi nie pamiętam, za to doskonale sobie przypominam, jak mówiono mi, że mam pytań nie zadawać, tylko głęboko wierzyć.
Muszę powiedzieć, że jestem im za tę naukę wdzięczny po dziś dzień, bo w znaczący sposób ludzie ci przyczynili się do mojego rozwoju intelektualnego i przyszłych poszukiwań. Być może powinienem być też wdzięczny samemu Kadłubkowi i jego kości. Jeśli tak, to tę wdzięczność niniejszym wyrażam, nie będąc wszelako do tej pory przekonany, czy najlepszą drogą krzewienia i podtrzymywania wiary, jest rozczłonkowywanie czyjegoś ciała. Zostawiam jednak ten dylemat teologom i współczesnym ojcom organizacji, a historię tę opisuję głównie z tego powodu, że odczuwam jej powtarzalność, która powoduje jakby cofnięcie w czasie. Wprawdzie to już nie ja, a zupełnie inny chłopiec przystaje w jednej ze stu parafii przed kroplą krwi lub włosem świętego, przyglądając się z zafascynowaniem relikwiom i zadaje swoje pytania. Nie uzyskuje jednak na nie odpowiedzi. Mam nieprzepartą chęć przystanięcia koło niego i rozmowy, ale zdaję sobie sprawę, że w tej akurat chwili nie musi to być najlepszy pomysł. Wybieram więc trzymanie za niego kciuków, aby rozpoczął swoje poszukiwania i odnalazł własne odpowiedzi na pytania, które dziś pozostają niewiadomymi. Jestem pewny, że te odpowiedzi znajdzie, pójdzie swoją drogą i będzie szczęśliwy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *