O saudade

Zdjęcie: muzycy grający Fado w Coimbrze

fot. Małgorzata Perdeus-Białek

Zapytała mnie studentka na uniwersytecie w Coimbrze, jak tłumaczymy saudade na język polski i jak to odczucie odbieramy. Pytanie zadała na pozór proste, ale jednak nie tak łatwo jest na nie odpowiedzieć. Podając jej polskie odpowiedniki takie jak tęsknota, smutek i może najtrafniejsze, a mianowicie rzewność, jednocześnie żartobliwie zaprotestowałem, bo przecież tu w Portugalii, a piszę to w Coimbrze, uważają, że tego słowa nie da się na żaden inny język trafnie przetłumaczyć.
Uczucie to jest jednak bardzo istotne dla kultury Portugalii oraz dla każdego, kto się z portugalską duszą zetknął. Jest ono więc również ważne dla bloga, który słowo to ma w nazwie, zresztą na język polski nieprzetłumaczone. Trzeba więc sprawę potraktować opisowo i w dodatku bardzo subiektywnie, bo przecież w samej Portugalii odczuwa się saudade na wiele sposobów.
Inaczej więc odczuwali je odkrywcy przed wiekami lub awanturnicy, jak się ich określa wedle innej narracji, gdy wsiadali na swoje łajby, nie wiedząc czy i gdzie dotrą oraz czy w ogóle do brzegów Portugalii z powrotem dobiją. Inaczej odczuwamy je my, przyjeżdżający współcześnie do Belem, gdy kupujemy tam słynne babeczki, z którymi idziemy pod wieżę i wpatrujemy się w miejsce, skąd podróżnicy odpływali na swoje podboje. Student, który dyskutował ze mną na uniwersytecie i widział ludzkość jako braterstwo narodów, nazywając odkrywców pogromcami i bandziorami, na pewno odczuwa swoje saudade jeszcze inaczej.
O czym myśli nikomu nieznany artysta, grający fado na krętych uliczkach Alfamy? Czy tylko o tym, ile wpadnie mu grosza od turystów, czy też wczuwa się głęboko w rzewne pieśni wydobywające się z charakterystycznej gitarki, wydającej ów tęskny dźwięk, pasujący najbardziej do pieśni o smutku, nieszczęśliwej miłości i rozstaniu. Artysta ten rzucił swoją pracę w korporacji aby grać ludziom na ulicach i w tamtym momencie na pewno przeżywał swoje saudade inaczej niż przeżywa je teraz. Przywykł do takiego życia i bardzo je lubi. Zarabia więcej niż w korporacji, bo spragnieni wrażeń turyści, sami poszukując swojego saudade, ściągają milionami do Lizbony. Spotykają więc w małym barze nikomu nieznanego muzyka, którego talent dzięki nim rozbłyska w czasie wieczornych zabaw pod rozgwieżdżonym niebem starej Alfamy, w której stromych i krętych uliczkach dudni tramwaj linii 28, vinte oito, jak odpowiada zagadnięta o niego starsza Portugalka, właścicielka małego sklepu z wszelką, lokalną drobnicą. Coś tam jeszcze dorzuca w tym pięknie szeleszczącym języku i uśmiecha się, machając ręką na pożegnanie.
Czy saudade może w sobie zawierać choć odrobinę radości? Uliczni muzycy, którzy przygrywają w Coimbrze przechodniom i tym, którzy jak ja, piją kawę w okolicznych ogródkach, niewątpliwie smutni nie są. Smutny też nie jest ich pies, który miał zbierać drobne za tę grę, ale w kapeluszu na pieniądze szuka jedzenia. Wygrzewające się nieopodal w słońcu, inne psy i koty wydają się być jakby nieco wycofane. Czyżby one też odczuwały to tajemnicze saudade?
Tuż obok już tej radości nie ma. Jest nawet bardzo rzewnie. Wprawdzie grajkowie mają ze sobą akordeon, ale pieśni wyśpiewywane przez sześciu studentów do onieśmielonej, wyrwanej z zasłuchanego tłumku dziewczyny, przywodzą siedzącym przy stolikach turystom na myśl wiele wspomnień z wcześniejszych wypraw do kraju o nieuchwytnym, a jakże dojmującym uczuciu saudade.
Każdemu przypomina się więc co innego. Siedzący obok Niemcy marzą o powrocie do Lagos, gdy podpływali na wynajętej łódce do rozmaitych jaskiń, a kilka dni później, z wysokiego urwiska, obserwowali bezkres oceanu w Sagres. Duńczyk chciałby znowu dać nura do niespokojnej wody w Nazaré, gdzie porzucił dobre towarzystwo, aby nacieszyć się wspaniałą, surową przyrodą i być z nią choć przez chwilę sam na sam. Chińczyk pragnie znowu pojawić się na dachu skisłego nieco domku nad brzegiem morza w Peniche, skłonić się nisko sąsiadom i z kieliszkiem wspaniałego wina o zielonkawym kolorze, wpatrywać się bez końca w fale, które prawie ten domek podmywały. Nie był sam. Niedaleko siedział na piasku Portugalczyk z puszką piwa wbitą obok. Jego wzrok utkwiony był nieruchomo w tę kiczowatą pocztówkę, jaką tworzyła tamtejsza plaża o piasku białym i sypkim jak mąka oraz widnokrąg, ale to był prawdziwy widok, w czym utwierdzał go głośny krzyk mew.
Polak także przypomniał sobie dojmujące odczucie, które złapało go w Algarve, gdy godzinami szedł brzegiem oceanu w stronę granicy z Hiszpanią, morze wyrzucało na brzeg meduzy, zawiewał lekki wiaterek i z jego szumem słychać było jakby śpiew natury, która była tu tak piękna, jak oni odpływali i myśleli, że może nie powrócą, jest piękna, gdy on ją kontemplował, idąc kilometrami w stronę Monte Gordo i będzie piękna, gdy przyjdą po nim inni. Tę pieśń przyrody i odbicie się jej w czasoprzestrzeni krainy zwanej Portugalią, potrafią uchwycić czasem grajkowie Fado w Lizbonie, Coimbrze, Porto i w paru jeszcze innych miejscach. Potrafią zamienić ją na dźwięki zapadające w duszę Niemców, Duńczyka, Chińczyka i Polaka, od których to dźwięków już nie mogą się oni uwolnić i wcale zresztą nie chcą. Powracają więc do Portugalii, aby ich słuchać, podpływać na łódkach do jaskiń, wpatrywać się w kiczowate, ale jakże prawdziwe widoczki, popijać wino o zielonkawym zabarwieniu i chodzić godzinami po plażach obsypanych białym i miękkim jak mąka piaskiem, zwanym w szeleszczącym języku areia branca. To, co ich wówczas dopada, gdy znowu są w tych miejscach i znowu to samo odczuwają, choć na tyle odmiennych sposobów – to właśnie jest niemieckie, duńskie, chińskie i polskie saudade. Tak, może być ono niemieckie, duńskie, chińskie i polskie, ale swój rodowód będzie miało zawsze zapisany szumem nadmorskiego wiatru w krainie obmywanej wodami Atlantyku.

Irek Białek, Coimbra, Portugalia, kwiecień 2018