Sztandar, dymu chmury

To było trzy lata temu. Leżałem na plaży w Portugalii. Moja żona brodziła sobie gdzieś po morzu, ale przebywała w pewnym oddaleniu. Miałem zamknięte oczy, słuchałem szumu oceanu i śpiewu ptaków. Nagle poczułem na policzku pocałunek, ale jakiś taki zimny. Co się dzieje! Ona jest raczej daleko, więc to musi być ktoś inny – przemknęło mi przez myśl. Otworzyłem oczy, ale niczego to nie rozwiązało, bo nikogo nie mogłem zobaczyć. Nikt się też do mnie nie odezwał. Chwilę później podeszła do mnie obca kobieta, przepraszając za swoją labradorkę, która trąciła mnie zimnym noskiem – „sorry, that is my dog, my lab” – powiedziała.

Psiarze wiedzą doskonale, że psi pocałunek jest czymś przyjemnym, zachęca do przygody, gry lub zabawy, jednak dany z zaskoczenia wydaje się jedynie mokry i zimny i nie wiadomo co się dzieje. Jeśli się jest osobą niewidomą, to efekt ten się wzmaga i może być bardzo zaskakujący, w pierwszej chwili niekoniecznie przyjemny. Radość, ciepło i chęć do zabawy przychodzą nieco później.

To dobra metafora dla następujących po sobie, silnych, życiowych doświadczeń. Utrata wzroku była dla mnie zaskakująca, chłodna jak ten zimny pocałunek, który pogłębiały rozliczne porażki i upokorzenia wynikające z nierównego traktowania ze względu na niepełnosprawność. Zdarzało się to i wciąż zdarza we wszystkich wymiarach życia. Jednak miejsce, w którym teraz się znajduję, sukces edukacji włączającej na Uniwersytecie Jagiellońskim, rozwój idei Menedżera Jutra i wpływ na innowacje społeczne w ramach Ashoki, to już ta druga strona – ciepło, radość i wielka przygoda. Ludzie pytają mnie jednak często o doświadczenie niepełnosprawności jako coś absolutnie krytycznego, coś co mnie ukształtowało i w zasadniczy sposób wpłynęło na moje życie. Oczywiście, to był duży wpływ, ale znaczna nawet niepełnosprawność nigdy nie jest jedynym czynnikiem kształtującym człowieka. Co to zatem jeszcze było?

Urodziłem się i wychowałem w robotniczej dzielnicy Krakowa – Nowej Hucie. Nie wszyscy mieszkańcy miasta ją lubili i tak jest chyba do dzisiaj. To jednak właśnie w tej dzielnicy bardzo silnie zakorzenił się ruch Solidarności. Ten wielomilionowy ruch zwykłych ludzi, którym Jon Anderson dedykował niezapomniany utwór – Polonaise. Moje dzieciństwo przypadło na tzw. karnawał Solidarności, a także niestety na Stan Wojenny, który nastał chwilę później. Z jednej strony widziałem autentyczną solidarność, pomoc innym, współdziałanie w bardzo trudnych, często skrajnych sytuacjach, a z drugiej przemoc na ulicach, niszczenie przez totalitarne państwo wszystkiego tego, co dobre i co ten ruch między ludzi wprowadził. „Kadr jak z Wajdy – sztandar, dymu chmury” – śpiewał Jacek Kaczmarski i takie właśnie obrazy były codziennością mojego życia w tamtym czasie. Gryzący w oczy gaz łzawiący stanowił nieodłączny jego element. Kiedy to wspominam, od razu pojawia mi się przed oczyma wielki tłum ludzi trzymających biało-czerwony sztandar rozciągnięty przez całą szerokość ulicy z wypisanym solidarycą hasłem – Solidarność. Tłum rusza spod kościoła, a na horyzoncie widać szpaler po zęby uzbrojonych zomowców z długimi, białymi pałami. Po lewej i po prawej, jak okiem sięgnąć, stoją suki, armatki wodne i samochody opancerzone. Tłum rusza w tym kierunku. Idziemy z mamą poboczem, jednak umysł dziecka pracuje intensywnie – co będzie? W momencie, gdy wydawało się, że konfrontacja jest już nieunikniona, zomowcy dostają rozkaz odwrotu, biegną i wsiadają do samochodów. Konfrontacja nastąpiła później i to po wielokroć, ale na tym skrzyżowaniu przemoc akurat przegrała. Ten piękny obrazek pozostał mi w pamięci do dzisiaj, bo martwiłem się wtedy o tych ludzi i o ten sztandar.

Potem był rok 1986, kiedy odkleiła mi się siatkówka na lewym oku, a rok później na prawym. Po operacji obudziłem się z opatrunkami na oczach i przewiązaną bandażem głową. W słynnej katowickiej klinice leżał obok mnie chłopak po tym samym zabiegu. I jemu, i mnie mówiono, że powrócimy do jako takiego widzenia, bo dobry szpital, bo najlepszy sprzęt w Polsce, bo talenty lekarzy.

Wkrótce po przebudzeniu, usłyszałem jednak rozmowę pielęgniarek:

– Świetna operacja u Bartka. Docentka bardzo zadowolona. Będzie widział.

– A Irek? – pyta druga.

Cisza.

Zrozumiałem wówczas w kilka sekund, że moje życie bardzo się zmienia. Poczułem też bezsilność ludzi, którzy chcieli mi pomóc, ale medycyna okazała się być bezradna. Te pielęgniarki były jednak pierwszymi, które jakoś intuicyjnie zaoferowały mi ogromne wsparcie. Wielogodzinne z nimi rozmowy odbywałem na dyżurce, a po powrocie ze szpitala, przez telefon. Trudno dziś doprawdy uwierzyć w to, że nie było wtedy żadnego psychologa klinicznego, który mógłby ze mną o tej gigantycznej dla mnie zmianie porozmawiać. Tę rolę pełniły dla mnie siostra Ola, Renata i inne.
Od tego czasu spotykałem w swoim życiu przynajmniej jedną taką Olę, Renatę, Agnieszkę, Gosię. Jestem doprawdy szczęściarzem, że mogłem je wszystkie poznać.

Od czasu tych pogaduszek na dyżurkach, darzę też pewnym sentymentem nurt muzyczny lat 80-tych zwany Italo disco, o co prawdziwi koneserzy mają do mnie nieustanne żale. Jednak to te rytmy towarzyszyły moim wielogodzinnym rozmowom z pielęgniarkami, roześmianymi dziewczynami, z którymi opowiadaliśmy sobie kawały, ale z którymi snułem też chyba pierwsze plany na zmienione życie. Jednym z moich marzeń była ogromna chęć do nauki. Nie było to proste na rok przed upadkiem systemu komunistycznego w Polsce. Biedne państwo borykało się z wieloma problemami, które trzeba było rozwiązać. Trafiłem na indywidualne nauczanie, a potem do szkoły specjalnej dla osób niewidomych i słabowidzących w Krakowie. Nie było to jednak miejsce moich marzeń. Chciałem pójść do zwykłej szkoły, wrócić do normalnego życia. Miałem też kolejne marzenie – o pracy w radiu. Wszyscy się z tego śmiali.

– Będziesz stroicielem fortepianów – mówili mi. Kiedy ja kocham muzykę, ale nie czuję żadnego powołania do strojenia instrumentów.

– Będziesz masażystą. To opłacalny zawód. ludzie chętnie biorą niewidomych masażystów. Ja lubię być masowany, ale nie mam ochoty nikogo masować. Chcę pracować w radiu. Interesuje mnie muzyka i przemiany społeczne.

W 1989 r. zostaje powołany nowy rząd, na którego czele staje pierwszy, niekomunistyczny premier w Europie Środkowo-Wschodniej po II Wojnie Światowej – Tadeusz Mazowiecki. To rok, w którym postanowiłem wrócić do zwykłej szkoły i zacząłem edukację w XI Liceum Ogólnokształcącym w Nowej Hucie, tuż obok skrzyżowania, na którym zomowcy próbowali kilka lat wcześniej zagrodzić drogę pochodowi niosącemu sztandar z napisem „Solidarność”. Szybko nadeszły też kolejne zmiany ustrojowe, społeczne, gospodarcze.

W czasie nauki w Jedenastce, zaczepiłem się w lokalnym radiu i zacząłem prezentować muzykę. Było to młodzieńcze i nieopierzone dziennikarstwo, ale jednak niektórzy przestali się śmiać. Później zmieniłem radio na nieistniejącą już stację prywatną i graliśmy tam dużo pięknych przebojów dziś zwanych złotymi, a od czasu do czasu – także nieśmiertelne Italo disco.

Po zakończeniu szkoły średniej rozpocząłem wymarzone studia dziennikarskie. Spotykałem się z ludźmi z grup dotkniętych transformacją ustrojową. Było ich zbyt wiele. Cały czas wierzyłem jednak w słuszność reform, wdrażania zasad gospodarki wolnorynkowej. Starałem się zbierać materiały o tych, którzy są wykluczeni z udziału w rozwoju, słabsi, marginalizowani. Radio, to pierwszy moment, gdy poczułem, że to możliwe, abym tym razem ja mógł okazywać solidarność innym, poprzez nagłaśnianie ich problemów. Po studiach nawiązałem współpracę ze Studiem reportażu i dokumentu Polskiego Radia i zrealizowałem wiele reportaży dotyczących spraw społecznych.

Osobiste doświadczenia z czasów studiów i nowo zdobytą wiedzę wykorzystałem przy tworzeniu innowacyjnej jednostki uczelni, zajmującej się wsparciem edukacyjnym dla osób wykluczanych z edukacji w ogóle, a w tym z edukacji uniwersyteckiej. To było bardzo trudne zadanie. Dość może powiedzieć, iż przed laty jeden z moich szefów na uczelni określił tę jednostkę jako inwazyjną, bo burzącą dotychczasowe myślenie o tym, czym powinien być Uniwersytet. To dobre miejsce, aby zacytować mojego przyjaciela, który w tym samym czasie robił to samo w Danii. Willy mówił zawsze: „Uniwersytet wprawdzie nie jest dla wszystkich, jest dla ludzi najlepszych, ale kiedy jesteś osobą z niepełnosprawnością i pomimo tej niepełnosprawności jesteś dobry, Uniwersytet jest także dla ciebie i musi dostosować się do twoich specyficznych potrzeb”. Taki właśnie Uniwersytet chciałem budować z tymi, którzy myślą podobnie. Z czasem przywykli do tej wizji także chyba i ci, co nie chcieli tej „inwazji”.

Cieszę się, że po niemal dwudziestu latach, możemy zaoferować wsparcie nawet w najtrudniejszych sytuacjach, bo do takich należą studenci leżący w domu, zależni od urządzeń podtrzymujących życie. Studiują oni wówczas w sposób zdalny.

Taka właśnie była sytuacja Jacka i to było powodem, że inne uczelnie nie chciały go przyjąć na studia. Jego najważniejszym marzeniem było, aby móc się uczyć. Pomyślałem wówczas, że to dla mnie jak powrót do przeszłości.

Należało zorganizować egzaminy w domu u studenta, sposoby na robienie dla niego notatek z wykładów i stworzyć możliwości ich przekazywania. Trzeba mu było też pomóc w nawiązaniu kontaktu z osobami decydującymi o jego sprawach na uczelni. Wszystko to zakończyło się sukcesem Jacka, instytutu, w którym studiował i całego Uniwersytetu. Byliśmy dumni z tego osiągnięcia studenta, a także z solidarnej współpracy, jaką jego osoba wywołała wśród wykładowców i rozmaitych jednostek uczelni. Teraz osoby nie mogące wychodzić z domu studiują w oparciu o ten sam model postępowania i można tę ścieżkę uznać za standardową. Cieszę się, że wraz z moim zespołem, mogłem przyczynić się do realizacji marzenia Jacka, ograniczając ilość zimnych pocałunków od życia, jakie bezustannie musiał odbierać i on, i inni, którzy przedzierali się i przedzierają przez zasieki polskiej edukacji, aby móc w pełni w niej uczestniczyć.

Doświadczenia z wdrażania edukacji włączającej na najstarszej polskiej uczelni, były niewątpliwie bardzo istotną przesłanką, gdy przechodziłem długi i trudny proces weryfikacji, aby w 2017 r. zostać wybranym jako polski Ashoka Fellow. Wspierali mnie na tej drodze bliscy współpracownicy i ludzie, których poznałem stosunkowo niedawno, starając się rozwijać z nimi ideę Menedżera Jutra. Ponownie odczułem solidarność ze strony innych. Z sentymentem wspominałem więc przy tej okazji ów sztandar z początku lat 80-tych. Hasło, które było na nim wypisane nie jest dla mnie zawołaniem politycznym, ani tym bardziej nazwą związku zawodowego, ale stanowi imperatyw wewnętrzny, zawołanie do działania z innymi i na rzecz innych. Jest to także, według mnie, jedna z wartości, na których powinien się opierać zrównoważony rozwój społeczny. Gdziekolwiek jadę za granicę i rozmawiam o Polsce, niemal wszystkim kojarzy się ona właśnie z solidarnością oraz nazwiskiem jej legendarnego przywódcy. To nasz znak firmowy. Co więcej, na wielu konferencjach  międzynarodowych słyszę o solidarności jako spoiwie niezbędnym dla współczesnego kapitalizmu, dla łagodzenia różnic jakie ten system wywołuje. Dyskutują tam albo poważni profesorowie ze znamienitych uczelni, albo ważni menedżerowie udowadniający, że kierowane przez nich korporacje muszą działać w oparciu o autentyczne wartości.

Gdy szedłem jako dziecko z mamą po ulicach Nowej Huty, gdy powiewał sztandar w dymu chmurach, gdy gaz łzawiący mocno gryzł w oczy, a na ulicach roiło się od milicji, nie przypuszczałbym wtedy, że pewnego dnia będzie mi dane stanąć twarzą w twarz z liderami tego wielkiego ruchu społecznego i ściskać ich dłonie. Kiedy o tym myślę, to przypominają mi się słowa innej piosenki Jacka Kaczmarskiego o sentymentalnej Pannie S: „I na ramionach ją ponieśli, jej nowi przyjaciele młodzi, wielbiący ją jak starą gwiazdę, co zamiast spadać nagle wschodzi”.

 

Tekst zawiera fragmenty mojego wystąpienia z okazji przyjęcia do międzynarodowej sieci innowatorów społecznych Ashoki. Wystąpienie to miało miejsce na Uniwersytecie SWPS w Warszawie 20 października 2017 r.

Dla zainteresowanych, utwory wymienione w tekście:

John Anderson „Polonaise”:

Jacek Kaczmarski „Świadectwo”:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *