McCartney – któż to taki?

Miło jest mieć świadomość, że w moim mieście, prawdopodobnie całkiem blisko miejsca, w którym się teraz znajduję, przebywa dziś Paul McCartney. Jego show w Tauron Arenie będzie z pewnością niezapomniany. To przyjemne odczucie obcowania z wielkim artystą we wspólnej przestrzeni  miejskiej, jest jednak silnie zmącone poprzez fakt, że mnie ten koncert omija, bo wyprzedał się w mgnieniu oka i nie zdążyłem nań kupić biletów . Poczucie przygnębienia wzmogło się jeszcze bardziej wczoraj, gdy podczas innego koncertu w ICE Kraków, rozmawialiśmy sobie z kolegą o Paulu i jego muzyce. Dziś od rana natomiast widać w mieście wzmożony ruch.

Właśnie ów wzmożony ruch doprowadził do rozmowy, która zmieniła całkowicie moją optykę patrzenia na ten koncert i zagnębiania się myślą, że być może nigdy już nie posłucham McCartney’a na żywo. Otóż prowadziłem senną rozmowę z bardzo młodym taksówkarzem o korkach w Krakowie i przyczynach ich powstawania w godzinach, gdy wedle wszelkich prawideł, nie powinno w ogóle ich być. Wypowiedział on pogląd, że to z powodu gości, którzy przemieszczają się do Katowic na szczyt klimatyczny, a poza tym „w Krakowie o 19.30 będzie jakiś koncert”.

– Jakiś koncert? – przebudziłem się natychmiast – McCartney proszę pana!

– A co, on jest jakiś znany? – usłyszałem w odpowiedzi.

To pytanie młodego człowieka, dość paradoksalnie, było dla mnie pewnym ukojeniem. Zrozumiałem bowiem, że można żyć na świecie bez znajomości nazwiska McCartney i martwić się dziś korkami, a nie tym, że się nie ma biletów na koncert. All my troubles seemed so far away – chciałoby się zanucić.

Dalsza część rozmowy była już postawieniem kropki nad „i”, a mianowicie młody kierowca narzekał, że duże koncerty gwiazd to komplikacja dla ruchu, że gdzieś ma wkrótce wystąpić Sławomir oraz Zenek i z pewnością będzie podobnie. Mało brakowało, abym z kolei ja nie wiedział kim są Sławomir i Zenek, ale przypadkiem zdradziła mi to kiedyś koleżanka z pracy.

Tę historię z taksówki opowiadałem dziś paru młodym osobom i mało kogo szokowało zestawienie Sławomira i Zenka z McCartney’em, więc przyjmuję zmieniającą się wokół mnie rzeczywistość jako znak czasu, tudzież piękno różnorodności, które muszę zaakceptować, nawet gdybym chciał dalej nucić sobie – Oh I believe in yesterday…

 

Ilustracja muzyczna:

„Yesterday: Paula McCartney’a z koncertu w Glastonbury.

Fish

Są jakieś kłopoty z biletami na koncert Fisha w Krakowie. Komunikat, który pojawia się w sieci jest taki, że sprzedaż wkrótce ,a koncert wydaje się być wyprzedany. Postanowiłem sprawę wyjaśnić u źródła, bo chciałem wejść w tę atmosferę sprzed lat, zwłaszcza, że zapowiedzi są takie, iż Fish wyśpiewa w całości lub niemal w całości płytę „Clutching at Straws”. I tu zaczynają się schody – jaką płytę? Jaki Fish?
– Dzień dobry, interesuje mnie koncert Fisha.
Cisza.
– Fisha i słysząc głos miłej i młodej interlokutorki uświadamiam sobie, że powinienem może coś dodać.
– Fish, nie emade coś tam, ale taki Fish, no z Marillionu.
Cisza i po chwili otrzymuję potwierdzenie tego, co już zdążyłem przeczytać w Internecie, – koncert jest wyprzedany lub sprzedaż będzie wkrótce. Który to ten Fish jest Fishem i o co w tym chodzi, nie miałem poczucia, aby się wyjaśniło.
Z pokorą przyjmuję upływ czasu i nawet byłbym chyba zadowolony, gdyby koncert w Krakowie całkiem się sprzedał. Świadczyłoby to przecież o tym, że jest nas tu więcej tych, którzy wiedzą, co to „Clutching at straws”. Może bilety kupili wszyscy ci, którzy przy premierze „Suits” wystawali we wszystkich miejscach miasta, gdzie Fish miał się pojawić. Może ci, a może inni, może nawet jacyś nowi fani, oby. W takim wypadku chętnie nawet wybiorę się do Warszawy, albo Gdańska, gdzie są jeszcze bilety. Wybiorę się, bo tonący brzytwy się chwyta, chce zatrzymać czas, zwłaszcza o pewnej porze nocy.

Ilustracja muzyczna – Fish w najlepszej formie i z winylu.

Poetyka wieczoru

Kiedy to piszę, pada deszcz, a wcześniej była burza. Gdy dotarła do mnie wiadomość o odejściu artysty, padał deszcz, a wcześniej była burza. Moment, o którym chcę opowiedzieć zaczął się od burzy, a potem padał deszcz.
Dotknij kultury to kameralne koncerty, w których każdy kto chce, może mieć choćby przelotny kontakt z artystą, występującym danego roku na dziedzińcu Collegium Maius. To szczególna sceneria i gdy brzmi w jej otoczeniu dobra muzyka, można łatwo wznieść się w przestworza. Wtedy, w 2013 roku, wielu twierdziło, że tam właśnie byli.
Koncert zaczynał się o 20.00. Dziedziniec jest nieosłonięty od działania warunków atmosferycznych i wprawdzie w czerwcu z reguły pogoda jest dobra, to czasem następuje jej załamanie. Oto urok klimatu, w którym żyjemy. Na dziesięć minut przed 20.00 ciężkie chmury zebrały się nad Krakowem. Kilka minut później byłem w garderobie artysty. Zapytałem, czy nie opóźnić rozpoczęcia koncertu, aby deszcz się wypadał.
– Cały dzień taka piękna pogoda, a teraz deszcz. Widać musi być to poetyka tego wieczoru. Chodźmy – rzucił Tomasz Stańko i podniósł swoją legendarną trąbkę.
Pierwsze takty z płyty „Wisława” były grane jeszcze z piorunami w tle. Potem już w zwykłym deszczu niosły się one daleko, daleko przy akompaniamencie fortepianu Dominika Wani, który towarzyszył Panu Tomaszowi tego wieczoru.
Gdy biły pioruny, nie byłem jeszcze pewien, czy wszystko się nie rozsypie, ale już chwilę później zdałem sobie sprawę, że przyroda zapewniła nam coś dodatkowego, niezwykłego, co nie zdarza się na co dzień. Zrozumiałem, że to właśnie jest poetyka tego wieczoru. Dziś chciałbym ten moment wspomnieć, będąc wdzięczny losowi, że dane mi było przyczynić się do tego, aby mógł on zaistnieć w chwili i czasie. Wiem, że emocje wywołane przez tę muzykę, pozostaną ze mną na zawsze i pewnie z wieloma innymi słuchaczami, którzy w tym pamiętnym koncercie uczestniczyli.

Fragmenty koncertu Tomasza Stańki i Dominika Wani na dziedzińcu Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego w ramach wydarzenia Dotknij kultury w reportażu „Nieuchwytny cel”. Czerwiec 2013 r.

Zniknęliśmy w szarości

Spotkałem go po latach i bardzo się z tego ucieszyłem. Wprawdzie porywisty wiatr zawiewał na w twarze rzęsiste krople deszczu, ale przystanęliśmy, aby się przywitać i chwilę porozmawiać. Nie widzieliśmy się przynajmniej parę lat. Był jakiś smutny, osowiały, zupełnie nie taki, jakim go pamiętałem ze wspólnych imprez, podczas których słuchaliśmy dużo muzyki i piliśmy wódkę.
Zaczęliśmy jednak dyskusję o polityce. Poglądy zawsze mieliśmy podobne, więc ten wątek szybko musiał wybrzmieć i później mieliśmy już rozmawiać o sprawach z dawnych lat, o ludziach, których znaliśmy, o sobie i swoich rodzinach. Tak się jednak nie stało, bo on się całkiem zmienił. Opowiadał o jakiejś neutralności, że coś zrozumiał, że nie można się zacietrzewiać, że tamci go zwolnili z pracy, a ci przyjęli i dlatego się zmienił. Opowiadał mi, że zwykli ludzie mają teraz wpływ na bieg rzeczy, a nie postkomunistyczne elitki, że Unia ma tu rynek zbytu i nie obchodzą ją wartości, że media manipulują po obu stronach i on się z tym godzi.
– Jeszcze chwilę i mi powiesz „Polska dla Polaków”! – odpowiadam mu.
On mi na to, że nie wszystko wiem, że nie wszystko mogę zrozumieć, że on dużo przeżył w ostatnim czasie i chce pozostać neutralny, a w ogóle to musi mnie pożegnać, musi już iść.
Stary, ja cię nie widziałem tyle lat i myślałem, że będziemy coś razem robić, poświęcimy czas, a przynajmniej pogadamy tak jak kiedyś, a ty mnie pouczyłeś jak mentor, poczęstowałeś komunałami i chcesz pożegnać! Trudno jednak, wyciągnąłem do niego rękę i uścisnąłem jego dłoń, która lekko drżała. Potem wolno odszedł. Wiatr wiał nadal, a deszcz wściekle uderzał o chodnik, po którym rozchodziliśmy się w dwóch przeciwnych kierunkach, znikając w szarości dnia.
Kupiłem sobie piwo w supermarkecie i rozmyślałem długo o tym spotkaniu. Właściwie to niczego się o nim po latach nie dowiedziałem. On nic nie powiedział, a ja o nic nie zapytałem. I nie wiem przez co przeszedł on, jego żona, albo dzieci. Może stało się coś złego, może ktoś zachorował, albo przydarzyło się jakieś inne nieszczęście? Kiedyś wiedziałbym to od razu, a teraz nie wiem nic. Chyba niedobrze, że nie zadałem mu o to żadnego pytania i gadaliśmy wyłącznie o polityce, stojąc na tym deszczu i osłaniając się przed wiatrem. Co takiego silnego jest w tej „dobrej zmianie”, że przesłoniła nam samych siebie, naszą przeszłość, wspólne emocje i wspomnienia, nie pozwoliła ani na moment do tego powrócić?
Wszystkie sceny z „Dnia świra” to pikuś w porównaniu z prawdziwą modlitwą Polaków, która odbywa się w domach, na ulicach, w szkole i w pracy. Cała żółć i nienawiść, o której śpiewa Maria Peszek w „Modern holokaust”, to naprawdę niewiele w stosunku do napięcia, które spotyka nas w rzeczywistości.
„Polski piec nienawiści” trawi rodziny, małżeństwa, współpracowników i przyjaciół. Zabija miłość, przyjaźń, zatruwa dobre relacje i wdziera się w każdy zakamarek naszego życia. Skąd ci magicy mają tyle mocy, aby wstrzykiwać nam ten jad wszędzie, gdzie się da, a my pozwalamy, żeby nas trawił od środka, powoli zabijał z dnia na dzień, abyśmy w końcu stali się wrakami samych siebie?
Zastanawiałem się nad tym długo po naszym spotkaniu. Teraz myślę, że rozmawiałbym z nim inaczej, pytając co u niego, o żonę, o dzieci. Zaproponowałbym piwo i pogawędkę. Może sprawiłem mu przykrość jakimś słowem, może nie tylko on się zmienił, ale ja też? Drżała mu ta ręka i może chciał mi coś powiedzieć, a ja nie chciałem go wysłuchać. Gdybym wysłuchał, może mógłbym jakoś pomóc?
Smutne to było, gdy tak oddalaliśmy się od siebie w szarości dnia, deszcz lał, a wiatr rozwiewał jego krople we wszystkich kierunkach. Chciałbym go spotkać na wiosnę, uścisnąć mu dłoń, poklepać po plecach i zapytać, co u niego dobrego. Może spotkam go jeszcze na tej samej drodze i przywitamy się radośnie w cieple wiosennego słońca.

Ilustracja muzyczna:
Maria Peszek „Modern holokaust”.

Visage „Fade to gray”

Hawkingowie i Wonderzy

Stephen Hawking

rys. Lech Kolasiński

Dziś odszedł od nas Stephen Hawking, genialny brytyjski astrofizyk. Mógłbym żartobliwie powiedzieć, że właściwie to się o niego otarłem, bo gdy byłem w Cambridge na wizycie studyjnej w tamtejszej jednostce zajmującej się wsparciem edukacyjnym, otrzymaliśmy w prezencie przewodnik opowiadający o dostępności uniwersytetu do potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Sam Hawking go polecał i autoryzował. Wielokrotnie więc, podczas rozmaitych debat już w Polsce, oponentom edukacji włączającej i dostosowywania przestrzeni fizycznych i wirtualnych do potrzeb osób niepełnosprawnych, zadawałem pytanie, czy u nich Hawking mógłby spokojnie funkcjonować i pracować. To z reguły kończyło dyskusję.
Teraz chciałbym jednak powiedzieć o jeszcze innym aspekcie związanym z jego osobą i nie tylko, a mianowicie, że można być geniuszem i osiągnąć tak wiele, a jednak stygmat niepełnosprawności wciąż nad człowiekiem ciąży. Nie udało mi się dziś znaleźć żadnego wspomnienia, w który mnie ma choćby jednego zdania na temat jego niepełnosprawności – jakim ten Hawking był geniuszem, że pomimo niepełnosprawności odkrył to i tamto, że niepełnosprawność dawała mu do tego i tamtego tyle siły, że gdyby nie niepełnosprawność, to może nie postąpiłby tak lub tak, że jako osoba z niepełnosprawnością doświadczył w kosmosie możliwości poruszania się bez wózka i tak dalej i tak dalej.
Powiecie Państwo – cóż w tym złego? Nic wydawałoby się, zwłaszcza przy tak wspaniałej postaci. Jednak obserwuję to na innym geniuszu, szczęśliwie wciąż żyjącym, a mianowicie Stevie’m Wonderze. Też zawsze się mu dokłada, iż jest genialnym niewidomym muzykiem, nie widzi od dziecka a mimo to tak wspaniale komponuje i śpiewa, jaki to ma cudowny talent, choć jest niewidomy, zaraża innych swoim optymizmem, a sam ma prawo nie być optymistą, bo nie widzi, ile radości życia mogą od niego czerpać osoby sprawne i tak dalej i tak dalej.
W tych dwóch przypadkach niepełnosprawność, uświęca, służy do gloryfikowania cech, które nie mają z nią nic wspólnego – talentu, inteligencji i ciężkiej pracy. Jest jednak o wiele więcej przypadków, w których niepełnosprawność ściąga w dół drabiny społecznej, poniża, stanowi powód do wstydu. To są tysiące, dziesiątki tysięcy, miliony przypadków, gdzie tłumaczymy, że ktoś czegoś nie może zrobić, bo jest taki biedny, nieszczęśliwy, niepełnosprawny, albo, że robi, ale z takim wysiłkiem, że może byłoby bardziej humanitarne, aby tego w ogóle nie robił, że raczej należy mu lub jej współczuć niż czegoś w ogóle od takiej osoby oczekiwać.
Znajdujemy się więc w naszych dziejach na etapie wysoce ocennym, gdy mowa o zjawisku niepełnosprawności i skazuje to osoby z niepełnosprawnościami na bycie z góry zakwalifikowanymi, najczęściej nie jako Hawkingowie lub Wonderzy, bo taki jest etap rozwoju cywilizacyjnego. Stephen Hawking nie doczekał momentu, gdy mógłby być oceniony wyłącznie przez pryzmat swojego geniuszu. Zapewne jednak nie robiłoby mu to jakiejś wielkiej różnicy, wszak zwykł mawiać, że historia ludzkości to w dużej mierze historia głupoty.