Piwo niewolnicy

Rys. Lech Kolasiński

W Polsce aresztowano niedawno matkę niepełnosprawnego dziecka zależnego od urządzeń podtrzymujących życie. Matka nie zauważyła, że dziecku wypadła rurka łącząca je z maszyną, a to było bezpośrednią przyczyną jego śmierci. Inna matka, która opiekowała się dzieckiem w podobnym stanie, poszła do sklepu zrobić zakupy i pośród wielu produktów w jej koszyku znalazło się piwo. Nie uszło to uwagi czujnego sąsiada. Od razu wypomniał wyrodnej matce, że chodzi po sklepach za alkoholem zamiast opiekować się dzieckiem. Ta broniąc się, tłumaczyła mu, że kupiła piwo dla kogoś, a nie dla siebie.

Jeszcze inna matka pisze w sieci bloga, na którym opisuje swoje codzienne zmagania, aby stale leżącemu dziecku móc zapewnić odpowiednie wsparcie. Ze swadą relacjonuje rozmaite przygody z osobami indywidualnymi i instytucjami, które w teorii powinny stanowić profesjonalne zaplecze dla rodziców dzieci ze znaczną niepełnosprawnością. Tak się jednak w praktyce nie dzieje lub wsparcie to jest dalece niewystarczające, aby rodzina mogła normalnie funkcjonować. W ten sposób skonstruowana polityka społeczna, a raczej jej karykatura, skazuje tę i podobne jej matki na całkowitą rezygnację z siebie, z własnego życia nie tylko zawodowego, ale także prywatnego, z wszelakich przyjemności, z których korzystają inni ludzie – z mody, z kultury, z wyjeżdżania na wakacje, także z wypicia jednego choćby piwa. Matka blogerka określa tę sytuację jednoznacznie – to współczesne niewolnictwo, usankcjonowane przez państwo polskie. Ma rację.

To ją i inne matki niepełnosprawnych dzieci prezydent Polski nazwał bohaterkami podczas swojego wystąpienia z okazji Święta Konstytucji 3 maja. Jego małżonka, deklarowała w związku z Międzynarodowym Dniem Osób Niepełnosprawnych, że „tym wyjątkowym osobom warto pomagać”. W przypadku dzieci podłączonych na stałe do urządzeń medycznych pomaganie to leży głównie w rękach ich matek. Pomimo górnolotnych oświadczeń z okazji takich czy innych świąt, w ślad za nimi nie idą żadne konkretne pomysły na stworzenie długofalowych i dobrze finansowanych systemów wsparcia potrzeb matek w związku z opieką nad niepełnosprawnymi dziećmi. Systemy takie, oparte na pomocy asystentów osobistych, są znane i od lat obecne w polityce społecznej wielu europejskich państw, my w Polsce ograniczamy się jednak do pięknych słów, które zazwyczaj muszą matkom wystarczyć. Czasem takie słowa są potrzebne, bo stanowią iskrę, która rozpala zmiany. Puste deklaracje potęgują natomiast frustracje, bo wygłaszane były już tyle razy, przez tylu polityków, z tylu rozmaitych opcji, przy tylu okazjach, że na samo brzmienie tych frazesów można dostać mdłości.

Jednak politycy mogą spokojnie to robić dalej, bez żadnej obawy, że taka lub inna niewolnica wyjdzie i będzie protestować, domagać się systemu wsparcia, prosić o asystentów, tłumaczyć, że jej dyżur przy niepełnosprawnym dziecku jest jak praca. Niewolnica jest bowiem stale na uwięzi. Dzień i noc czuwa przy swoim dziecku, dogląda go, przewróci na drugą stronę. Czasem zastąpi ją mąż, który musi pracować, aby zarobić i na dziecko i na niewolnicę. Zdarza się jednak, że mąż ją opuści, bo chce żyć inaczej albo nie daje już rady. Ona musi pozostać na tej swojej reducie, bezustannie trwać. Jest niezłomna, wytrwała, niezmiennie kochająca, bo chodzi tu przecież o godność jej samej i godność jej dziecka.
To właśnie na tych odczuciach i siłach życiowych matki żerują politycy każdego szczebla i każdej opcji politycznej oraz inspirujący ich ideologowie. To kosztem tych matek i ich niewolniczej pracy trzyma się „system wsparcia” dzieci zależnych od pomocy innych. Tak, to one są słynnymi Matkami Polkami, od których ci politycy i wielu innych ludzi oczekuje najwyższego heroizmu – decyzji o urodzeniu dziecka z tak znaczną niepełnosprawnością, a potem opiekowania się nim przez całe swoje życie. Oczekiwanie to jest zgodne z postrzeganiem roli kobiety w polskim społeczeństwie, a zatem przychodzi tym ludziom bez trudu. Nie powinno więc budzić żadnego zdziwienia, że według nich wszystkich niewolnicy nie wolno wypić nawet jednego piwa. Co na to ludzie powiedzą – ona ma takie chore dziecko, a oddaje się przyjemnościom.

Czuje to i może nawet akceptuje sama niewolnica. Dlatego mówi, że kupiła je nie dla siebie. Musi się tłumaczyć byle sąsiadowi, któremu wedle przyjętego modelu kulturowego wolno iść i schlać się z kolegami na umór, potem kogoś zwyzywać na ulicy, a własnej żonie zrobić w domu karczemną awanturę. To wszystko mu wolno, jednak ten sam sąsiad ma moralne prawo a nawet obowiązek obywatelski, aby wytknąć jedno piwo Matce Polce. Czuje się wtedy lepszym człowiekiem.

Gdy taka matka czegoś nie dopatrzy, o czymś zapomni, raczej nikt jej nie pomoże. Kto chciałby brać odpowiedzialność za sytuację z tak niepełnosprawnym dzieckiem w tle? Kto chciałby mieć jakieś kłopoty z tym związane? Kiedy może ze zmęczenia nie dopatrzy, że dziecku wypadła rurka i dojdzie do najgorszego, przyjedzie prokurator i policja i po prostu ją aresztują.

Dlatego niewolnica zawsze jest sama. Nie ma koleżanek, przyjaciółek, bo cały czas czuwa. Czasem, jeśli jeszcze ma siłę pisać bloga ktoś da lajka na Facebooku, ktoś zadzwoni, ale to rzadziej, bo telefon kosztuje więcej wysiłku. Niewolnica pozostaje więc z dzieckiem i swoimi myślami. Często z tym dzieckiem porozmawiać nie może, więc rozmyśla. Najczęściej są to myśli związane z przyszłością syna lub córki. Czasami zechce się nimi podzielić na swoim blogu i stąd dokładnie wiemy, jakie one są – co będzie jak ona lub jej mąż zachoruje, zestarzeją się, któreś z nich straci pracę, jak umrze. Co wtedy stanie się z jej dzieckiem?

Mijają dni, miesiące. Przyjdzie kolejne święto, znowu prezydent powie coś o jej bohaterstwie. Mijają dni i miesiące, przyjdzie kolejne święto, zmieni się polityk i coś dobrego o niej powie. Mijają dni i miesiące, matka już nie jest silna i zdrowa. Mijają lata, wygasa ten czy tamten blog. W ich miejsce pojawiają się kolejne blogi pisane przez współczesne niewolnice – Matki Polki.