Zawsze na pierwszym miejscu

Zawsze na pierwszym miejscu

Na spacerze. Na zdjęciu Willy Aastrup, Anna Wandzel, Małgorzata Perdeus i Ireneusz Białek

Fot. Archiwum prywatne.

Student is a student

Mały samolot skandynawskich linii lotniczych SAS wylądował na krakowskim lotnisku. Samoloty nie lądowały wtedy często. Podróżnych też nie było wielu. Gdy pojawiłeś się w terminalu ze swoim legendarnym płaszczem, przewieszonym przez ramię, nie miałeś trudności z rozpoznaniem nas. Dwoje młodziaków i pies Ajzik, z którym od razu się przywitałeś. Ile to razy śmialiśmy się później, że na lotnisku byliśmy, my, ty, pies i kilku żołnierzy.

Taka była rzeczywistość w tym 1999 roku. Rozpierała nas duma z polskich osiągnięć w ciągu dekady odzyskanej wolności, ale wiedzieliśmy też, ile jest jeszcze do zrobienia. My, świeżo po studiach, bez pieniędzy, chcieliśmy zmniejszać nierówności, wykluczenie, młodzieńczo naiwni i pragnący przestawiać góry. Ty, w sile wieku, z ogromnym doświadczeniem, błyskotliwym intelektem, wysoką pozycją i kontaktami, postanowiłeś nam w tym pomóc.

Tego wieczoru, a może następnego, zaprosiłeś nas do restauracji korsykańskiej. Nigdy wcześniej w takiej knajpie nie byliśmy. Pamiętam, że jedliśmy frytki z czosnkiem, jakieś wysublimowane mięso i tę dziwną szarlotkę na ciepło, której francuską nazwę usłyszałem wówczas po raz pierwszy. Do tego piliśmy bardzo dobre wino.

Doradzałeś wtedy duńskiemu rządowi, a my mieliśmy tylko swoje romantyczne wizje. Powiedziałeś nam, że posiadać wizję, to bardzo dużo. Myślałem, że żartujesz. Teraz oczywiście wiem, że miałeś rację.

Te słowa musiały paść właśnie podczas naszego pierwszego spotkania. Zapytałeś, co jest obowiązkiem studentów, a my głowiliśmy się, jak na to ładnie odpowiedzieć. Ty podpowiadałeś, wpuszczając nas w maliny, że być miłym dla nauczycieli, na pewno tak, że dobrze się bawić, z całą pewnością, że poznać kogoś fajnego, oczywiście, ale najważniejszym obowiązkiem każdego studenta, w tym tego z niepełnosprawnością, jest osiągać dobre rezultaty i zdawać egzaminy. A potem padała druga część pytania – co jest obowiązkiem uniwersytetu – umożliwić tym studentom zdawanie egzaminów na równi z innymi, sprawiedliwie ich ocenić, nie dopuścić do dyskryminacji negatywnej, ale także pozytywnej oraz zrobić wszystko, aby mogli osiągać coraz lepsze rezultaty, które na rynku pracy nie będą ich odróżniać od pozostałych absolwentów – odpowiadałeś.

Ileż to razy, przez te dwadzieścia lat, w różnych miejscach Polski i Europy, przytaczaliśmy tę historię – „student is a student” i cytowaliśmy twoje pytania. Ileż to razy naszych słuchaczy dziwiło, że ów student także zasługuje na równe traktowanie. Niby proste, a pamiętasz moje frustracje, jak to wszystko opornie szło. Gdy osiemnaście lat później płynęliśmy razem Dunajcem, uznaliśmy jednak, że zarysowany w korsykańskiej restauracji plan, oparty na młodzieńczej, romantycznej wizji, został zrealizowany.

Za jednego dolara

Może to pytanie zadałem ci wtedy w Aarhus, gdy siedzieliśmy z twoimi ludźmi i zebraną przeze mnie grupą pracowników z różnych uczelni, którzy chcieli się od was czegoś nauczyć? Może wtedy, a może kiedy indziej, ale historia o dolarze na pewno rozbawiła do łez całą polską delegację. Oni słyszeli ją po raz pierwszy, a ja po raz któryś z rzędu, ale niezmiennie ją uwielbiałem.

Lata sześćdziesiąte. Duńscy studenci wyruszają na wakacje i zastanawiają się, gdzie jechać. We Francji byliśmy, w Hiszpanii też, w Niemczech jesteśmy często – dyskutują – a w Polsce jeszcze nie byliśmy. No tak, ale Polska to kraj za żelazną kurtyną- niektórzy w ten sposób wyrażali swoje lęki. Najodważniejsi, a wśród nich oczywiście Willy Aastrup, byli jednak podekscytowani tym pomysłem i przeforsowali wyjazd. Pomimo trudności w podróżowaniu, nieznajomości języka, wakacje w Polsce okazały się jednymi z najciekawszych dla grupy przyjaciół.

„Nie mieliśmy bardzo dużo pieniędzy, ale wystarczająco, aby w Polsce dobrze się bawić. Wszyscy przyjmowali nas życzliwie i z wielką gościnnością. Pamiętam fantastyczne kolacje. Te rzeczy były bardzo smaczne i robione w domu. Gdzieś nam podali rosyjskiego szampana, a gdzieś indziej polski bimber. Wyciągałem wtedy jednego dolara i pytałem, czy to jest dobra zapłata. Zawsze wystarczało i gospodarze byli zachwyceni.”

Na końcu dodawałeś zwykle – „czy wy to sobie wyobrażacie, dostać to wszystko za jednego dolara?” i polskie audytorium wybuchało śmiechem. Gdy już się nauczyliśmy opowiadać to na głosy, ja wypowiadałem sakramentalną formułkę – zapomnij Willy. Nic już za jednego dolara w tym kraju nie załatwisz, bez grubego portfela się lepiej w ogóle w nim nie pojawiaj.

W 1999 roku, chciałeś więc sobie przypomnieć, jak po przemianach ustrojowych wygląda ten dziwny kraj nad Wisłą, który życzliwie zapamiętałeś ze studenckich lat. Zawsze Ci powtarzałem, że Twoje doradztwo dla mnie kosztowało jednego dolara. Dziękuję więc rodakom z lat sześćdziesiątych, że na to zapracowali.

Pergamin z embrionów

Wisła, San, Jura, Karkonosze, Bieszczady i Dunajec. Spodobała ci się ta polska przyroda, choć nie zawsze wyrażałeś to w gorących emocjach. Taka to już uroda Skandynawów. Gdy jednak siedzieliśmy przy ognisku w Wetlinie, smakując lokalne sery i patrząc na drogę mleczną, którą mi opisywałeś, czułem wyraźnie tę fascynację. To chyba wtedy dyskutowaliśmy, jak opowiadać osobom niewidomym o gwiazdach, horyzoncie i drodze mlecznej. Pamiętasz, jak zahaczyliśmy o schronisko Pod małą Rawką, skąd spoglądaliśmy na szczyty gór i zachwycaliśmy się nimi? Zabawne było Twoje jakby lękliwe pytanie – czy to właśnie tam jest ta Ukraina? Bieszczadzkie klimaty powracały w naszych wspomnieniach przez wiele lat.

Gdy w Bibliotece Jagiellońskiej przywieziono nam do oglądania bardzo stare książki, powiedziałeś mi, że byłem zapewne pierwszą osobą, która od dwustu lat dotykała ich własnymi rękami. Nieważne, że ręce te obleczone były w bawełniane rękawiczki. Atmosfera stała się nader poważna, jak to bywa w Jagiellonce. Wszyscy się jednak na Twoje słowa roześmiali. To były rzeczywiście niezwykłe książki. Ich pergaminowe stronice wykonano przed wiekami z embrionów owiec, może takich samych, z jakich wyrosły ich bieszczadzkie siostry. Dzięki ich mleku mogliśmy delektować się w Wetlinie oscypkami. O tych serach, książkach i wielu innych sprawach, dyskutowaliśmy wieczorem przy Twojej ulubionej kawie na rynku w Krakowie. Odpalałeś fajkę z wabiąco pachnącym zapachem, otwieraliśmy dobre wino i rozmowy trwały długo w noc. Potem spacerowaliśmy po uliczkach Starego Miasta i kończyliśmy na Poselskiej, gdzie lubiłeś mieszkać.

Niewidomy chirurg

Jedno, drugie, trzecie seminarium. Pytasz poważnych ludzi uniwersytetu, czy siedzący tu Mr. Białek mógłby być chirurgiem? Konsternacja, choć wszyscy wiedzą, że nie mógłby nim być, ale nie chcą tego na głos wypowiedzieć. Mówisz, że przy tym zawodzie i z tą niepełnosprawnością, to niemożliwe, ale z inną niepełnosprawnością ludzie mogliby zostawać chirurgami i nie można ich dyskryminować. Podajesz inny przykład – że medycynę studiują obecnie kobiety, a sto lat temu nikt sobie tego nawet nie wyobrażał, co najwyżej zgłębiały sztuki piękne. Musimy więc zaakceptować, że to, co nie było kiedyś możliwe z powodu rozwoju cywilizacyjnego, mentalności, dziś jest społeczną normą i nikogo nie dziwi. Racjonalny przykład, ale jesteś odbierany jako radykał, bo publicznie twierdzisz to, co każdy uznaje w duchu za oczywiste – niewidomy Mr. Białek nie może być lekarzem chirurgiem. Ludzie, którzy na co dzień niekoniecznie Mr. Białkowi ułatwiają życie, oburzają się na Twoje słowa – chyba ten Aastrup trochę przesadza – mówią, a ja im odpowiadam, że jako bezpośrednio zainteresowany uważam dokładnie to samo, co radykał z Danii.

– Nie pozwalasz mi być chirurgiem Willy – śmiejemy się wieczorem przy Ripasso. To dzięki Tobie znam dobre Ripasso. Biedny Willy, dla romantyków chłodny racjonalista, dla racjonalistów niepoprawny romantyk.

– Dajmy sobie z tym wszystkim spokój – powiedziałem ci wtedy – nikt nas nie rozumie. Byłeś w biznesie, może coś byśmy razem wymyślili?

– Znajdujesz się w takiej sinusoidzie Irek. Raz na dole, raz na górze, ale pewnego dnia poszybujesz wysoko – odpowiadałeś, pykając fajeczkę.

Tak wiem

Gdy biorę do ręki mojego Iphone’a i patrzę w kontakty, znajdujesz się w nich na pierwszym miejscu. No cóż, Twoje nazwisko zaczyna się od dwóch literek „Aa”, więc dzieje się tak w sposób naturalny. Gdyby jednak zaczynało się na literę z – tak wiem, też byłbyś zawsze na pierwszym miejscu.

Bardzo się już do tego przyzwyczaiłem, że te dwa „Aa” wywołuję głosowo i dowiaduję się, jak oceniasz moje miejsce na sinusoidzie, a potem rozmawiamy o wszystkim, ostatnio dużo o muzyce.

Penderecki, Lutosławski – podkreślasz, jak bardzo są cenieni w Skandynawii i oczywiście polscy jazzmani. A ja czasem chciałbym sięgnąć po coś innego, ale tam jest więcej gry słów w obcym dla Ciebie języku, a ty zawsze lubiłeś wszystko do końca rozumieć. Teraz może jednak nie ma to większego znaczenia?

Tak wiem, że nie zrobimy więcej zdjęć.

Tak wiem, że na Gołębiej twój legendarny płaszcz nie zaczepi mnie.

Tak wiem, że dwadzieścia lat po studiach to wystarczająco dużo, aby młodziak stał się dojrzałym człowiekiem, który nie musi trzymać cię pod ramię.

Tak wiem, że to ja powinienem teraz podtrzymywać ramiona innych.

Tak, wszystko to wiem. Mimo to, chciałbym jednak stuknąć dwa razy w tę ikonkę z dwoma literkami „Aa” i usłyszeć w słuchawce pykającą fajeczkę oraz słowa: „Hello Irek, this is Willy. How things going on?”

Ilustracja muzyczna Myslovitz & Marek Grechuta „Kraków”:

Hawkingowie i Wonderzy

Stephen Hawking

rys. Lech Kolasiński

Dziś odszedł od nas Stephen Hawking, genialny brytyjski astrofizyk. Mógłbym żartobliwie powiedzieć, że właściwie to się o niego otarłem, bo gdy byłem w Cambridge na wizycie studyjnej w tamtejszej jednostce zajmującej się wsparciem edukacyjnym, otrzymaliśmy w prezencie przewodnik opowiadający o dostępności uniwersytetu do potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Sam Hawking go polecał i autoryzował. Wielokrotnie więc, podczas rozmaitych debat już w Polsce, oponentom edukacji włączającej i dostosowywania przestrzeni fizycznych i wirtualnych do potrzeb osób niepełnosprawnych, zadawałem pytanie, czy u nich Hawking mógłby spokojnie funkcjonować i pracować. To z reguły kończyło dyskusję.
Teraz chciałbym jednak powiedzieć o jeszcze innym aspekcie związanym z jego osobą i nie tylko, a mianowicie, że można być geniuszem i osiągnąć tak wiele, a jednak stygmat niepełnosprawności wciąż nad człowiekiem ciąży. Nie udało mi się dziś znaleźć żadnego wspomnienia, w który mnie ma choćby jednego zdania na temat jego niepełnosprawności – jakim ten Hawking był geniuszem, że pomimo niepełnosprawności odkrył to i tamto, że niepełnosprawność dawała mu do tego i tamtego tyle siły, że gdyby nie niepełnosprawność, to może nie postąpiłby tak lub tak, że jako osoba z niepełnosprawnością doświadczył w kosmosie możliwości poruszania się bez wózka i tak dalej i tak dalej.
Powiecie Państwo – cóż w tym złego? Nic wydawałoby się, zwłaszcza przy tak wspaniałej postaci. Jednak obserwuję to na innym geniuszu, szczęśliwie wciąż żyjącym, a mianowicie Stevie’m Wonderze. Też zawsze się mu dokłada, iż jest genialnym niewidomym muzykiem, nie widzi od dziecka a mimo to tak wspaniale komponuje i śpiewa, jaki to ma cudowny talent, choć jest niewidomy, zaraża innych swoim optymizmem, a sam ma prawo nie być optymistą, bo nie widzi, ile radości życia mogą od niego czerpać osoby sprawne i tak dalej i tak dalej.
W tych dwóch przypadkach niepełnosprawność, uświęca, służy do gloryfikowania cech, które nie mają z nią nic wspólnego – talentu, inteligencji i ciężkiej pracy. Jest jednak o wiele więcej przypadków, w których niepełnosprawność ściąga w dół drabiny społecznej, poniża, stanowi powód do wstydu. To są tysiące, dziesiątki tysięcy, miliony przypadków, gdzie tłumaczymy, że ktoś czegoś nie może zrobić, bo jest taki biedny, nieszczęśliwy, niepełnosprawny, albo, że robi, ale z takim wysiłkiem, że może byłoby bardziej humanitarne, aby tego w ogóle nie robił, że raczej należy mu lub jej współczuć niż czegoś w ogóle od takiej osoby oczekiwać.
Znajdujemy się więc w naszych dziejach na etapie wysoce ocennym, gdy mowa o zjawisku niepełnosprawności i skazuje to osoby z niepełnosprawnościami na bycie z góry zakwalifikowanymi, najczęściej nie jako Hawkingowie lub Wonderzy, bo taki jest etap rozwoju cywilizacyjnego. Stephen Hawking nie doczekał momentu, gdy mógłby być oceniony wyłącznie przez pryzmat swojego geniuszu. Zapewne jednak nie robiłoby mu to jakiejś wielkiej różnicy, wszak zwykł mawiać, że historia ludzkości to w dużej mierze historia głupoty.