Miłosierdzia czar

Czym jest ten zakon dla miłośników rocka gotyckiego w Polsce, jak zrodził się kult talentu ojca przełożonego i co znaczy nazwa The Sisters of Mercy dla pokolenia lat osiemdziesiątych, nie będę tutaj opisywał. Ci, którzy chcą swoją wiedzę na ten temat pogłębić, znajdą w sieci niezliczone artykuły o charakterze popularno-naukowym, jeśli się tak mogę wyrazić. Literatura miłosierdzia jest nader obszerna.
W związku z wczorajszym występem Siostrzyczek w krakowskim klubie Studio, chciałbym natomiast skreślić kilka słów związanych z niesłabnącą mocą przekazu, jaki Andrew Eldritch ma nam wciąż do zaoferowania, bo to, że jest w stanie rozpalić emocje do czerwoności, udowodnił po raz kolejny.
Obiektywnie rzecz biorąc, nie był to wybitny koncert, ani w porównaniu do innych artystów, ani nawet w ramach tych występów The Sisters, w których dane było mi uczestniczyć, a zaliczają się do nich historyczny koncert we wrocławskiej Hali Ludowej – pierwszy w Polsce, a potem w Warszawie. Oba były od tego krakowskiego lepsze pod każdym względem – warstwie artystycznej, możliwościach wokalnych ojca przełożonego, nagłośnieniu. O efektach specjalnych ja akurat rozpisywać się nie chcę, ale dymy we Wrocławiu pamięta pewnie każdy, a ja wyobrażałem je sobie na podstawie sugestywnej audiodeskrypcji, choć słowo audiodeskrypcja wówczas nie istniało.
Wczoraj w Krakowie staliśmy – tak, trzeba było niestety stać, na zalanej piwem podłodze, oklaskując gitarowe riffy, których brzmienie było wyostrzone, kto wie, czy jednak nie nadmiernie, a w ogóle to kolega poddał w wątpliwość fakt, czy ktokolwiek na nich realnie grał. Gdy jednak zabrzmiały pierwsze takty „More”, oblegający scenę tłumek złożony w dużej mierze z czterdziestolatków po prostu oszalał. Koncert musi się dopiero rozkręcić, nabrać ciała, wyrazu, a tu od razu ryk zachwytu przeleciał przez całą tę dość marnie nagłośnioną salę, w której rzesze przepoconych ludzi tupały i ekstatycznie powtarzały frazy utworów, które towarzyszyły im w młodości i idą dalej z nimi przez życie.
Przeszło „More” i „Dr Jeep”, a ja wiedziałem, że cofnął się czas i wszelkie troski dnia dzisiejszego nie istnieją, gdy miłosierdzia czar rozwijał swoje skrzydła, a jazgot gitar ciął uszy w sposób taki, że w przypadku każdego innego wykonawcy dawno bym już wyszedł, aby na siedząco spokojnie wypić piwo, niezbyt zresztą dobre. Tymczasem tu i teraz czerpałem z tej ściany dźwięku perwersyjną przyjemność, tak jak gdybym miał dalej te piętnaście lat, gdy usłyszałem Siostrzyczki po raz pierwszy i żadne wygody życia wówczas się nie liczyły ponad ich muzykę. Dodatkowo, małżonka utwierdziła mnie w przekonaniu, że obiektywnie rzecz biorąc, znajdowaliśmy się w wiadrze stojącym na podłodze, w które ktoś bezwzględnie walił z góry i z boku, a pulsację tę odczuwaliśmy w każdym centymetrze naszego ciała. Nawet jednak ona, nie zaczadzona w tym stopniu jak ja miłosierdziem przyznawała, że urok rockowego szału był bezdyskusyjny. Nieco niej subtelnie wyraził to jeden z fanów, gdy bisy dobiegły już końca: „Bo to…, to jest ten k..wa. czar, to jest ta k…wa magia” – ryczał zdartym od śpiewu głosem, bo wszyscy zużyliśmy struny na okrzykach wraz z ojcem przełożonym: „Flood!, floood!”, vision thing!, vision thing!…”.
Uśmiechając się więc do fana, który wystawił celebrze Eldritcha najkrótszą z możliwych recenzji, a jednak taką, z którą się zgadzam, rozmawialiśmy z dawno niewidzianymi znajomymi. Dyskutowaliśmy, gdzie ów czar jest skumulowany, aby w tak dużej dawce się uwolnić i zawładnąć bez reszty publicznością, niezależnie od obiektywnych okoliczności towarzyszących wydarzeniu.
Czy biorąc pod uwagę czyste emocje, chodzi tu o nieskończone pokłady charyzmy zdziwaczałego nieco sześćdziesięciolatka z Leeds, czy też używając szkiełka i oka, kluczem do tej zagadki jest znakomita jego twórczość, której ukoronowaniem był i pozostaje „Floodland”, spoczywający wczoraj na dnie mojego plecaka? A może z braku laku pod koniec lat osiemdziesiątych, udało się prezenterowi wszechczasów wylansować bardzo dobrą, ale jedną z wielu gotyckich kapel, czy też Eldritch był jednak protoplastą gatunku i zamienił się w żywą jego legendę, co nadal przyciąga tłumy, choć już nie takie, jak onegdaj?
Gdy podszedł do mnie Piotr, a nie widzieliśmy się lat dwadzieścia i wymieniliśmy uwagi o czarze miłosierdzia, a oprócz tego o wszystkim, co w krótkiej chwili wydało się nam ważne pomyślałem, że nie jest zbyt istotne, jakie wynajdziemy odpowiedzi na powyższe pytania. Istotne jest tylko spotkanie, które wydobyła muzyka, muzyka otoczona zasłużonym kultem, skoro takich i innych powrotów do przeszłości było wczoraj aż tak wiele i były tak miłe, sentymentalne, wzruszające. „Krętymi drogami chodzi sztuka” – powiedział człowiek z zupełnie odrębnego muzycznego kręgu, czyli Tomasz Stańko, a jednak tak bardzo ten opis pasuje do roztoczonego wczoraj czaru miłosierdzia. Tomasz Stańko jest historią muzycznego kręgu, z którego się wywodzi, a Andrew Eldritch też nią już zapewne w swoim kręgu jest, ale liczymy na to, że wielokrotnie jeszcze powróci i wywoła duchy przeszłości, z którymi Lukrecja będzie odbywać swój nieskończony, szalony taniec w rytmie przejeżdżającego pociągu.

Ilustracja muzyczna:
The Sisters of Mercy – Lucretia my reflection.

Przewodnik

Opowiadają: Ygreczka, Ślązak, Ten, co go się czas nie ima, Przyjaciel i ja się też włączam od czasu do czasu.

– Dobrej zabawy Państwu życzę – powiedziała Ygreczka, kasując nasze bilety na ten pierwszy, z dwóch koncertów w Polsce.
– To nie zabawa – śmiejemy się z Przyjacielem – to misterium. Ona nie wie o czym mówi i przy czym jest zatrudniona – zgadzamy się. To nie jej wina. Po prostu w takich czasach żyje.
Oglądamy zgrzebną halę, w której owo misterium ma się odbyć. Na co dzień wylewają tu wodę i ludzie jeżdżą na łyżwach, a może wcale ludzie nie jeżdżą już na łyżwach? Dziś to miejsce nie kojarzy się nam jednak z lodem. Panuje tu obrzydliwa stęchlizna i powietrze stoi w miejscu. W Warszawie była burza, ale nie w tej okolicy.
– Czy nie ma w stolicy lepszych sal koncertowych? – pyta retorycznie Przyjaciel – przecież oni powinni występować w filharmonii.
Kręcimy się, szukając koszulek i wracamy do naszej Ygreczki.
– Oni nie chcieli – mówi Ygreczka.
– Jacy oni? – dopytujemy, nie bardzo jej wierząc, czy wie, o czym i o jakich „onych” mówi.
Jej słowa potwierdza jednak strażniczka – z nią są naczelni dowódcy, więc na pewno jest tak, że jak oni nie chcieli, to ona wie, że koszulek miało nie być. Odchodzimy zawiedzeni, bo pragnęliśmy pokazać choćby przez te koszulki, jak bardzo ich cenimy. Poza tym, motywy wizualne na biletach tej trasy są bardzo ładne i myśleliśmy, że zostaną uwiecznione także na koszulkach. Może w takim razie zamienimy koszulki na inny rodzaj ekspresji?
Zaczynamy głośno utyskiwać, czy dźwięk w tej hali będzie odpowiedni. Podchodzi do nas Ślązak.
– Może ja pomogę. Najlepszy dźwięk jest w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. Byłem na Loreenie w Krakowie i w Zabrzu. Porównania nie było.
– Też byliśmy na Loreenie.
– Super, ale taka muzyka upada. Wiecie, czego słucha ostatnio mój siedemnastoletni sąsiad? że pier… paragony. Kazałem mu to przemyśleć raz jeszcze. Obiecałem, że może mu coś puszczę i z tą głośnością rzęchów o paragonach żeby jednak uważał, bo ja też mam kur… jakiś sprzęt.
– Gdzie ich słyszałeś pierwszy raz – zapytał ktoś.
– Włączyłem Trójkę i leciała taka płyta, to znaczy później dowiedziałem się, że to był „Spleen and ideal” i po jej zakończeniu usłyszałem głos Marka Niedźwieckiego, że teraz właściwie nic już nie powinno być grane. Wiecie kur…, że ja mając dziś compact, słucham tej płyty i wciąż czekam na te słowa… Tyle się tego osłuchałem z kasety.
– No tak Trójka… – mówi Przyjaciel – teraz to już tak Trójka nie zagra.
– Nie mówmy o tym, co się z Trójką dzieje – rzuca ktoś.
– Na jakim byliście ostatnio koncercie – pyta Ślązak.
– Na Hammillu. I wyszedł na scenę punktualnie – odpowiada Przyjaciel.
– Hammill to zawodowiec. Chce się już wyspać – śmieje się Ślązak – nie mają te Ygreki Przewodników po muzyce. Oj nie mają. Skąd się w ogóle czegoś dowiadują w tym temacie?
– Z Youtube – podpowiada Przyjaciel – z Youtube.
– Po 10 sekund z Youtube słuchają i jak się te 10 sekund nie podoba, wyłączają – wtrącam – życia by im nie starczyło na dotarcie do Dead can Dance.
10 sekund hip hopu – dodaje Przyjaciel, którego wzięło na wspominki – pierwszy Dead can Dance to Beksiński pewnie zapowiadał.
– Ooo, świętej pamięci Beksiński – ile to lat minęło…
Gasną światła. Pojawiają się cienie. Burza oklasków wita ich na scenie i wraz z pierwszymi taktami muzyki, ku zaskoczeniu tych, którzy go nagle zobaczyli, pojawia się Przewodnik.
„Wzruszenie ściska mnie za gardło, że tu jesteście i tego słuchacie. Gdybym nawet mógł z Wami być i ten koncert zapowiadać, nie umiałbym dobrać słów… Warszawa i taniec z umarłymi. Dla takich chwil jak ta warto było żyć”. Bijemy brawo, mocno bijemy brawo.
Cienie poruszają się w rytm dawno niesłyszanych w Warszawie utworów. Tuż obok mnie i Przyjaciela zasiadła para intensywnie rozmawiali, a rozmowa ta zaczęła się tak: „O kur…, ale dziadki. Ja pier…”, czyli tak jakoś bardzo swojsko.
Przewodnik zapowiadał jednak kolejne utwory. Rozbrzmiewały dźwięki nieznane i znane, najdziwniejsze i mniej dziwne, najbardziej niezwykłe i zwykłe. Cichły rozmowy, rozpoczynało się misterium. Wystarczyło coś z Within a realm of a dying sun, aby Ten, którego nie ima się czas, zupełnie przestał nadawać do swojej panienki. Potem już tylko z ich strony dobiegały chrząknięcia i pociągnięcia nosem.
Przewodnik zapowiadał kolejne utwory, choć żadnych zapowiedzi pomiędzy utworami nie było. Wszyscy jednak – Ślązak, Przyjaciel, Ten, którego czas się nie ima wraz ze swoją dziewczyną, wyraźnie je słyszeliśmy. Snuł swoje opowieści o dawno umarłych ludziach, o kryptach i trumnach, o czasie romantycznym i niezwykle mrocznym, o Warszawie, w której dzieje się misterium. Panowała kompletna cisza. Nikt nic nie mówił, bo wszyscy chcieli słuchać zapowiedzi, patrzeć na poruszające się cienie i zatapiać się w kolejne utwory, które jak wielkie wrota do gotyckiego zamku, nakazywały nam myśleć o tym, co minione, ale piękne.
Na koniec wstawaliśmy kilkakrotnie, aby nie poprzez koszulki, ale szczery aplauz, okazać im naszą sympatię i szacunek. Został odwzajemniony – usłyszeliśmy, że jesteśmy cudowni.
Tak się też czuliśmy tego wieczoru i po wszystkim rozprawialiśmy jeszcze chwilę o tym, co się wydarzyło i gdzie byliśmy. Gdy tak rozmawialiśmy wzruszeni, przeszedł koło nas Przewodnik, machając na pożegnanie: „Wasze łzy przepadną w deszczu, ale cieszcie się chwilą w czasie”. Zawołali za nim Przyjaciel ze Ślązakiem, żeby został z nami, przystanął na chwilę, on jednak szybko zniknął w tłumie.
Pojawiła się za to Ygreczka i widząc poruszenie w grupie, zapytała, co się dzieje. „Popatrz, tam jest Przewodnik co zapowiadał utwory” – przekrzykiwali się Ten, co go się czas nie ima ze Ślązakiem – wysoki taki. Ona jednak nikogo takiego nie zauważyła i powiedziała: „Co wy mówicie, to właśnie było takie frustrujące, że nikt tych utworów nie zapowiadał i nie wiedziałam, co jest grane”. Spojrzała na Przyjaciela, a ten kiwał tylko smutno głową.

Ilustracja muzyczna:

Głosy, które spadły z nieba – Warszawa, Torwar, 22.06.2019

(Film udostępniony z profilu FB Damiana Maliszewskiego)

Mariusz Szczygieł powiedział mi wczoraj o czymś, co mnie na moment przytłoczyło. Po chwili jednak uznałem, że to piękne, co mówi. Jakiś czas temu pisał o piosenkarkach/śpiewaczkach/wokalistkach, które chciał zobaczyć na żywo. Było to przy okazji koncertu Madama Butterfly z Aleksandrą Kurzak. Wymienił te, które na żywo widział i Lisę Gerrard, której nie widział. Ja Lisy także nie widziałem, a od 12 lat marzyłem, żeby zobaczyć. Ponieważ mam dar (naprawdę mam) do zdobywania biletów, których nie można zdobyć (a te na Dead Can Dance rozeszły się kilka miesięcy temu na pniu) Zadzwoniłem i mówię „Są! Chcesz?”No i poszliśmy wczoraj. Tylko nie wiedziałem, że przed rozpoczęciem koncertu wyzna: – Lisa jest ostatnia. Nie ma już żadnej, którą chciałbym zobaczyć. Wszystkie widziałem. – Czyli możesz juz umrzeć – odparłem.- Nie, mam jeszcze mnóstwo innych rzeczy do zrobienia.Zacząłem się wtedy zastanawiać nad tym, czy na pewno chcę zobaczyć Celine Dion, Larę Fabian i Sarah Brightman. Tylko one mi zostały. Jeżeli człowiek jest spełniony, to znaczy, że zaczyna oswajać starość, nawet jeżeli o tym nie mówi. I to jest przytłaczające – perspektywa starości, z którą trzeba się zaprzyjaźnić. Ale, jeżeli jest spełniony, nie ma powodów, żeby w trakcie procesu oswajania z tą starością bić się na pięści. A Lisa? Jest, jak apostoł. Głosi własną ewangelię. Wszystko w języku, którym włada tylko ona. Fenomen polega na tym, że język ten rozumiany jest przez miliony. Wzruszyłem się pod koniec koncertu. Wtedy, gdy podszedłem pod scenę, bo chciałem zobaczyć Lisę z bliska. Ona już oswaja starość. I patrząc na nią, uzmysłowiłem sobie, że przecież ja także powoli oswajam swoją. Głos Brendana Perry’ego zjawiskowy. Swoją drogą jest nadzieja dla muzyki, której nie gra radio. Dwa dni, dwa koncerty Dead Can Dance na Torwarze. Obydwa wyprzedane od razu. Dwa razy po 6 tys ludzi na widowni. Dwa, albo trzy bisy. Owacje, jak słychać w nagraniu. Dziękuję mojemu imiennikowi za pomoc w zdobyciu wejściówek 🙂 #deadcandance #lisagerrard #mariuszszczygieł #damianmaliszewski

Opublikowany przez Damian Maliszewski Niedziela, 23 czerwca 2019

W baśniowym świecie Loreeny

Gdy rano w autobusie do pracy, z kabiny kierowcy dobiegały mnie skoczne rytmy disco polo, z których zapamiętałem słowa: „zostań u mnie do rana, a wypijemy szampana”, przeżywałem jeszcze dogłębnie jej wczorajszy koncert i wrażenie, jakie zrobił on na publiczności, która po brzegi wypełniła salę w ICE Kraków, nagradzając artystkę dwukrotnie owacją na stojąco.
Skojarzenie tej muzyki z ludowymi rytmami nie jest zresztą takie całkiem od rzeczy, choć sposób jej podania skrajnie różni się od tego, co możemy usłyszeć w ramach oferty rodzimego gatunku na użytek mas. Loreena McKennitt, bo o niej mowa, znalazła uniwersalny język dla przekazania i ożywienia pradawnych historii, wartości i związanych z nimi postaci. Absorbuje i kumuluje w sobie to wszystko w czasie swoich podróży po świecie. Powstaje na bazie tych emocji muzyka jedyna w swoim rodzaju, o niespotykanej głębi i pięknie. Jest przy tym niezmiernie różnorodna, bo odczucia, które artystka chce nam przekazać są bardziej radosne lub smutne i mają różne natężenie. Uniwersalny język, który Loreena wynalazła, stawia na swoisty i jakże dla niej charakterystyczny eklektyzm i ten styl znajdziemy na każdej jej płycie.
Wczoraj w ICE Kraków było jednak przede wszystkim słychać niebywałą energię tego przekazu i wydawać by się mogło, że to jest sprzeczność – eklektyzm i energia jednocześnie, a jednak mają to w sobie najwybitniejsi artyści, że odwołam się do Petera Hammilla, którego wprawdzie trudno nazwać wyłącznie eklektycznym, ale w czasie jego koncertu poczułem właśnie tego ducha muzyki, który pojawia się zawsze, gdy artysta zatapia się całkowicie w tym, co chce przekazać i ten nastrój udziela się publiczności. Mój kolega nazwał to komunią z instrumentami i określenie to oddaje w dużej mierze istotę rzeczy. Tego właśnie ducha wywołała wczoraj także Loreena McKennitt. Sama grała na harfie, akordeonie i fortepianie, jakże zresztą głęboka komunia to była, to miała również na scenie niesamowitych muzyków, którzy współistnieli ze sobą w rzadko spotykany sposób, czyli w kompletnej harmonii dochodzącej do tego stopnia, że momentami wydawało się, że to, co razem wytwarzają jest pięknem absolutnym. Obrazowo można powiedzieć, że było to tak piękne, że aż mogło się wydawać kiczowate, a przecież wiemy, że w rzeczywistości tak nie jest. Nie dało się więc już chyba zagrać lepiej, a z pewnością nie dało się lepiej zaśpiewać i wyciągnąć jeszcze bardziej tych partii wokalnych, które są dla tej twórczości tak bardzo charakterystyczne.
Podobne odczucia miałem podczas występu Hammilla – artysta dochodzi do granicy doskonałości, za którą niczego poprawić już nie może, a jedynie coś zepsuć. Jesteśmy wielkimi szczęściarzami, że żyjemy w czasach, gdy muzycy tego formatu do nas przyjeżdżają i koncertują na żywo. Od momentu, gdy Hamilla czy Loreeny mogliśmy słuchać wyłącznie z radiowych audycji, minęły zaledwie trzy dekady i o takiej kontemplacji można było wówczas jedynie pomarzyć, że może gdzieś, coś, kiedyś, za coś…
Jestem więc wdzięczny losowi oraz prezenterom wszechczasów z tamtych lat, że to możliwe, aby brać udział w misteriach, gdy duchy tych, którzy odeszli, ożywają w muzyce, a wokół ich postaci roztacza się aureola nieskończonego piękna przyrody, zapachów i smaków pochodzących z czasów, w których żyli. Tak to było słychać, a duchy na pewno jeszcze do tego wszystkiego zatańczą, bo już w czerwcu w Warszawie wystąpi Dead Can Dance.
Będąc wdzięcznym Loreenie wiem też, że to, co powiedziała ze sceny jest prawdą – los i przyszłość nie zawsze są w naszych rękach. Ja poczułem wczoraj, że gdyby los zadecydował w sposób inny niż bym tego sobie życzył, to jednak jej koncert był tą chwilą na nie tak w końcu długiej liście rzeczy, dla których warto było istnieć na tym świecie, bo świat malowany kreską Loreeny jest baśnią. W baśniowym świecie żyje się natomiast o wiele łatwiej i przyjemniej niż w tym, który mamy w rzeczywistości. I coś mi jednak mówi, że w tej baśni pisany jest scenariusz ponownego naszego spotkania w mieście, które aż się prosi, aby podyktowało artystce kolejną baśń, którą zachwyci się jej wierna publiczność.

Ilustracja muzyczna:
Loreena McKennitt z płyty „Nights in Alhambra”.

Taniec duchów – od romantyków do romantyków

 

Zostawiliście ze „Starym” po sobie dużo taśm, ponoć więcej niż 300 godzin. Zupełnie nie wiem, czy chcieliście, abyśmy na te sceny patrzyli osiemnaście lat po tym, jak niczym Panurg zdecydowałeś się pierdnąć na ten świat, obrócić się z obrzydzeniem i odejść. Filmy i książki jednak powstają, czy tego chcieliście, czy też nie. Masz to w dupie? Tak właśnie przypuszczałem.

Chciałem jednak pogadać, skoro te taśmy są i pozwoliliście nam w swoim życiu uczestniczyć. Kiedy włączam różne płyty, których większość dzięki Tobie znam, zawsze mi się wydaje, że czas się cofnął, że jesteś obecny, że możemy porozmawiać, tak jak kiedyś na antenie lub najlepiej po audycji, w małym pokoiku przytulonym do reżyserki studia, które już nie istnieje. Radio też nie jest już tam gdzie było. W ogóle radio publiczne w całej Polsce się zmieniło i na pewno nie mógłbyś w nim pracować. Odchodzą z niego ludzie o dużo twardszym kręgosłupie niż Twój. Od czasu do czasu grają w nim naszą starą rozmowę z reportażu o romantykach muzyki rockowej mówiąc, że jest to materiał archiwalny. Ja, jako autor, czuję się też archiwalny, bo nikt, nigdy nie zadzwonił do mnie w związku z taką prezentacją. Gdy grano Twoje płyty, które zapisałeś w spadku Trójce, pojawiły się na antenie dwa sprzeczne komunikaty – że złożono je w paczkach, bo były relikwią i drugi, że tyle było tych paczek, że nie wiedziano, co z nimi zrobić. Piękna kolekcja, którą ze „Starym” upamiętniliście na tym filmie, leżała gdzieś zakurzona w pokoju przez kilkanaście lat nikomu niepotrzebna, dlatego może ważniejszy jest ten żywy zbiór wspomnień, które mamy przy muzyce słuchanej z płyt, a nie z radia, bo artystów przez nas cenionych już na antenie właściwie nie ma.

Peter Hammill wydał właśnie swoją nową płytę. Jest bardzo dobra. to świetnie, że wciąż dla nas gra. Pamiętasz tę swoją audycję, w której prezentujesz jego muzykę i odpalasz świece z okazji 1 listopada? Odpalam je dziś wraz z Tobą dla tych artystów, którzy są tam, gdzie Ty. Greg Lake, Leonard Cohen, Tom Petty, Steve Strange, żeby wspomnieć choćby kilku. Niektórzy wierzą w życie pozagrobowe. Wiem, że Ty nie wierzyłeś. Jednak gdyby ono było, mam nadzieję, że słucha się tam rocka. W takim układzie Ty słuchasz na żywo Cohena, a my Hammilla. Musi być przecież jakaś równowaga pomiędzy światami.

Mówisz, że czekasz od poniedziałku do poniedziałku, od romantyków do romantyków i to są chwile szczęścia, a przez cały tydzień nienawidzisz każdej sekundy życia. Pomimo dojmującego wrażenia wywołanego tymi słowami, było jednak dla mnie wzruszające, móc wrócić do tych poniedziałków. Rozmawiam teraz z ludźmi, którzy mają tyle lat, co ja w tamtym czasie i oni nie czekają na żadne poniedziałki przy radiu. Szukają muzyki w sieci. Nie mają takich przewodników jak Ty po tym, co dobre. Często włączają coś z Youtube i od razu wyłączają. Na pewno jednak kochają fajną muzykę, ale pomimo wielkiego jej wyboru, wybierać nie bardzo umieją. Nie Tomek, co Ty, to wcale nie wina komputera, to globalna wioska, w której trzeba umieć się poruszać i samemu bywa trudno. Tak, wiem, że uważasz komputery za parszywe, ale to właśnie z ich pomocą możesz kupić płyty z całego świata, kontaktować się z ludźmi myślącymi i czującymi podobnie. Może nie byłbyś aż taki samotny dzięki komputerom, gdybyś jeszcze chwilę zaczekał?

Twoje przyjaciółki mówią, że to, co Ci się przydarzyło, przydarza się wielu ludziom – nieszczęśliwe miłości, depresje, lęki. Chyba się z nimi zgadzam, wiedząc już teraz coś więcej o osobach mających kryzysy psychiczne. W tamtych czasach, nie miałem o tym żadnego pojęcia. Żałuję, bo może mógłbym Ci jakoś pomóc?

Odczuwałem od czasu do czasu, że nie lubisz ludzi, jak to powiedział Twój „Stary” na tym filmie. Może pamiętasz taki moment przed koncertem Cocteau Twins w Katowicach, kiedy poczułem, że nie chcesz w ogóle ze mną gadać, gdy poprosiłem w drzwiach o kontakt z Tobą. Kilka zdawkowych formułek i drzwi się zatrzasnęły. Olewam to jednak, bo pamiętam też takie momenty jak pierwszy koncert Sisters we Wrocławiu. Jechałem tam bez biletów w nadziei, że jakoś je skombinuję. Jednak takich jak ja i mój brat były tam tłumy. Przedarliśmy się przez nie do tylnych drzwi i poprosiłem o kontakt z Tobą. Przyszedłeś, przywitaliśmy się, dałeś mi dwie, dziennikarskie wejściówki na ten historyczny występ „Siostrzyczek”, nie oczekując niczego w zamian. To były moje pierwsze, dziennikarskie wejściówki na cokolwiek. Długo trzymałem je na pamiątkę. Inni ludzie z tego tłumu zaczęli wołać, że Cię poznają i też proszą, a Ty powiedziałeś: „Tylko tyle miałem, nic już nie mogę zrobić”. Gdybyś miał więcej, pewnie byś im rozdał. Tak naprawdę Lubiłeś ludzi, ale nie zawsze im to okazywałeś, bo ludzie byli, jacy byli i są, jacy są.

Nie wiem, czy Ci wspominałem, że czarny strój na ten występ, taki jak Ty, miałem kombinowany. Koszulę pożyczył mi ksiądz z liceum, choć nie chodziłem na jego zajęcia, a buty kolega, którego ojciec zarabiał na dobre buty w Niemczech. Tak, to ten kraj, z którego pochodzi Lacrimosa, ale rozmawiać po niemiecku w Polsce to teraz ryzyko. W każdym razie jestem wdzięczny temu księdzu za koszulę. On lub jakiś jego kumpel mógłby obecnie pomyśleć, że jadę na obrzędy satanistyczne, nie na koncert ukochanego bandu i mogłaby do moich drzwi zapukać policja. Nie, nic nie pieprzę, tak właśnie jest.

Wiesz co, ostatnio Sistersi koncertowali w Czyżynach, całkiem niedaleko miejsca, gdzie mieszkam. To był występ na otwartym powietrzu i nurzanie się w błocie. Nie poszedłem tam, bo nie lubię już nurzać się w błocie. Wolę słuchać pięknie starzejących się rockmanów w filharmonii tak, jak wtedy w Bydgoszczy, gdy ze wzruszeniem zapowiadałeś Hammilla. Publikowałem niedawno na Facebooku bilet z tego występu. Odezwała się Joanna – ta sama, co opowiada o Tobie w moim reportażu. Też tam była i przysłała zdjęcie, na którym jesteś w tle. NO widzisz, Facebook nie jest tylko od tego, aby ktoś pisał drugiemu, że idzie się właśnie wysikać. Też mi się tak wydawało, ale zdziwiłbyś się, jak często pojawiają się tam linki do Twoich starych audycji, choćby do tej z poezją Edgara Allana Poe.

Kończę już Tomek. Chciałem pogadać, bo może nie wiedziałeś, że miałeś tu prawdziwych przyjaciół. Jedni znali Cię lepiej, jak Wiesław Weiss i zawdzięczasz im swój portret prawdziwy, a nie taki jak w nieszczęsnym filmie o Waszej rodzinie, a drudzy mieli z Tobą kontakt sporadyczny jak ja, albo Joanna, ale wystarczający, abyśmy wiedzieli, że nie byłeś wariatem i rodzinnym terrorystą, a po prostu miałeś problemy, które ma wielu ludzi, jak mówiły Twoje przyjaciółki i którym to problemom można było zaradzić.

Nie wiem, czy nie byłoby lepiej, abyście wcześniej zniszczyli ze „Starym” te wszystkie taśmy, bo jedni i drudzy przyjaciele nie dają teraz rady z tą nawałą sensacji związanej z prymitywnymi tezami o rodzinie Beksińskich. Z kim bym nie rozmawiał, wszyscy myślą o Tobie jako świrze i nawet stawiają diagnozy, którą to jednostkę chorobową należy Ci przypisać. Wiem z dzienników, że „Stary” spalił przynajmniej Twoje listy dźwiękowe wysyłane do Niego. To dobrze, bo powinniście mieć trochę prywatności, coś tylko dla siebie. Cieszę się jednak, że zachowały się także te Wasze taśmy, których nie sposób zmienić i dokonywać na nich większych manipulacji. To pozwoliło mnie i innym wziąć ponownie udział w swoistym tańcu duchów. Wzruszyły mnie utwory, które w tym filmie prezentujesz. Mam nadzieję, że bawisz się tam dobrze z Lukrecją i innymi pannami w czarnym makijażu. Puść im ode mnie oczko.

A i pozdrów proszę „Starego”. Powiedz Mu, że w „Dziennikach” trochę za dużo pisze o temperaturze za oknem, częstotliwości sikania i innych problemach gastrycznych. Uściskaj mocno matkę, wiesz dobrze, że była dobrym człowiekiem. Twój Sanok pięknieje i się rozwija, a w Bieszczady docierają ludzie mówiący po angielsku. O Warszawie lepiej nie mówmy.

Cześć, do usłyszenia.

Irek

 

Inspiracją do powstania tego felietonu, był film dokumentalny „Beksińscy. Album wideofoniczny”.

Nawiązania muzyczne w tekście

Peter Hammill „From the trees”:

The Sisters of Mercy “Lucretia my reflection”:

Reportaż radiowy z roku 2001 “Romantycy muzyki rockowej”:

Rys. Lech Kolasiński