Przewodnik

Opowiadają: Ygreczka, Ślązak, Ten, co go się czas nie ima, Przyjaciel i ja się też włączam od czasu do czasu.

– Dobrej zabawy Państwu życzę – powiedziała Ygreczka, kasując nasze bilety na ten pierwszy, z dwóch koncertów w Polsce.
– To nie zabawa – śmiejemy się z Przyjacielem – to misterium. Ona nie wie o czym mówi i przy czym jest zatrudniona – zgadzamy się. To nie jej wina. Po prostu w takich czasach żyje.
Oglądamy zgrzebną halę, w której owo misterium ma się odbyć. Na co dzień wylewają tu wodę i ludzie jeżdżą na łyżwach, a może wcale ludzie nie jeżdżą już na łyżwach? Dziś to miejsce nie kojarzy się nam jednak z lodem. Panuje tu obrzydliwa stęchlizna i powietrze stoi w miejscu. W Warszawie była burza, ale nie w tej okolicy.
– Czy nie ma w stolicy lepszych sal koncertowych? – pyta retorycznie Przyjaciel – przecież oni powinni występować w filharmonii.
Kręcimy się, szukając koszulek i wracamy do naszej Ygreczki.
– Oni nie chcieli – mówi Ygreczka.
– Jacy oni? – dopytujemy, nie bardzo jej wierząc, czy wie, o czym i o jakich „onych” mówi.
Jej słowa potwierdza jednak strażniczka – z nią są naczelni dowódcy, więc na pewno jest tak, że jak oni nie chcieli, to ona wie, że koszulek miało nie być. Odchodzimy zawiedzeni, bo pragnęliśmy pokazać choćby przez te koszulki, jak bardzo ich cenimy. Poza tym, motywy wizualne na biletach tej trasy są bardzo ładne i myśleliśmy, że zostaną uwiecznione także na koszulkach. Może w takim razie zamienimy koszulki na inny rodzaj ekspresji?
Zaczynamy głośno utyskiwać, czy dźwięk w tej hali będzie odpowiedni. Podchodzi do nas Ślązak.
– Może ja pomogę. Najlepszy dźwięk jest w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. Byłem na Loreenie w Krakowie i w Zabrzu. Porównania nie było.
– Też byliśmy na Loreenie.
– Super, ale taka muzyka upada. Wiecie, czego słucha ostatnio mój siedemnastoletni sąsiad? że pier… paragony. Kazałem mu to przemyśleć raz jeszcze. Obiecałem, że może mu coś puszczę i z tą głośnością rzęchów o paragonach żeby jednak uważał, bo ja też mam kur… jakiś sprzęt.
– Gdzie ich słyszałeś pierwszy raz – zapytał ktoś.
– Włączyłem Trójkę i leciała taka płyta, to znaczy później dowiedziałem się, że to był „Spleen and ideal” i po jej zakończeniu usłyszałem głos Marka Niedźwieckiego, że teraz właściwie nic już nie powinno być grane. Wiecie kur…, że ja mając dziś compact, słucham tej płyty i wciąż czekam na te słowa… Tyle się tego osłuchałem z kasety.
– No tak Trójka… – mówi Przyjaciel – teraz to już tak Trójka nie zagra.
– Nie mówmy o tym, co się z Trójką dzieje – rzuca ktoś.
– Na jakim byliście ostatnio koncercie – pyta Ślązak.
– Na Hammillu. I wyszedł na scenę punktualnie – odpowiada Przyjaciel.
– Hammill to zawodowiec. Chce się już wyspać – śmieje się Ślązak – nie mają te Ygreki Przewodników po muzyce. Oj nie mają. Skąd się w ogóle czegoś dowiadują w tym temacie?
– Z Youtube – podpowiada Przyjaciel – z Youtube.
– Po 10 sekund z Youtube słuchają i jak się te 10 sekund nie podoba, wyłączają – wtrącam – życia by im nie starczyło na dotarcie do Dead can Dance.
10 sekund hip hopu – dodaje Przyjaciel, którego wzięło na wspominki – pierwszy Dead can Dance to Beksiński pewnie zapowiadał.
– Ooo, świętej pamięci Beksiński – ile to lat minęło…
Gasną światła. Pojawiają się cienie. Burza oklasków wita ich na scenie i wraz z pierwszymi taktami muzyki, ku zaskoczeniu tych, którzy go nagle zobaczyli, pojawia się Przewodnik.
„Wzruszenie ściska mnie za gardło, że tu jesteście i tego słuchacie. Gdybym nawet mógł z Wami być i ten koncert zapowiadać, nie umiałbym dobrać słów… Warszawa i taniec z umarłymi. Dla takich chwil jak ta warto było żyć”. Bijemy brawo, mocno bijemy brawo.
Cienie poruszają się w rytm dawno niesłyszanych w Warszawie utworów. Tuż obok mnie i Przyjaciela zasiadła para intensywnie rozmawiali, a rozmowa ta zaczęła się tak: „O kur…, ale dziadki. Ja pier…”, czyli tak jakoś bardzo swojsko.
Przewodnik zapowiadał jednak kolejne utwory. Rozbrzmiewały dźwięki nieznane i znane, najdziwniejsze i mniej dziwne, najbardziej niezwykłe i zwykłe. Cichły rozmowy, rozpoczynało się misterium. Wystarczyło coś z Within a realm of a dying sun, aby Ten, którego nie ima się czas, zupełnie przestał nadawać do swojej panienki. Potem już tylko z ich strony dobiegały chrząknięcia i pociągnięcia nosem.
Przewodnik zapowiadał kolejne utwory, choć żadnych zapowiedzi pomiędzy utworami nie było. Wszyscy jednak – Ślązak, Przyjaciel, Ten, którego czas się nie ima wraz ze swoją dziewczyną, wyraźnie je słyszeliśmy. Snuł swoje opowieści o dawno umarłych ludziach, o kryptach i trumnach, o czasie romantycznym i niezwykle mrocznym, o Warszawie, w której dzieje się misterium. Panowała kompletna cisza. Nikt nic nie mówił, bo wszyscy chcieli słuchać zapowiedzi, patrzeć na poruszające się cienie i zatapiać się w kolejne utwory, które jak wielkie wrota do gotyckiego zamku, nakazywały nam myśleć o tym, co minione, ale piękne.
Na koniec wstawaliśmy kilkakrotnie, aby nie poprzez koszulki, ale szczery aplauz, okazać im naszą sympatię i szacunek. Został odwzajemniony – usłyszeliśmy, że jesteśmy cudowni.
Tak się też czuliśmy tego wieczoru i po wszystkim rozprawialiśmy jeszcze chwilę o tym, co się wydarzyło i gdzie byliśmy. Gdy tak rozmawialiśmy wzruszeni, przeszedł koło nas Przewodnik, machając na pożegnanie: „Wasze łzy przepadną w deszczu, ale cieszcie się chwilą w czasie”. Zawołali za nim Przyjaciel ze Ślązakiem, żeby został z nami, przystanął na chwilę, on jednak szybko zniknął w tłumie.
Pojawiła się za to Ygreczka i widząc poruszenie w grupie, zapytała, co się dzieje. „Popatrz, tam jest Przewodnik co zapowiadał utwory” – przekrzykiwali się Ten, co go się czas nie ima ze Ślązakiem – wysoki taki. Ona jednak nikogo takiego nie zauważyła i powiedziała: „Co wy mówicie, to właśnie było takie frustrujące, że nikt tych utworów nie zapowiadał i nie wiedziałam, co jest grane”. Spojrzała na Przyjaciela, a ten kiwał tylko smutno głową.

Ilustracja muzyczna:

Głosy, które spadły z nieba – Warszawa, Torwar, 22.06.2019

(Film udostępniony z profilu FB Damiana Maliszewskiego)

Mariusz Szczygieł powiedział mi wczoraj o czymś, co mnie na moment przytłoczyło. Po chwili jednak uznałem, że to piękne, co mówi. Jakiś czas temu pisał o piosenkarkach/śpiewaczkach/wokalistkach, które chciał zobaczyć na żywo. Było to przy okazji koncertu Madama Butterfly z Aleksandrą Kurzak. Wymienił te, które na żywo widział i Lisę Gerrard, której nie widział. Ja Lisy także nie widziałem, a od 12 lat marzyłem, żeby zobaczyć. Ponieważ mam dar (naprawdę mam) do zdobywania biletów, których nie można zdobyć (a te na Dead Can Dance rozeszły się kilka miesięcy temu na pniu) Zadzwoniłem i mówię „Są! Chcesz?”No i poszliśmy wczoraj. Tylko nie wiedziałem, że przed rozpoczęciem koncertu wyzna: – Lisa jest ostatnia. Nie ma już żadnej, którą chciałbym zobaczyć. Wszystkie widziałem. – Czyli możesz juz umrzeć – odparłem.- Nie, mam jeszcze mnóstwo innych rzeczy do zrobienia.Zacząłem się wtedy zastanawiać nad tym, czy na pewno chcę zobaczyć Celine Dion, Larę Fabian i Sarah Brightman. Tylko one mi zostały. Jeżeli człowiek jest spełniony, to znaczy, że zaczyna oswajać starość, nawet jeżeli o tym nie mówi. I to jest przytłaczające – perspektywa starości, z którą trzeba się zaprzyjaźnić. Ale, jeżeli jest spełniony, nie ma powodów, żeby w trakcie procesu oswajania z tą starością bić się na pięści. A Lisa? Jest, jak apostoł. Głosi własną ewangelię. Wszystko w języku, którym włada tylko ona. Fenomen polega na tym, że język ten rozumiany jest przez miliony. Wzruszyłem się pod koniec koncertu. Wtedy, gdy podszedłem pod scenę, bo chciałem zobaczyć Lisę z bliska. Ona już oswaja starość. I patrząc na nią, uzmysłowiłem sobie, że przecież ja także powoli oswajam swoją. Głos Brendana Perry’ego zjawiskowy. Swoją drogą jest nadzieja dla muzyki, której nie gra radio. Dwa dni, dwa koncerty Dead Can Dance na Torwarze. Obydwa wyprzedane od razu. Dwa razy po 6 tys ludzi na widowni. Dwa, albo trzy bisy. Owacje, jak słychać w nagraniu. Dziękuję mojemu imiennikowi za pomoc w zdobyciu wejściówek 🙂 #deadcandance #lisagerrard #mariuszszczygieł #damianmaliszewski

Opublikowany przez Damian Maliszewski Niedziela, 23 czerwca 2019