Wish you were here

Londyński autobus

Dawno, bardzo dawno nie byłem w Londynie. Miasto to nie przypominało przez ostatnie dni stolicy Wielkiej Brytanii, a to wszystko przez pogodę, która jakby została przeniesiona tu wprost z Hiszpanii, czy Portugalii. Zwykle, w wieczornym życiu Londynu nie przeszkadza nawet typowa, angielska pogoda, jednak aura taka, jak ta teraz, wygania na do pubów, restauracji na wolnym powietrzu i rozlicznych barów nad Tamizą absolutnie wszystkich mieszkańców i przyjezdnych.
Chodząc pomiędzy tymi miejscami usłyszałem nagle znajome dźwięki, a że znam je na pamięć, bo pochodzą z jednej z najwspanialszych płyt, jakie kiedykolwiek powstały i to właśnie tu, w Zjednoczonym Królestwie, natychmiast się przy tym miejscu zatrzymaliśmy, aby chwilę posłuchać muzyki. „So, so you think you can tell Heaven from Hell” – przy tych słowach pieśni wyszedł właściciel i uśmiechnąwszy się do nas, zaprosił do środka mówiąc, że młody zespół gra tu dziś Floydów i jest bardzo sympatycznie, można się czegoś napić, coś zjeść.
Nie skorzystaliśmy z oferty, bo byliśmy już po kolacji. Chciałem tylko przez chwilę posłuchać muzyki, która po wielu latach wyłoniła się na żywo i przywitała mnie w Londynie, momentalnie wywołując lawinę wspomnień.
Przypomniała mi się więc pierwsza wyprawa do tego miasta, jeszcze w czasach, gdy w radiu masowo grano muzykę taką jak na Wish you were here. Jechaliśmy do tego Londynu trzydzieści godzin autokarem, bo wtedy się nie latało, a w każdym razie moja generacja nie latała, jechaliśmy zatem kawał drogi tylko po to, aby w małej miejscowości pod Nothingam posłuchać koncertu rocka gotyckiego, jakich obecnie wiele jest w Polsce, ale wtedy nie było ich prawie w ogóle.Pamiętam z tej wyprawy takie odczucie, że ludzie w tym miasteczku byli dla przybyszy z Polski bardzo mili, otwarci i tacy nieskrępowani. A potem wróciliśmy do Londynu, gdzie w Eurotower przywitał nas Włoch polskimi słowami, bardzo dumny, że je zna i były to oczywiście te słowa, których rodacy uczą wszystkich obcokrajowców w pierwszej kolejności. Śmialiśmy się z tego, bo Włoch wyglądał na człowieka, który nie do końca zdawał sobie sprawę jak nas wita. Śmiech brał się również stąd, że Włoch zamieszkiwał w pokoju, do którego my dostaliśmy klucz i tam właśnie tak nas ładnie, tradycyjnie po polsku przywitał. Potem jednak spokojnie pokój opuścił, wylewnie się z nami żegnając, na wszelki wypadek używając już angielskiego.
Innym razem spotkałem w Londynie kolegę z Polski, który wyjechał dawno i grał na ulicy. Wiedziałem o nim tylko tyle, że gdzieś tam gra i czy to możliwe, że pierwszy grajek, do którego podeszliśmy na Oxford street, to był właśnie on? W Londynie przydarzają się dziwne, piękne i tajemnicze rzeczy. Dlatego to tu mogą rodzić się dzieła takie jak Wish you were here i mnóstwo innych, spotyka się kumpla sprzed lat i w eleganckim wydawałoby się hotelu, w pokoju za łazienkę może robić toi toi, bo coś takiego mnie spotkało podczas jednego z projektów europejskich, realizowanych między innymi w stolicy Wielkiej Brytanii.
Byłoby więc dziwne, gdyby i tym razem nie przydarzyło mi się tu coś zaskakującego. Co jednak ciekawego może się stać na międzynarodowej konferencji?
Rozmawiamy przy stoliku w grupie, która została utworzona przez prowadzącego cały panel. Nie lubię takich ćwiczeń, bo często wypadają bardzo sztucznie. Grupa musi przedyskutować jakiśproblem, a znaleźli się w niej zupełnie przypadkowi ludzie, nie dość, że zagadnienie jest skomplikowane, to trzeba znaleźć wspólny język pomiędzy osobami z różnych instytucji, kultur i państw. Zapoznajemy się więc pospiesznie, co sprowadza się do podania imienia, nazwiska, instytucji i kraju, z którego się pochodzi. Gdy po naszych nazwiskach wybrzmiał kraj, jedna z pań odezwała się na to:
– Ale nie martwcie się. Tu jest Europa i to nasze forum wymiany myśli pozostanie europejskie.
– Mam nadzieję, że nawet po Brexicie – zażartowałem, choć dobrze wiedziałem, że jej uwaga nie jest związana z Wielką Brytanią.
Gdybym reprezentował w tej dyskusji Portugalię, może też padłby jakiś żart, ale pewnie nie taki, który nawiązywałby do jej bieżącej sytuacji politycznej, bo nikt przecież nie pamięta, kto rządzi Portugalią. Kto rządzi Polską? To wiedzą wszyscy, nawet jeśli nie umieją wymówić nazwiska. Przypomniało mi to więc jeszcze jeden pobyt w Londynie, który przypadał akurat na czas, gdy dwie charakterystyczne postaci rządziły krajem. Większość napotkanych rozmówców potrafiła idealnie je opisać.
Tak, podawanie kraju, który się reprezentuje przy przedstawianiu się wprowadza u rozmówcy kwalifikację, wstępną ocenę osoby i pomysłów, które mogą z tego kraju pochodzić. Jeśli kraj ma słabą reputację, nawet znakomite pomysły będą przyjmowane z rezerwą i na odwrót, z kraju o dobrym PR-ze akceptowane będą z aplauzem najsłabsze koncepcje. Tego właśnie doświadczyłem na międzynarodowej konferencji. Wbrew nadziejom niektórych, nie czułem się, abym pochodził z kraju który wstaje lub powstał z kolan. Może raczej kolana się pode mną po raz kolejny ugięły, bo zjawisko jest jak deja vu.
Nadzieję jednak jakąś miałem, choć wiadomo czyją jest ona matką. Wciąż, niczym Kolumb, albo Bach, chciałbym nią żyć, choćby po to, abym za następnych kilka lat nie musiał przyznać komuś, na jakiejś konferencji racji, że tu jest forum europejskie i Europa, z której co najwyżej można skierować nad Wisłę tęskne słowa pieśni – Wish you were here.

Ilustracja muzyczna:
Pink Floyd „Wish you were where”

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *