Zniknęliśmy w szarości

Spotkałem go po latach i bardzo się z tego ucieszyłem. Wprawdzie porywisty wiatr zawiewał na w twarze rzęsiste krople deszczu, ale przystanęliśmy, aby się przywitać i chwilę porozmawiać. Nie widzieliśmy się przynajmniej parę lat. Był jakiś smutny, osowiały, zupełnie nie taki, jakim go pamiętałem ze wspólnych imprez, podczas których słuchaliśmy dużo muzyki i piliśmy wódkę.
Zaczęliśmy jednak dyskusję o polityce. Poglądy zawsze mieliśmy podobne, więc ten wątek szybko musiał wybrzmieć i później mieliśmy już rozmawiać o sprawach z dawnych lat, o ludziach, których znaliśmy, o sobie i swoich rodzinach. Tak się jednak nie stało, bo on się całkiem zmienił. Opowiadał o jakiejś neutralności, że coś zrozumiał, że nie można się zacietrzewiać, że tamci go zwolnili z pracy, a ci przyjęli i dlatego się zmienił. Opowiadał mi, że zwykli ludzie mają teraz wpływ na bieg rzeczy, a nie postkomunistyczne elitki, że Unia ma tu rynek zbytu i nie obchodzą ją wartości, że media manipulują po obu stronach i on się z tym godzi.
– Jeszcze chwilę i mi powiesz „Polska dla Polaków”! – odpowiadam mu.
On mi na to, że nie wszystko wiem, że nie wszystko mogę zrozumieć, że on dużo przeżył w ostatnim czasie i chce pozostać neutralny, a w ogóle to musi mnie pożegnać, musi już iść.
Stary, ja cię nie widziałem tyle lat i myślałem, że będziemy coś razem robić, poświęcimy czas, a przynajmniej pogadamy tak jak kiedyś, a ty mnie pouczyłeś jak mentor, poczęstowałeś komunałami i chcesz pożegnać! Trudno jednak, wyciągnąłem do niego rękę i uścisnąłem jego dłoń, która lekko drżała. Potem wolno odszedł. Wiatr wiał nadal, a deszcz wściekle uderzał o chodnik, po którym rozchodziliśmy się w dwóch przeciwnych kierunkach, znikając w szarości dnia.
Kupiłem sobie piwo w supermarkecie i rozmyślałem długo o tym spotkaniu. Właściwie to niczego się o nim po latach nie dowiedziałem. On nic nie powiedział, a ja o nic nie zapytałem. I nie wiem przez co przeszedł on, jego żona, albo dzieci. Może stało się coś złego, może ktoś zachorował, albo przydarzyło się jakieś inne nieszczęście? Kiedyś wiedziałbym to od razu, a teraz nie wiem nic. Chyba niedobrze, że nie zadałem mu o to żadnego pytania i gadaliśmy wyłącznie o polityce, stojąc na tym deszczu i osłaniając się przed wiatrem. Co takiego silnego jest w tej „dobrej zmianie”, że przesłoniła nam samych siebie, naszą przeszłość, wspólne emocje i wspomnienia, nie pozwoliła ani na moment do tego powrócić?
Wszystkie sceny z „Dnia świra” to pikuś w porównaniu z prawdziwą modlitwą Polaków, która odbywa się w domach, na ulicach, w szkole i w pracy. Cała żółć i nienawiść, o której śpiewa Maria Peszek w „Modern holokaust”, to naprawdę niewiele w stosunku do napięcia, które spotyka nas w rzeczywistości.
„Polski piec nienawiści” trawi rodziny, małżeństwa, współpracowników i przyjaciół. Zabija miłość, przyjaźń, zatruwa dobre relacje i wdziera się w każdy zakamarek naszego życia. Skąd ci magicy mają tyle mocy, aby wstrzykiwać nam ten jad wszędzie, gdzie się da, a my pozwalamy, żeby nas trawił od środka, powoli zabijał z dnia na dzień, abyśmy w końcu stali się wrakami samych siebie?
Zastanawiałem się nad tym długo po naszym spotkaniu. Teraz myślę, że rozmawiałbym z nim inaczej, pytając co u niego, o żonę, o dzieci. Zaproponowałbym piwo i pogawędkę. Może sprawiłem mu przykrość jakimś słowem, może nie tylko on się zmienił, ale ja też? Drżała mu ta ręka i może chciał mi coś powiedzieć, a ja nie chciałem go wysłuchać. Gdybym wysłuchał, może mógłbym jakoś pomóc?
Smutne to było, gdy tak oddalaliśmy się od siebie w szarości dnia, deszcz lał, a wiatr rozwiewał jego krople we wszystkich kierunkach. Chciałbym go spotkać na wiosnę, uścisnąć mu dłoń, poklepać po plecach i zapytać, co u niego dobrego. Może spotkam go jeszcze na tej samej drodze i przywitamy się radośnie w cieple wiosennego słońca.

Ilustracja muzyczna:
Maria Peszek „Modern holokaust”.

Visage „Fade to gray”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *